All Posts By:

adminMagda

  • Blog

    JAK SIĘ WRACA Z KRAINY UMARŁYCH czyli ODDAĆ SOBIE (PRAWDZIWĄ) SIEBIE

    JAK SIĘ WRACA Z KRAINY UMARŁYCH czyli ODDAĆ SOBIE (PRAWDZIWĄ) SIEBIE

    “Stań przed lustrem. Spójrz na siebie. Zrozum kim jesteś. I co obiecujesz ludziom, kiedy wchodzisz na scenę. I bądź prawdziwa. Nie występuj przeciwko temu nigdy. (…) Bądź prawdziwa. Cokolwiek by to znaczyło i jakiekolwiek by to miało konsekwencje.”
    /fragment wywiadu z Krystyną Jandą/

    Siadam do ostatecznej redakcji tego tekstu i uśmiecham się do siebie. Długie miesiące dojrzewałam do tego, by go z siebie wypuścić. Czuję się bardzo podobnie, jak wówczas, gdy wychodziłam do świata z moją pierwszą książką. Znowu obnażona do szpiku duszy, ale dzięki temu WOLNA jak wiatr. Tylko taka jestem szczęśliwa. Tylko taka chcę być już zawsze – swoja.

    Dedykuję tym, którzy złamali mi serce. Nigdy nie złamiecie mojej duszy.

    Wciąż nie mogę uwierzyć, że to wszystko, o czym tu przeczytacie się wydarzyło. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to wszystko – nomen omen – przeżyłam. I – co zdumiewa mnie najbardziej – że po przeżyciu tego wszystkiego, jestem w stanie czuć takie: radość, spokój i szczęście, jakie mam w sobie obecnie. I znowu, co rano budzić się z poczuciem, że moje życie ma wielki, piękny, głęboki sens. Musiałam 4 razy polecieć na drugi koniec świata, przeżyć największy kryzys w dotychczasowym życiu i otrzeć się o śmierć, by odważyć się stanąć twarzą twarz z moim największym cieniem i w końcu zgodzić się na to kim naprawdę jestem.

    Przez długie miesiące miałam wszystkie objawy skrajnego wypalenia zawodowego pomieszane z depresją. Dotarłam do najmroczniejszych, na ówczesnym etapie życia, warstw bólu egzystencjalnego. Moja życiowa energia na długi czas spadła o jakieś 50 % w porównaniu ze stanem, gdy jestem w swojej optymalnej formie psychofizycznej. Miałam złamaną, żeby nie powiedzieć zmiażdżoną sporą część serca. Moje naturalne: kreatywność i pasja życia, na przerażająco długi czas, spadły drastycznie. Przez kilka miesięcy miałam wrażenie, jakbym była zawieszona w jakimś niewidzialnym portalu między życiem a śmiercią. Długo nie wiedziałam czy to ostatnia faza przed śmiercią, czy pierwszy etap zmartwychwstania. 😉

    W trakcie pisania tego tekstu przypomniałam sobie o tym, że 2 kobiety, które – z racji swoich życiorysów są bardzo bliskie mojemu sercu – będąc dokładnie w moim wieku… umarły. Marylin Monroe (bliska mi m.in. ze względu na skrajnie toksyczne: matkę i babkę, porzucenie przez ojca i dynamikę relacji z mężczyznami), zmarła 5 sierpnia 1962 roku, mając 36 lat. Księżna Diana (bliska mi m.in. ze względu na emocjonalny głód matki, toksyczną relację z macochą, bulimię i związek z narcystą) zmarła 31 sierpnia 1997 roku. Co znamienne – kilkanaście tygodni wcześniej pojawiła się u mnie bulimia.

    Spokojnie – etap myśli i planów samobójczych mam już za sobą. Niemniej wspomnienie odczuć z nimi związanych wciąż powoduje, że muszę wziąć kilka głębokich oddechów. Niech zgadnę? Nieco szokujące są powyższe informacje? Zdrowa Szczęśliwa Kobieta i plany samobójcze? Zdrowa Szczęśliwa Kobieta i wypalenie zawodowe? Zdrowa Szczęśliwa Kobieta i brak kreatywności? No przecież tyyyyle działałam od wczesnej wiosny do początku lipca! Tyle wiedzy, tyle aktywności, tyle pomysłów! Hmmm… Jest taka dziwna prawidłowość, że niektóre pary, w najgłębszym stadium kryzysu, próbują ratować związek, biorąc ślub i robiąc huczne weselicho. A po kilku miesiącach od tego ślubu się rozwodzą. Niektóre z nich umieją się przyjaźnić, niektóre urywają kontakt z ekspartnerem definitywnie. Czuję, że coś podobnego zadziało się w moim życiu zawodowym. Na szczęście z innym finałem.

    Tak – przez całą wiosnę wyprodukowałam jakąś kosmiczną ilość treści. Treści ważnych, wartościowych, mądrych i pomocnych. Więcej! Dostałam mnóstwo pochwał, komplementów i słów uznania za to, co robię dla ludzi. Niezliczone ilości razy słyszałam gratulacje i widziałam szacunek do mnie i mojej działalności, w oczach zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Więcej – czuję, że tak jest. Czuję, że to, co robię jest dla Was wartościowe, ważne, potrzebne i że Wam służy. No to w czym problem kobieto?!

    Owszem czułam satysfakcję i cieszyłam się, że pomagam ludziom, ale od dłuższego czasu nie dawało mi to szczęścia. Boże! Jak to trudno wypowiedzieć! Odwykłam od pisania tak bardzo wprost. Przyznaję: odwykłam od mówienia tak bardzo wprost. I weszłam w najgorszy schemat bycia w przestrzeni publicznej, jaki mogłam sobie wyobrazić: stałam się “pouczycielką”. Jakąś koszmarną hybrydą pseudonauczycielki, pseudomentorki i ludzkiego awatara z żenująco perfekcyjnych filmików reklamowych, produkowanych przez hieny marketingowe. “Pouczycielką”, która owszem mówi o trudnych tematach, ale łagodzi przekaz w nienaturalny dla siebie sposób. Ślizga się po powierzchni tych bolesnych tematów. I skupia się jedynie na objawach, zamiast – w zgodzie z sobą – wywalać bebechy na wierzch i docierać do jądra, do esencji, do sedna problemu.

    No dobra – to zaczynam: po mojemu, po Adamowskiemu, totalnie niemarketingowo, czysta, naga prawda. Tylko wtedy czuję, że to, co robię ma dla mnie sens. Wywalam więc bebechy na wierzch.

    Analizowałam przyczyny mojej, opisanej wyżej, ultra skomplikowanej sytuacji – jak to ja – baaardzo długo i wnikliwie. Niemal codziennie wychodziłam na długie spacery do natury. Rozmawiałam o swoich trudnościach z kilkunastoma wspaniałymi osobami, którym ufam i których wiedzę oraz mądrość życiową bardzo szanuję i podziwiam. Byłam na kilku sesjach indywidualnych u moich znajomych terapeutek alternatywnych. Mnóstwo czytałam i słuchałam wielu mądrych nagrań. Odstawiłam wszelkie pseudoduchowe dyrdymały i wróciłam do wiedzy, która kiedyś pomogła mi wyjść z podobnej otchłani bólu. Pracowałam z wewnętrznym dzieckiem. Wielokrotnie robiłam sobie – moje autorskie – sesje bliskości z sobą. Codziennie, niestrudzenie i wielokrotnie pytałam: “Co mam zrobić, żeby wrócić do stanu, kiedy byłam najszczęśliwsza? Jak znowu obudzić w sobie moją optymalną MOC? Co mnie blokuje? Czego mi brakuje do mojej pełni szczęścia?” Zapisywałam te i wiele innych pytań niemal codziennie i prosiłam, by przyszły – najlepsze dla mnie – odpowiedzi.

    Pewnego razu – zupełnie niechcący – trafiłam na wywiad z Krystyną Jandą. I tam usłyszałam słowa, które dosłownie podziałały na mnie jak sole trzeźwiące. Te słowa brzmiały: “Stań przed lustrem. Spójrz na siebie. Zrozum kim jesteś. I co obiecujesz ludziom, kiedy wchodzisz na scenę. I bądź prawdziwa. Nie występuj przeciwko temu nigdy. Bądź prawdziwa. Cokolwiek by to znaczyło i jakiekolwiek by to miało konsekwencje.” Zapisałam je i czytałam wiele razy.
    Pewnego dnia przypomniałam sobie, że przez cały okres pisania mojej książki, na wprost mojego stanowiska pracy wisiał – jakże spójny z powyższymi słowami – tekst: “Pamiętaj kim jesteś. Pamiętaj po co i dlaczego to robisz. Pamiętaj dla kogo to robisz. Pamiętaj KIM jesteś.” I to był ten moment “WOW!”, kiedy wszystkie puzzle zaczęły się układać w jeden, klarowny obraz. Po straaaaszliwie długiej i wyczerpującej tułaczce egzystencjalnej zrozumiałam kiedy, jak i dlaczego zaczęłam gubić siebie. I – co najważniejsze – co muszę zrobić, żeby siebie odzyskać.

    “Najgłębsze dno jest zawsze tam, gdzie człowiek nie może być sobą. Najgłębsze dno jest zawsze tam, gdzie człowiek nie może mówić swojej prawdy.”
    /Magda Adamowska/

    Zaczęłam się odradzać, gdy – pokonując ogromny wstyd – odważyłam się przyznać przed samą sobą, że przez wiele miesięcy ulegałam iluzjom, manipulacjom i naciskom innych ludzi. Ludzi, których zachowania były kalkami tego, czego doświadczałam jako dziewczynka i nastolatka, głównie w relacji z matką i babkami. Zapisuję to i dociera do mnie, jaki emocjonalny burdel sobie zafundowałam, wsiąkając w pseudoduchowość. Co zrobiłam mojemu wewnętrznemu dziecku, nazywając je i traktując jak “ego”. Jak koszmarnie się zaplątałam w praktykach pracy z energiami, wibracjami i mentalnymi technikami zmiany nastroju. I co najgorsze – jak przez toksyczny wstyd podsycany m.in. manipulacjami marketingowców – chciałam uciec od własnego człowieczeństwa.

    Kiedy myślę teraz o tym, jakich durnych, bo szkodliwych dla siebie wyborów dokonywałam, to czuję zarówno współczucie, jak i zdumienie. Współczucie, bo wiem ile mnie to wszystko kosztowało. A zdumienie, bo trudno mi uwierzyć, że mając tak ogromną wiedzę i doświadczenie, jakie już wówczas miałam – popełniłam tak smutne błędy. (Gwoli ścisłości: błędy to dla mnie takie decyzje i działania, których bym nie powtórzyła).

    Bezdyskusyjnie jednym z najgorszych błędów jakie popełniłam, było regularne pozwalanie, by przekonania i potrzeby innych ludzi górowały nad moimi. Pozwalałam emocjonalnym klonom moich: matki i babek, by narzucały mi swoje poglądy, rozwiązania i realizację ich zachcianek. I – co bardzo ciężko było mi sobie wybaczyć – często nie stawiałam granic innym ludziom tak wyraźnie, jak potrzebowałam. W pewnym momencie zrozumiałam, że nie stawiałam granic tym ludziom, w relacjach z którymi nie umiałam stawiać siebie na pierwszym miejscu.

    Jedną z osób, dla której regularnie rezygnowałam z siebie był mój egzotyczny ekspartner – mieszanka osobowościowa mojej matki, babek i ojca (w takiej kolejności). Dłuuuuugo nie umiałam się przyznać przed samą sobą, że związek z nim był/ jest moją GIGAntyczną porażką. Olbrzymią przygodą i piękną życiową lekcją oczywiście też był. Ale to nie zmienia faktu, że ulegałam roztaczanym przez niego iluzjom i zgadzałam się na zachowania niezgodne ze mną. Jako swoją wielką porażkę postrzegam przede wszystkim to, że – mimo ogromnej wiedzy i doświadczeniu, jakie już wtedy miałam – pozwoliłam mu sobą manipulować.
    Długo i koszmarnie wstydziłam się, że tak bardzo go pokochałam i chciałam z nim być, że lekceważyłam – pojawiające się raz po raz – lampki ostrzegawcze. Wstydziłam się zarówno, jako kobieta, która dała się okrutnie nabrać na jego narcystyczne sztuczki; jak i nauczycielka, która uczyła innych ludzi, jak wychodzić ze szkodliwych dla siebie schematów. I taka – popychana na wpół zdrowym na wpół toksycznym wstydem – brnęłam coraz głębiej w schemat wspomnianej wyżej “pouczycielki”. Próbowałam – poprzez dawanie nadmiernej ilości wiedzy i uwagi innym ludziom – niejako “odpracować” to, co straciłam w relacji z nim: poczucie własnej wiarygodności, spójności i łączności z moją MOCą sprawczą.
    I tak wiem, że moja wiedza i umiejętności związane z tematyką pracy z przekonaniami i emocjami, ukochiwania ciała oraz wychodzenia z zachowań kompulsywnych, nie tracą przez to na wartości, ale ja jako nauczyciel/ żywy przykład – we własnej ocenie – na długo tę wiarygodność straciłam.

    Innymi osobami, którym pozwalałam sobą manipulować byli “pouczyciele” pseudoduchowi. Ludzie głoszący poglądy, jakoby rozwój duchowy był tym najważniejszym, a wręcz jedynym słusznym. I że tylko narzędzia tegoż rozwoju duchowego (często równie manipulacyjne jak triki marketingowe) są jedynymi metodami na osiągnięcie szczęścia i dobrobytu w życiu. Krok po kroku zaczęłam wsiąkać w te przekonania. Im bardziej wsiąkałam, tym mniej szczęścia i dobrobytu w moim życiu było. (Chcę zrobić osobny duuuuży materiał o pułapkach pseudoduchowości, dlatego nie będę tutaj rozwijać tego wątku.)

    Kolejną osobą, której silnym wpływom uległam była mentor biznesowa, która za 5-cyfrową kwotę miała – w mentoringu indywidualnym – nauczyć mnie, jak prowadzić własną działalność z dużym zyskiem. Oczywiście podstawą tego “prowadzenia” miała być sprzedaż, konkretna forma sprzedaży. Wtedy – z wypieraną matczyną raną – weszłam w relację z tą osobą, jak w ciepłe, mięciutkie masełko. Baaaardzo chciałam wierzyć, że “mam” w niej  kobietę, która będzie mnie wspierać jak dobra, serdeczna przyjaciółka. Baaaardzo chciałam “mieć” blisko kobietę mocniejszą, dojrzalszą i bardziej doświadczoną od siebie. Baaaardzo chciałam “mieć” blisko choć jedną osobę, która byłaby silniejsza ode mnie i na której to ja mogłabym się oprzeć. I która rozumiałaby, jak GIGANTYCZNYM wyzwaniem i wysiłkiem jest bycie jednocześnie twórcą, który musi samodzielnie sprzedawać swoje dzieła, jak i emocjonalnym amortyzatorem dla innych ludzi, który “zbiera” cudze ciężkie energie i potem musi samo-dzielnie siebie z nich oczyszczać.
    Dziś – po tym jak stanęłam z sobą w absolutnej prawdzie – wiem, że w tej kobiecie, moja wewnętrzna dziewczynka próbowała znaleźć substytut mamy. Co gorsza – mimo, że znałam doskonale schemat brnięcia w raz podjętą, a niekoniecznie dobrą dla siebie decyzję – uległam mu. I przez długie miesiące – wbrew wewnętrznemu sprzeciwowi – próbowałam pracować metodami wspomnianej wyżej mentorki. W jakimś stopniu, w relacji z nią, robiłam to, co lata temu robiła mała Madzia w relacji z matką. Żeby nie stracić ochłapów uwagi matki, rezygnowała ze słuchania swojego wewnętrznego głosu. Żeby nie podważać autorytetu matki – wypełniała posłusznie jej polecenia. I żeby – nie daj Boże – mamusia nie poczuła się urażona, grała tak, aby podtrzymywać, a wręcz polerować jej narcystyczne maski.

    W pewnym momencie zrozumiałam, że żeby utrzymać relacje z osobami, na których mi zależało, niejako asymilowałam się do ich życia. I ta asymilacja w moim przypadku polegała m.in. na tym, że w jakimś stopniu przejmowałam sposoby myślenia i działania tych ludzi. Jak to wyglądało w praktyce? Na przykład od mojej byłej mentorki i od latynoskiego ekspartnera, na jakiś czas przejęłam zasadę “work hard, play hard”. W moim przypadku oznaczało to: pracuj ponad swoje siły, każdego dnia eksploatuj się na maksa, żeby zarobić tyle, żebyś potem (czytaj: w Californii) mogła totalnie odpuścić zarabianie i zawodowo nie robić nic. Ponadto zaczęłam myśleć o mojej pracy tak, jak oni myśleli o swojej: jako o sposobie zarabiania coraz większych ilości pieniędzy i budowaniu sukcesu zawodowego oraz finansowego. I myślałam o tym nieustannie. Budziłam się ze ściskiem w żołądku i natłokiem myśli o tym, jak zarobić tyle, by stać mnie było zarówno na życie w Polsce, jak i na co najmniej kilkutygodniowe pobyty w Californii. I tak – w ogniu wewnętrznej presji – spalały się moje: radość, kreatywność i miłość do pracy. Pracy-pasji, która – zanim przejęłam sposoby myślenia wspomnianych wyżej osób – była moim głębokim sensem i źródłem wielkiego spełnienia.

    Gdy – bezkompromisowo szczerze – wróciłam do wglądów w moje rany z dzieciństwa, zobaczyłam jak bardzo podatna byłam na cudze influencje. Zasada była taka: im bardziej osobowość danego człowieka była podobna do osobowości mojej matki – tym mocniejszym wpływom tejże osobowości ulegałam.

    WAŻNE!
    Gwoli ścisłości: NIE winię wspomnianych wyżej osób za moje durne decyzje i działania. One “tylko”, podobnie jak ja, odgrywały swoje smutne schematy. Ale to ja się im poddawałam. To ja ulegałam ich gierkom. To ja szukałam wsparcia i poczucia przynależności u ludzi, którzy umieli te moje tęsknoty i deficyty skrzętnie wykorzystać. To ja wybierałam do relacji osobowości, pod pewnymi względami łudząco przypominające głównie moją matkę. Dziś wiem, że to wszystko wydarzyło się po to, żebym mogła uzdrowić kolejne warstwy matczynej rany. Piszę “kolejne warstwy”, bo – choć aktualnie czuję, że większość tej rany wyleczyłam – już nie mam w sobie starej arogancji, z którą kiedyś wygłaszałam poglądy, jakoby istniało coś takiego, jak “nieprzerwany dobrostan emocjonalny”, kiedy człowiek jest tak oświecony i uzdrowiony, że zupełnie wolny od trudnych, nieprzyjemnych odczuć i ran z dzieciństwa.

    W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, z tego, że zaczęłam wpadać w coś, co nazwałam mitem nadczłowieka. Żeby to dokładnie wytłumaczyć – pokażę Wam najważniejsze czynniki, które mnie w ten mit popychały.
    1)Wpakowałam się w bliskie relacje z kilkoma osobowościami narcystycznymi. A osobowości narcystyczne mają to do siebie, że żeby się chronić przed cierpieniem, odcinają się od odczuwania, m.in. poprzez tworzenie wizerunków. Najczęściej są to wizerunki superbohaterów: wampa, macho, nieomylnego eksperta, człowieka sukcesu etc.
    2) Wsiąkałam w świat pseudoduchowości i mentalnie coraz bardziej odrywałam się od rzeczywistości, w której funkcjonowało moje ciało. Bujałam w przestrzeniach “boskich planów”, wysokich wibracji, rytuałów przyciągających dobrobyt i chroniących przed złymi energiami etc. Aż w pewnym momencie zorientowałam się, że to, co miało mnie wspierać i wzmacniać – wysysało ze mnie energię, jak nic innego. (Jak już wspomniałam poruszę temat pułapek pseudoduchowości bardzo szeroko, ale w innym materiale).
    3) Zrobiłam mojemu ciału jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogłam: przestałam zaspokajać jedną z jego fundamentalnych, biologicznych potrzeb. By zachować monogamię w związku na odległość – po 15 latach regularnej aktywności seksualnej – z dnia na dzień przestawiłam je na tryb: 4-5 miesięcy bez seksu w Polsce i 4-5 tygodni aktywności seksualnej w Californii. Przy mojej ogromnej potrzebie regularnego i intensywnego doznawania bliskości fizycznej i seksualnej, to była istna katorga.
    4) W ferworze pracoholizmu i presji zarabiania w jakimś stopniu uzależniłam się od samorozwoju. Mój umysł był tak nastawiony na wieczną pracę nad sobą, że zaczął przyciągać niemal wyłącznie treści o tematyce rozwojowej. W pewnym momencie za każdym razem, gdy wchodziłam na Facebook, krzyczały do mnie zaproszenia do kolejnych grup i na kolejne webinary osób zajmujących się jakimś rodzajem rozwoju: od duchowego, po marketingowy. Niemal każda z tych osób (a było ich naprawdę dzika ilość) chciała mnie uczyć “jak być lepszą wersją siebie”. Jak być bardziej asertywną, bardziej oświeconą, bardziej opanowaną, bardziej profesjonalną, bardziej przedsiębiorczą, słowem jak się stać superbohaterem.
    Patrzyłam na tych “perfekcyjnych” coachów, mentorów, trenerów i pouczycieli wszelkiej maści i na “idealne” treści, które udostępniali. Widziałam ich piękne, profesjonalne grafiki i wyrecytowane na pamięć filmiki reklamowe. Czytałam super klarownie sformułowane, marketingowo chwytliwe wpisy. Widziałam śliczne landingpage’e z możliwością zakupu ich – “super skutecznych” – kursów online. I podawane oszałamiające ilości osób, które już owe kursy kupiły. I – Boże, jak to trudno przyznać! – pod wpływem tego wszystkiego… popierdoliło mi się nie tylko w głowie, ale przede wszystkim w sercu! W tym cholernym festiwalu narcyzmu i marketingowych zagrywek zgubiłam siebie. Siebie ludzką, siebie czującą, siebie prawdziwą. W social mediach zaczęłam działać w dużej mierze z przestrzeni przerażonego, porównującego się do innych, próbującego wywalczyć swój kawałek “rozwojowego” tortu dziecka. I – jak otaczający mnie ludzie-wizerunki – zaczęłam się zatapiać w ten żenujący mit nadczłowieka. Nadczłowieka, który jest tak oświecony i opanowany, że nie pozwala sobie na “negatywne” emocje. Nadczłowieka, który jest tak dojrzałym i uleczonym ekspertem, że nie dotyka go krytyka ani wulgaryzm innych ludzi. Nadczłowieka, który potrafi zrezygnować z podstawowych potrzeb biologicznych ludzkiego organizmu, na rzecz rozwoju duchowo-mentalnego.

    Żeby przetrwać GIGANTYCZNE obciążenie emocjonalne, jakie – na skutek tych wszystkich opisanych wyżej sytuacji – odczuwałam i nie zwariować, na pewien czas się zahibernowałam. W dużym – jak na siebie stopniu – zablokowałam się na czucie, przeżywanie i na spontaniczność. Zablokowałam się na wyrażanie siebie tak, jak potrzebowałam. Kiedyś, gdy wychodziłam ze swoimi treściami jako pasjonat i samouk bez tytułów i definicji typu “mentor/ ekspert” – robiłam 2-godzinne webinary i płynęłam. Miałam energię elektrowni atomowej. Natomiast im bardziej próbowałam być stonowana i ekspercka (czyli być odwrotnością siebie), tym bardziej moje wewnętrzne dziecko się buntowało. W praktyce wyglądało to tak, że na czas, kiedy miałam zaplanowaną pracę – moja energia spadała do zastraszająco niskich poziomów. A gdy było po pracy, albo gdy pracę odpuszczałam z powodu braku energii, dzieciak we mnie zaczynał “szaleć”. Jego stare lęki, kompleksy i tęsknoty odzywały się z taką siłą i natężeniem, że momentami myślałam, że mnie rozsadzi od środka. Kilka miesięcy żyłam w tym rozdarciu pomiędzy chorą wizją perfekcyjnej, nieomylnej, idealnie opanowanej pani mentor, a tęsknotami mojej wolnej, dzikiej, rozbrykanej duszy.

    W pewnym momencie byłam tak wyczerpana tą wewnętrzną niespójnością i brakiem pozwolenia na bycie stuprocentową sobą, że niemal zupełnie straciłam chęć do życia. Budziłam się i zasypiałam z poczuciem totalnego bezsensu. Czułam, jakby to życie ze mnie uchodziło. Zupełnie nie byłam w stanie poczuć radości ani szczęścia, które kiedyś wręcz wylewały się ze mnie. Aż w końcu dotarłam do tego etapu bólu egzystencjalnego, gdy widziałam już tylko dwa wyjścia: pojechać nad zalew, upić się i rzucić do wody albo… wstać, otrzepać się z iluzji, czule przytulić i zgodzić na to, że tym razem muszę zacząć nie od zera, ale od 100 tysięcy na minusie. Domyślacie się zapewne, że wizja wodnych odmętów była dla mnie bardzo kusząca. 😉

    “”Ludzie będą do Ciebie przychodzić i odchodzić, bo takie jest życie. Osoby rezonujące z twoim odbiorem prawdy i doświadczeniem zainspirujesz i pomożesz. Resztę ludzi utwierdzisz w ich przekonaniach. Każdy zobaczy w Tobie to, na co jest gotowa jego świadomość. Dla jednych będziesz szalony i głupi, dla innych mądry i fascynujący. Najważniejsze, żebyś był Prawdziwy. Doświadczasz, błądzisz i uczysz się w zgodzie z własną duszą. W końcu i ku niej wzrastasz.”
    /Farida Sorana/

    Proces przyznawania się do tego wszystkiego, o czym tu czytacie był długi i bolesny. Tym boleśniejszy, im bardziej stawiałam opór swoim autentycznym odczuciom. Mój umysł bulgotał: “Ty – pani “mentorka”, taka świadoma, pomagająca innym ludziom, autorka tak bezwstydnie szczerej książki, kobieta, która otwiera inne kobiety na prawdę o sobie… tak się zgubiłaś!!! Dałaś się aż tak zaczarować i zmanipulować kopiom Twojej narcystycznej matki. Jak mogłaś do tego dopuścić?! Z Twoją wiedzą, doświadczeniem i umiejętnościami???!!! Jak to możliwe, że na swoim etapie świadomości popełniłaś tak kardynalne błędy? I że chciałaś wierzyć, że istnieje coś takiego jak emocjonalne Eldorado, gdzie oświeceni, hiper uduchowieni ludzie żyją w nieustannym stanie łaski, wolni od “negatywnych” emocji i potrzeb ego.” I… jak Ty to teraz powiesz ludziom? Jak się przyznasz, że aż tak… zjebałaś?!”!
    Na szczęście szept mojej intuicji – wspierany codziennymi sesjami bliskości z sobą i pracą z wewnętrznym dzieckiem – stawał się coraz mocniejszy, by wreszcie przezwyciężyć wrzask umysłu. Z każdym kolejnym kontaktem wzrokowym z sobą i dialogiem z moim małym ja, stawałam się mocniejsza, bardziej osadzona i spokojna. Z każdym kolejnym byciem blisko (małej i dużej) siebie, coraz wyraźniej słyszałam głos własnej duszy: “Wiesz, co musisz zrobić. Wiesz, że jest tylko jedna słuszna droga. Ta najtrudniejsza i najprostsza jednocześnie. Ta droga nazywa się Twoja PRAWDA.”

    I w końcu po dłuuugiej, bolesnej i piekielnie wyczerpującej wędrówce do obecnej sobie, zgodziłam się – po tej cholernej, opisanej wyżej przerwie od życia – zobaczyć kim jestem w pełni mojego człowieczeństwa. Jaka jestem cała: cielesna, emocjonalna, mentalna i duchowa. Zgodziłam się zobaczyć i przyjąć aktualną siebie całą, pełną, PRAWDZIWĄ.  A prawdziwa ja to nie tylko dusza, ale – dla mnie równie istotne – ciało. Ciało, które potrzebuje zaspokojenia swoich fundamentalnych potrzeb: snu, odpoczynku, nawodnienia, pokarmu, wydalania, ruchu, bliskości fizycznej innych ludzi oraz seksu. Ja prawdziwa to nie tylko postać ze zdjęć i nagrań w social mediach, dzieląca się konkretną wiedzą, ale czująca, przeżywająca swoje trudności, porażki i cierpienia istota. Ja prawdziwa nie zawsze jestem miła, łagodna i do porzygu wyrozumiała. Bywam złośliwa, leniwa, wkurwiona, rozczarowana, zagubiona, niezdecydowana, smutna, słaba, ignorująca i milcząca. Mam takie dni, kiedy na samą myśl o kontakcie z ludźmi robi mi się niedobrze. Wciąż jeszcze zdarza mi się wpuszczać do mojego świata zbyt dużo obcych energii. A że robię się coraz bardziej wrażliwa, to niekiedy potrzebuję kilku dni, żeby się z tego nadmiaru pooczyszczać.
    Przed każdym live’em – mimo, że mam za sobą kilkaset godzin transmisji na żywo i że uwielbiam mówić do ludzi – wciąż mam tremę. I choć kocham live’y prowadzić miewam takie dni, kiedy zupełnie mi się nie chce ich przygotowywać. Czasami od wielogodzinnego siedzenia przed komputerem tak mnie napie…ją plecy i szyja, że mam ochotę wrzeszczeć z bezsilności. Bo jednocześnie kocham pisanie, jak nic na świecie i nie znoszę jakiegokolwiek dyskomfortu fizycznego. Nie znoszę też czynności siedzenia, zwłaszcza w jednej pozycji. Kiedy coś mi wyjątkowo kiepsko idzie, wkurwiam się i złoszczę. Czasami walę pięścią w blat, czasami drę się tak, że słyszą wszyscy sąsiedzi na klatce, czasami klnę jak stary obszczymur. Bywam kapryśna jak kotka perska w ciąży. Choć zrobiłam już w tym obszarze ogromne, jak na mnie postępy, wciąż jestem niecierpliwa. Notorycznie się spóźniam i bardzo często przekładam terminy różnych aktywności.
    Mam takie dni, kiedy jem tylko słodkie, głównie węglowodanowe posiłki. Fakt – w większości zdrowe i odżywcze, ale jednak tylko słodkie. Miewam takie dni, kiedy wrzeszczę, skaczę, tupię i wytrzepuję napięcie z ciała kilka razy dziennie. Miewam takie dni, kiedy leżę zawinięta w wielgachny koc i zawodzę tak głośno, że mogłabym zawstydzić niejednego wilka. Miewam takie dni, kiedy straszliwie tęsknię za czułymi, męskimi ramionami. I takie, kiedy potrzebuję od mężczyzny tylko dzikiego seksu. Choć doświadczyłam go w życiu bardzo dużo i intensywnie, wciąż boję się bólu. Ponad wszystko bowiem jestem empatą i artystą, o koronkowej wrażliwości. Jestem detektorem emocji, jak nazwał mnie kiedyś mój kumpel. I odczuwam bardzo, baaaardzo intensywnie. I nareszcie się cholera jasna na to zgadzam! Zgadzam się na bycie empatą, czuciowcem, nadwrażliwcem, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

    Dziś kiedy to piszę, czuję całą sobą, że – po licznych, dłuuugich i bolesnych miesiącach zniewolenia, które sama sobie zafundowałam – nareszcie wracam do MOJEGO życia. Wracam do życia DLA SIEBIE i PO SWOJEMU. Na lodówce, naprzeciwko stanowiska pracy zawiesiłam moje, obecnie najważniejsze pytanie: “Co będzie najlepsze DLA MNIE teraz i długoterminowo?” I uczę się odpowiadać na nie za każdym razem, kiedy trudno mi podjąć jakąś decyzję. Odpowiadam sobie z maksymalną uważnością i szczerością, jakie na danym moment umiem z siebie wykrzesać. I wiecie co? DZIAŁA. Działa jak żadna pseudoduchowa metoda manipulacji nastrojami. Działa ZAWSZE i w każdej sytuacji. Działa bez zarozumiałych przewodników duchowych i wszystkowiedzących mentorów i ich pomysłów na to, jak powinnam żyć i co jest dla mnie słuszne. Działa, bo NAJWŁAŚCIWSZE – na danym etapie życia – odpowiedzi każdy z nas ma w sobie. W swojej intuicji.

    Dziś – po przeżyciu tego wszystkiego – jestem absolutnie pewna, że jedną z najważniejszych lekcji samorozwoju jest umiejętność bycia BLISKO SIEBIE i w kontakcie z własnym ciałem. Wsłuchiwania się coraz mocniej i głębiej w siebie, w swoje emocje i ukryte pod nimi potrzeby. Odkrywania kolejnych warstw tych potrzeb. Regularne budowanie oraz utrwalanie łączności z sobą. Dawanie sobie czasu i przestrzeni na błędy, na pomyłki, na testy i eksplorowanie. I zgoda na odczuwanie bólu, rozczarowania, wstydu i innych trudnych, nieprzyjemnych emocji i stanów emocjonalnych. Nie uciekanie od nich, tylko wchodzenie w nie najgłębiej, jak się odważymy. Bo życie pełnią jest tam, gdzie człowiek zgadza się na pełnię odczuć. Gdzie nie ucieka od doświadczeń, ze strachu przed cierpieniem. Bo życie pełnią, to zgoda na pełnię bycia człowiekiem. Z tym, co w nas dobre i złe. Jasne i mroczne. Mądre i durne. Piękne i paskudne. Co w sobie lubimy i co uważamy za kiepskie. Bo życie pełnią to życie owszem tu i teraz, ale NIE w oderwaniu od długofalowych konsekwencji swoich działań. Życie pełnią to życie w tym, konkretnym ciele i tym konkretnym miejscu NA ZIEMI, a nie ucieczki w hipnotyczną muzykę czy inne chwilowe “koiciele”. Życie pełnią, to pełnia przeżywania nie tylko wzniosłych uczuć: wdzięczności, radości i miłości, ale też zgoda na przepuszczenie przez siebie i uwolnienie z ciała wkurwu, żalu, smutku i innych trudnych odczuć. Emocje to arcyciekawe zjawisko – dopiero, kiedy pozwolimy sobie je odczuć z ich maksymalną siłą – odchodzą. Bardzo często te trudne emocje to wołanie naszych wewnętrznych dzieci o uwagę dla tego, co kiedyś zostało zlekceważone, pominięte, zignorowane, odrzucone, a co potrzebuje zostać dostrzeżone, wysłuchane, zrozumiane i ukochane. Ale żeby tak się stało – najpierw musi zostać odczute.
    Straszliwe rzeczy się w moim życiu podziały, kiedy dałam sobie wmówić, że ponieważ jestem “czuciowcem”, jestem niedojrzała emocjonalnie. Po otarciu się o krawędź agonii emocjonalnej, jaką jest depresja – wiem i jestem pewna, że to gówno prawda! Dojrzałość emocjonalna polega m.in. na tym, że człowiek się zgadza na odczuwanie! Że nie blokuje emocji, tylko pozwala im być, przepływać przez siebie i się w nie wsłuchuje z maksymalną uważnością. Nie zmienia nastroju poprzez ucieczkę w hipnotyczną muzykę czy medytacje na chwilę zmieniające wibracje, tylko pozwala sobie CZUĆ emocje całym sobą. Wtedy prawdziwie uzdrawia całą swoją istotę: duszę uwalnia z wielowiekowych ran i obciążeń, a ciało od energii biologicznej traum i zablokowanych emocji.

    Dzięki opisanym tu doświadczeniom zrozumiałam też, jak kluczowy jest w moim życiu BALANS. Balans między wzniosłymi dążeniami ducha i “przyziemnymi” potrzebami ciała. Tak – czasami ciało będzie “jedynie” narzędziem duszy do tego, by mogła realizować swoje wielkie zadania. W moim przypadku tak jest, kiedy piszę: moje ciało pełni wówczas głównie rolę narzędzia duszy w – nomen omen – ucieleśnianiu konkretnych treści.  Ale jako istoty cielesne mamy też potrzeby czysto cielesne. I doklejanie do nich duchowych teorii jest – moim zdaniem – co najmniej nieporozumieniem. Można wówczas dotrzeć do absurdalnych sytuacji, kiedy człowiek każdą podejmowaną aktywność, analizuje pod kątem zgodności z planem swojej duszy. I tak bardzo wgłębia się w te duchowe analizy, że odrywa się od rzeczywistości tu i teraz – na ziemi, w tym konkretnym ciele, z jego konkretnymi potrzebami.

    Nie twierdzę, że rozwój duchowy nie jest ważny. Jest bardzo ważny! Ale NIE ważniejszy od tego, jak podchodzimy do realizacji swoich potrzeb biologicznych i emocjonalnych. Podam przykład: są osoby, które tak bardzo są pochłonięte rozwojem duchowym, że niemal zupełnie pomijają potrzeby ciała i pracę z emocjami. Skutki są takie, że owszem pod względem duchowym są rozwinięte w ogromnym stopniu, ale ich ciała wciąż chorują. Te osoby zamiast uwalniać emocje poprzez ich odczuwanie – tłumią je i/lub wypierają. Poprzez medytacje, afirmacje i hipnotyczną muzykę, wprowadzają się w stany wysokowibracyjne i na jakiś czas zmieniają swój stan emocjonalny. Ale nieuwolnione, nieodczute emocje przecież nie znikają z ich ciał i z podświadomości i prędzej czy później znowu domagają się uwolnienia. I wtedy takie osoby albo się obżerają, albo palą papierosy, albo kompulsywnie dużo mówią, albo uciekają w kolejne praktyki manipulowania nastrojami etc. Czy to jest dla nich dobre i zdrowe? Czy to jest dobry i zdrowy rozwój? Według mnie nie. Moim zdaniem najwłaściwszy, najlepszy dla człowieka rozwój jest wtedy, gdy rozwijamy się holistycznie (fizycznie, emocjonalnie, mentalnie i duchowo) i w swoim naturalnym, unikatowym tempie. Dlatego tak KLUCZOWE jest zachowanie balansu pomiędzy wszystkimi ważnymi sferami życia. Dzięki przeżyciu ekstremalnego wypalenia zawodowego zrozumiałam to… do szpiku duszy.

    Dlatego teraz, każdego dnia, na nowo uczę się zachowywać balans między sferą ducha i ciała. Przykład: Moją największą życiową pasją jest pisanie (książek, artykułów, felietonów, poezji). Robiłam to od dziecka. Najpierw pisałam wierszyki, potem wypracowania wszelkiej maści (od rozprawek, przez analizę wierszy, po opowiadania), teksty piosenek, a nawet sztuki teatralne. Czas jaki spędziłam na tworzeniu i redagowaniu tekstów (w podstawówce, liceum, na studiach i w ciągu ostatnich 5 lat) to zapewne kilkaset tysięcy godzin. Obudzona w środku nocy, pijana, na wpół przytomna na pytanie, co kocham najbardziej odpowiem, że pisać. Pisanie jest tak bardzo – nomen omen – wpisane w moją istotę, że czasami mnie to przeraża. Przeraża, bo bez tego życie traci dla mnie sens. I gdybym już dziś umiała to zrobić – chciałabym zarabiać głównie na pisaniu powieści. Ale jeszcze nie umiem sobie tak zorganizować życia. I będę potrzebowała jeszcze sporo czasu, by dotrzeć do etapu, gdy pisanie powieści stanie się moim głównym źródłem utrzymania. Czyli do etapu, kiedy moja dusza będzie w pełni realizowała swój plan. Ale, by mogło się to zadziać – muszę każdego dnia najpierw zrealizować potrzeby biologiczne ciała, w którym żyję. Muszę mu zorganizować bezpieczne, wygodne miejsce do codziennego funkcjonowania. Muszę je nawodnić, nakarmić i dać mu to wszystko, czego potrzebuje by być zdrowe. A by to zrobić, potrzebuję pieniędzy, które muszę zarobić. A by zarabiać, muszę wykonywać swoją pracę efektywnie. By wykonywać pracę efektywnie, muszę się dobrze czuć w swoim ciele i ze swoimi emocjami. Bo dopiero, gdy zapewnię sobie dobrostan fizyczno-emocjonalny mam spokojny, wyciszony, zrównoważony umysł, który tworzy pełnowartościowe treści czyli efekty mojej pracy. I tak – niby to są oczywistości. Niby wszyscy to wiemy. A jednak tak często o tym zapominamy. I w natłoku górnolotnych przekazów, gubimy podstawy. Tak bardzo chcemy być uduchowieni, że w tym pędzie do oświecenia, lekceważymy potrzeby ciała, bez którego przecież nie da się realizować pragnień duszy.

    W kwestii zachowania balansu odkryłam jeszcze jedną, bardzo ważną prawidłowość. Zauważyłam, że im wyraźniej stawiam granice samej sobie, tym bardziej stanowczo i precyzyjnie umiem je postawić innym ludziom. A im dokładniej mam zaznaczone te granice, tym łatwiej mi przychodzi zachowanie balansu. Mam coraz więcej energii i czasu dla siebie, bo coraz bardziej uważnie i wyraźnie czuwam nad tym, ile daję tych wartości innym istotom (ludziom i mojemu kotu).

    Teraz kiedy to zapisuję mam poczucie: Boże! Adamowska czego Ty się bałaś?! Że ludzie tego nie zrozumieją? Że Cię odrzucą z takich błahych powodów?! Przecież to, co nas ludzi do siebie najbardziej zbliża to autentyczność, naturalność i szczerość czyli słowem PRAWDA! Bo prawda to domyślne ustawienie ludzkiej duszy. I dusza zawsze będzie do prawdy ciągnęła. Boże! Jak ja mogłam o tym zapomnieć! Jak ja mogłam to zgubić?! Jak ja mogłam aż tak odejść od siebie!!!??? No jak? Zaplątałam się festiwalu narcyzmu. Zagubiłam w oceanie marketingowych ściem i manipulacji. W relacjach z zakłamanymi, sztucznymi, goniącymi za sukcesem finansowym ludźmi straciłam łączność z moim wewnętrznym kompasem. I odpłynęłam w iluzoryczne wizje i manipulacyjne techniki “pouczycieli” pseudoduchowych. A u trzonu… szukałam w zewnętrznym świecie matki, której nigdy nie dane mi było doświadczyć. (Ale to już temat na osobny materiał).

    Dziś – po przeżyciu tego wszystkiego – czuję i jestem pewna, że dokładnie tak to miało wyglądać. Miałam to wszystko przeżyć, odczuć, przeboleć i uwolnić, by uzdrowić w sobie kolejne warstwy najgłębszej, najbardziej dojmującej: matczynej rany. Przy okazji w ogromnym stopniu uzdrowiłam ranę odrzucenia i porzucenia.
    Dziś wiem, że całe moje dotychczasowe życie wydarzyło się po to, żebym mogła napisać ten tekst. A potem kolejny. I następny. I poprowadzić wspaniałe warsztaty dla kobiet, które potrzebują mojej wiedzy, obecności i wsparcia, by uleczać swoje najgłębsze rany. I napisać kolejną książkę. I kolejną. I kilkanaście następnych. I stworzyć swój wymarzony talk show. I zrealizować wiele innych “szalonych” Adamowskich marzeń. Realizować w stu procentach PO MOJEMU, w zgodzie z sobą, z uważnością na siebie i MOJE potrzeby. NIGDY więcej według cudzego widzimisię. Nigdy więcej, żeby tuczyć cudze schematy i łatać cudze kompleksy. Nigdy więcej kosztem siebie i swojej PRAWDY.

    Dzięki temu, że otarłam się o śmierć, że dosłownie poczułam na sobie jej surowy, szorstko miażdżący, lodowaty dotyk, nie tylko zrozumiałam, ale przede wszystkim poczułam, jak bardzo, jak przeogromnie i niewypowiedzianie kocham moje życie. Przypomniałam sobie dlaczego i po co tu jestem. Przypomniałam sobie KIM JESTEM. I nigdy już nie chcę zapomnieć. Nigdy już nie chcę zgubić drogi mojej Duszy, mojego wewnętrznego kompasu.

    Daję ten tekst sobie – by był moim memento. A Wam – żeby Was zainspirować do odnajdywania i pielęgnowania esencji tego, kim jesteście.

    I na koniec czuję, że chcę z całego serca PODZIĘKOWAĆ Kobietom, które w tym trudnym, bolesnym dla mnie czasie wspierały mnie i mi kibicowały. Szczególne podziękowania mam dla:

    Doroty Pawelec (Trening Świadomości) za ciepło, za mądrość, za dojrzałość, za zgodę na swoją i moją pełnię kobiecości, za odwagę do obalania mitów i mówienia o seksualności, za fantastyczną sesję, która mnie przytuliła i otrzeźwiła jednocześnie. I za otwartość z jaką umiemy ze sobą być jako kobiety – DZIĘKUJĘ Dorotka.

    Meg Brogowskiej za zrozumienie, serdeczność i kopa motywacyjnego. DZIĘKUJĘ Gosiaczku.

    Aleksandry Paszkiewicz za cudne zdjęcia i za otwartość umysłu. DZIĘKUJĘ Oleńka.

    Eli Jastrzębskiej (Kod Geniuszu) za inspirację, za odwagę i wytrwałość w bezkompromisowym byciu sobą oraz za wsparcie w kryzysowych momentach. DZIĘKUJĘ Ela.

    Mony Wind za piękną, czułą, ultra szczerą kobiecą obecność. DZIĘKUJĘ moja roztańczona Ślicznoto.

    Kingi Bogdańskiej za bycie autentyczną i życzliwą w świecie – często bardzo zmanierowanego i zakłamanego – rozwoju osobistego. Kinia SZACUN jak stąd do Californii.

    Sylwii Kuleszy (Aurora w drodze do siebie) i Violi (Fenix z popiołów) za wspaniałe, mądre, dojrzałe treści, jakimi się dzielą. DZIĘKUJĘ za wiedzę i za inspirację Kochane.

    Moich CUDOWNYCH Dziewczyn, których tożsamości nie chcę ujawniać, ale wiem, że Wy wiecie Słoneczka jak OGROMNIE jestem Wam WDZIĘCZNA.

    Ewelinie Habzie, Sylwii Stanisławczyk i mojej najlepściejszej na świecie Siostrze – za CUD Waszej Przyjaźni.

    Szczególne OGROMNE DZIĘKI mam też dla Sylwestra Zamsa za jego wielomiesięczne wsparcie i obecność. DZIĘKUJĘ Kochany.

    I dla nas wszystkich – czyniących DOBRO, jako puentę serducho mi podpowiedziało wypowiedź Dalai Lamy:

    “Nasza planeta nie potrzebuje więcej “ludzi sukcesu”. Natomiast wręcz rozpaczliwie potrzebuje ludzi czyniących DOBRO. Potrzebuje orędowników pokoju, uzdrowicieli, odnowicieli, bajarzy, gawędziarzy oraz “miłośników” wszelkiej maści. Potrzebuje ludzi, którzy pięknie żyją. Potrzebuje ludzi wielkiek odwagi – gotowych włączyć się do walki o bardziej “ludzki” świat. A te wszystkie wartości mają niewiele współnego z pojęciem “sukcesu” – tak, jak go rozumie nasza kultura.”

  • Blog

    MODLITWA O NAJWAŻNIEJSZE

    Modlitwa o najważniejsze

    MODLITWA O NAJWAŻNIEJSZE

    “A kiedy przyjdzie także po mnie zegarmistrz światła purpurowy, by mi zabełtać błękit w głowie, to będę jasny i gotowy.”

    Kiedy stanę na rozdrożu dróg
    i patrzeć będę przed siebie
    oczami niewidzącymi
    i umysłem zeschemaciałym,

    Kiedy stanę na rozdrożu dróg
    i widzieć będę tylko zawieruchę niewiadomej,

    Kiedy stanę na rozdrożu dróg
    i słyszeć będę tylko chaos,

    Kiedy dłonie będę mieć obezwładnione
    i ciało bezsilnością skute,

    Kiedy samotność będzie wygwizdywać
    gorzką pieśń przegranej batalii,

    Kiedy osaczy mnie mgła niezrozumienia
    i lepkie macki przestrachu
    wciągać mnie będą w bezruchu pieczarę,

    Kiedy usta niekochających wykrzywi
    grymas szyderstwa,

    I kiedy grunt pod moimi stopami
    rozstąpi się w wyżłobiny pełne mułu,

    Daj mi MOC, by upaść na kolana
    w pokornym geście powierzenia się
    Temu, który wiedział “dlaczego”, zanim stworzył “jak”.

    Daj mi MOC, by strząsnąć z uszu połacie fałszu
    i intuicji sitem kryształowym
    czerpać z bezmiaru boskiej Mądrości.

    Daj mi MOC, by serce, igłą paniki nakłuwane i kagańcem kłamstwa spętane
    wyrwać z otumanienia.

    Daj mi MOC, by skrzydła połamane zszyć srebrzystą nicią woli
    i by kark zgięty ślepotą niemożliwości
    wyprostować do sprzeciwu wobec niesprawiedliwości.

    Daj mi MOC, by w czasach zgnilizny
    być łykiem górskiego powietrza i wiatrem zielonolistnym.

    Daj mi MOC, bym w bezmiarze chciwości, oceanie zachłanności i w wodospadach żarłoczności
    nie pozwoliła zatopić kompasu Umiarkowania.

    Daj mi MOC, bym wysypisko próżności, obeszła ścieżką pokory.

    Daj mi MOC, bym, rażona banerami neonowej obłudy, umiała wybrać surowe piękno Prawdy.

    Daj mi MOC, bym potrafiła dostrzec DOBRO tam, gdzie innym zło stępiło klarowność postrzegania.

    Daj mi MOC, bym w ogniu pogardy hartowała pokój mego serca.

    Daj mi MOC, bym ponad otchłanią nienawiści uniosła się na skrzydłach Ufności.

    Proszę, daj mi MOC, MOC nieustającej MIŁOŚCI.

     

    Jeśli czujesz, że chciałabyś nauczyć się budowania kontaktu z sobą (bądź przepracować inną ważną dla Ciebie kwestię) i czujesz, że chcesz to zrobić przy mojej pomocy, podczas spotkań indywidualnych – w linku znajdziesz informacje na temat tej formy pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Przygotowuję także warsztaty online dla osób, które wolą pracę w grupie. Jeśli sprawy pójdą zgodnie z moim zamysłem, w drugiej połowie maja udostępnię szczegółowe informacje, a warsztaty ruszą mniej więcej w połowie czerwca. Będę Was informować na bieżąco na fanpage’u: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147

    Tu możesz przeczytać o tym, jak kobiety oceniają pracę ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Nagranie z tego linku: https://www.youtube.com/watch?v=6Gj82JMz1q8
    może być dla Ciebie zarówno ciekawym doświadczeniem, jak i testem tego, jak się czujesz podczas nawiązywania kontaktu wzrokowego, który jest jednym z najpotężniejszych narzędzi budowania relacji z sobą. Zachęcam Cię z całego serducha do obejrzenia tego nagrania i podzielenia się swoimi odczuciami/ wnioskami/ refleksjami o tym, jak odczułaś ów kontakt wzrokowy i czy odważyłaś się zrobić to ćwiczenie przed lustrem.

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

    https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

    A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.

  • Blog

    Czas PRÓBY Czas ODWAGI Czas PRZEWARTOŚCIOWANIA

    magda adamowska wpis blogowy

    CZAS PRÓBY, CZAS ODWAGI, CZAS PRZEWARTOŚCIOWANIA

    “W każdym z nas drzemie CUD. I ten CUD jest przeznaczony tylko dla jednej osoby. Gdy jesteśmy blisko niej, Wszechświat pomaga spełnić przeznaczenie.”

    Kiedy 4 miesiące temu, 3 stycznia – siedząc na plaży nad Pacyfikiem – dziękowałam Bogu za cud życia i prosiłam o dobry, obfitujący w piękne i wartościowe doświadczenia rok 2020 czułam, że będzie on dla mnie wyjątkowy i przełomowy. Ale to, co ów czas przynosi, przekracza wszelkie moje wyobrażenia. Świat, Europa, Polska, a w niej ja – malusieńka chwileczka w bezmiarze wieczności – stanęliśmy w obliczu GIGANTYCZNEGO wyzwania. Przyszedł bowiem czas, w którym zarówno całe społeczeństwa, jak i współtworzące je jednostki muszą dokonać życiowego wyboru. Wyboru pomiędzy lękiem, a miłością. Wyboru pomiędzy wygodnictwem, lenistwem i próżnością, a pracowitością, uważnością i pokorą. Pomiędzy żądzą władzy, a szacunkiem. Pomiędzy chciwością, a współpracą. Pomiędzy żarłocznością, a umiarkowaniem. Pomiędzy ego, a głosem boskiego ducha. Pomiędzy walką, a wybaczeniem. Pomiędzy życiem ślepca, a życiem w świetle świadomości.

    Piszę to jako człowiek, który przez lata całe pełzał w błocie nieświadomości. Trwonił swój bezcenny czas życia na uzależnienia, na smutne, raniące, wyniszczające relacje i na bezrefleksyjną gnuśność. Taplał się w bagnie poczucia winy, toksycznego wstydu i paraliżującego strachu przed bólem, jaki towarzyszy każdemu przełomowi. Odrzucał olbrzymie DARY, jakie otrzymał od życia w przekonaniu, że – podobnie jak on – nie są nic warte. Piszę to także, jako człowiek, któremu dane było się przebudzić. Rozwiać mgłę letargu. Wyjść z kotliny fałszu i bezmyślności. Otworzyć oczy, umysł i serce na podążanie drogą miłości i prawdy. Piszę to jako człowiek, który był w tak głębokiej nieświadomości, że niemal oślepł na możliwości i jako człowiek, który odważył się na wyjście z – tak wygodnego, jak toksycznego – bezruchu. I nie, nie powiem Wam, że życie po jasnej stronie MOCy jest łatwe oraz tylko lekkie i przyjemne. Nie jest łatwe, bo wciąż stawia przed nami decyzje proporcjonalnie trudne, do głębokości naszego aktualnego stanu samoświadomości. Nie jest tylko lekkie i przyjemne, m.in. dlatego, że każda decyzja wiąże się z rezygnacją z czegoś. A odczucia towarzyszące rezygnacji, rzadko bywają lekkie i przyjemne. Świadome życie wymaga ogromnej odwagi i nieustannej uważności. Bo człowiek, który decyduje się wyjść – z bezpiecznej, szarej nory – do pełnego światła, wystawia się na ciosy, zranienia i wyzwania. I na doświadczenia, które bywają piekielnie bolesne, trudne i niekiedy powalają go na kolana i łamią mu serce.

    Czy zatem warto? Czy warto starać się i pracować na to, by nie tylko wejść, ale i utrzymać się na drodze światła? Czy warto trwać w prawdzie i miłości, skoro ta droga jest tak kręta, mozolna, wymagająca, a momentami wręcz okrutna? Znów – napiszę jako osoba, która mimo odczuwanych: strachu, bólu i innych blokad – postanowiła, że droga świadomości będzie jej jedyną drogą.
    Dlaczego? Bo w stanie nieświadomości – choć człowiek unosi się w wygodnym, bezwysiłkowym mentalnie i duchowo bezruchu – jest tylko pustka. Pustka – wbrew powszechnym przekonaniom – nie jest “czarną dziurą”. Czerń jest wyrazista, MOCna, głęboka i surowa. Pustka jest szarością. Jest jak nieprzenikniony, mięsisty kołdun mgły. Osacza człowieka tekturowością smaku, przezroczystością dotyku, głuchością węchu, ślepotą słuchu i tępotą wzroku. Kiedy człowiek tkwi w szarości – jego oczy blakną, usta mrowieją, ramiona sztywnieją, uszy zarastają niechęcią. Kiedy człowiek tkwi w szarości, kurczy się jego umysł i słabnie serce. Im głębiej zapada się w szarość, tym bardziej stępia się jego umiejętność odczuwania. Bo pustka to obojętność, bezruch, niemoc. A mimo to nie chroni przed bólem. Bo życie w pustce to jeden wielki, przewlekły ból. Ból duszy. Ból duszy, która błaga o przebudzenie serca, o otwarcie umysłu, o wyciągnięcie ramion, o podanie dłoni. Duszy, która błaga o łzy oczyszczenia i krzyk wyzwolenia, o akty woli życia.

    Jakiś czas temu obejrzałam znakomite przemówienie “Universe has Your back”. Autorka – kobieta zajmująca się rozwojem duchowym – proponowała, by zamiast modlić się/ prosić o coś konkretnego, jak inna praca, więcej pieniędzy czy miłość partnera, raczej prosić o to by, zdarzało się coś, co przyniesie DOBRO ogólne. Coś, będzie dobre, wartościowe i słuszne zarówno dla nas jako jednostek, jak i dla naszych bliskich i środowisk, które współtworzymy. Po kilkukrotnym wysłuchaniu tego przemówienia zaczęłam pytać siebie – co najlepszego dla siebie i dla ogólnego DOBRA mogę zrobić ja – ten malusi, drobny, filigranowy człowiek. Tak kruchy i koronkowy w swojej wrażliwości. Tak skromny i ograniczony w swych fizycznych zasobach. Tak zakręcony w swoim radosnym, wielobarwnym artystycznym życiowym rozgardiaszu. Przecież jestem jedynie małą kropeczką, która potrafi “tylko” pisać, mówić i… dzielić się DARami, jakie otrzymała od życia.

    Tak – zaczął się arcytrudny czas. Tak – wchodzimy/ weszliśmy niejako w nową erę dziejów. I tak – będzie bolało. Będzie bolało bez względu na to, czy zostaniecie w szarości i niemocy, czy wyjdziecie do światła i działania. I tak – ból, jaki się pojawi na drodze światła będzie równie intensywny, jak ten, który się odczuwa w szarości. Oberwiecie niezliczone ilości razy. Podobnie jak niezliczone ilości razy spadniecie i będziecie wyć z rozpaczy. A jednak – jako człowiek, który zna te dwa przeciwne stany istnienia – jestem pewna: WARTO iść drogą światła. Warto iść drogą miłości i prawdy. Warto iść drogą świadomości. Tak – różne trudne doświadczenia mogą Ci złamać serce, nie raz, nie pięć i nie sto razy. A jeśli nauczysz się działać mimo blokad i wykorzystywać ból do tego, by na nim rosnąć – będziesz się hartować i stawać coraz MOCniejsza/ MOCniejszy.

    Pokażę to – jak to ja: człowieka-praktyka – na własnym przykładzie. Ostatnie miesiące były dla mnie jedną, wielką, życiową lekcją. I była to lekcja tak bolesna, mozolna i okrutna, jak owocna w ultra wartościowe wnioski i wspaniałe zmiany. Lekcję ową otrzymałam, jako skutek podjętej przeze mnie świadomej i dobrowolnej, choć szalenie trudnej decyzji. W listopadzie 2019 roku wysłałam intencję o potężnym ładunku energetycznym, której głównym przesłaniem było: “Proszę o oczyszczenie i usunięcie z mojego życia wszystkiego, co nie jest dla mnie dobre i co blokuje mnie przed podążaniem drogą mojej duszy i wzrostem w optymalnym dla mnie tempie. Jestem gotowa i zgadzam się ponieść wszelkie konsekwencje, będące wynikiem spełnienia owej intencji.” No i się zaczęło…

    Już kilka dni po zapisaniu, podpisaniu i wypowiedzeniu tej intencji zaczęła się “czystka”. Po trudnej rozmowie i przykrych dla mnie zarzutach (m.in. o tym, że zmyśliłam historie zawarte w mojej książce), podjęłam decyzję o rezygnacji ze współpracy z klientką, która owe zarzuty wysunęła. Dwa tygodnie później spotkałam się z jedną z moich bliskich znajomych. Od samego początku tego spotkania czułam, że znajoma próbuje bardzo nachalnie i wręcz agresywnie wchodzić poza granice, które jej wyznaczałam. Dodam, że robiłam to bardzo wyraźnie. Jak dokładnie wyglądała sytuacja? Tuż po tym, jak weszłam do jej domu, “zaatakowała” mnie komunikatem, że zrobiła obiad i że “muszę zjeść, bo się na mnie pogniewa jeśli tego nie zrobię.” To stwierdzenie – w moim odczuciu – nosi znamiona szantażu emocjonalnego, więc odpowiedziałam, jak na szantaż, a mianowicie, “że jestem wolnym człowiekiem i to ja decyduję o tym, co i kiedy jem i że nic nie muszę, a jeśli zamierza się “gniewać”, to niech się męczy z konsekwencjami swojej decyzji.” Kobieta zdawała się w ogóle nie słyszeć mojej wypowiedzi i postawiła przede mną talerze pełne jedzenia. Zgodnie z ówczesną potrzebą zjadłam trochę zupy i część drugiego dania, resztę posiłków zostawiając. Wywołało to dużą dezaprobatę owej znajomej, zamanifestowaną głośnym wzdychaniem i wypowiedziami: “Ja tyle czasu gotowałam, a Ty nie chcesz jeść.”/ “Schudłaś strasznie, może Ty chora jesteś, albo depresję masz?”/ “Źle wyglądasz Madziu, to na pewno przez to, ze tak mało jesz.” Pierwszego dnia pobytu u niej, podeszłam do tego zrzędzenia z dystansem. Stwierdziłam, że skoro wiem, jak się czuję i że nie potrzebuję się tłumaczyć z moich decyzji, nie będę odpowiadać na zaczepki. I faktycznie, na chwilę to podziałało – wspólny wieczór minął nam całkiem przyjemnie. Ale – jak to zazwyczaj bywa w przypadku szantażystów emocjonalnych – następnego dnia temat powrócił i to w znacznie bardziej intensywnej formie. Zaczęło się od śniadania, podczas którego znajoma powtórzyła wyżej przytoczone komunikaty. Tym razem odpowiedziałam bardziej stanowczo, że zaczyna mnie irytować jej zachowanie i że jeśli nie skończy tego tematu, to ja skończę nasze spotkanie i wrócę do siebie wcześniej niż planowałam. I znowu: na chwilę odpuściła, ale niespełna 3 godziny później – zupełnie, jakby jej pamięć nie zarejestrowała moich wcześniejszych wypowiedzi – zakomunikowała, że zrobiła obiad i “że muszę zjeść przed podróżą do domu, bo jeśli nie zjem to będę głodna”. I tu moja cierpliwość baaardzo się nadwyrężyła. Stanęłam naprzeciwko niej i spokojnym, ale bardzo stanowczym tonem zwróciłam się do niej: “Popatrz na mnie proszę.” Spojrzała, a ja czułam w niej rozedrganą, wibrującą niepokojem, złością i zniecierpliwieniem energię. Mimo to – nadal stanowczo – powiedziałam: “Teraz nie jestem głodna i nie będę jeść. Co z tym zrobisz, to Twoja sprawa. A na przyszłość: nie próbuj mnie zmuszać do czegokolwiek, bo Ci się to nie uda.” Po tych moich słowach znajoma w milczeniu wyszła z pokoju. Po kilku minutach wróciła… z pełnym talerzem, który postawiła na stole w pokoju, w którym przed chwilą wysłuchała tego, co do niej powiedziałam na temat jedzenia. Spojrzałam na talerz, potem na nią, wzięłam głęboki oddech i tym razem to ja wyszłam z pokoju, bez słowa komentarza. To był ten moment, kiedy już byłam na 100 % pewna, że ta relacja, w tym konkretnym momencie naszych żyć, powinna zostać na jakiś czas zawieszona. Czułam, że moje granice nie tylko nie są szanowane, ale są coraz bardziej naruszane. Uznałam też, że prostolinijny i szczery sposób komunikacji, jaki stosuję, nie dociera i nie dotrze do owej kobiety. Nie dotrze, bo ona przez całe swoje życie była poddawana i posługiwała się różnej maści manipulacjami. Nie dotrze, bo komunikacja wprost, różni się od manipulacji tak, jak język polski od chińskiego. Nie dotrze, bo ja i ona jesteśmy na taaaaak bardzo innych poziomach świadomości, że nie ma możliwości na znalezienie płaszczyzny dla dobrego dla nas obu porozumienia.

    NajMOCniejszy etap czystki, przeżyłam w Californii. Abyście mogli zobaczyć tę sytuację w szerszym kontekście – rozrysuję ją Wam z perspektywy kilku miesięcy przed moim wylotem do USA.

    Kiedy 23 grudnia 2019 roku wylądowałam w Californii, byłam w trakcie największej transformacji w moim życiu. Już wtedy czułam, że zmieniło się we mnie PRZEOGROMNIE dużo. Przemiana dokonała się zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz mnie. Zmieniło się moje ciało: jego kształt, kondycja, potrzeby, a nawet ekspresja. Wypracowałam idealny dla siebie sposób odżywiania (niemal całkowicie wegański), co pozwoliło mi dotrzeć do mojej obecnej optymalnej formy, z którą czuję się znakomicie. Podjęłam szereg szalenie ważnych decyzji. Ucięłam opisane wcześniej i jeszcze kilka innych niezdrowych dla mnie relacji i kilkadziesiąt obciążających mnie sytuacji. Postanowiłam także, że w ciągu najbliższych kilku lat chcę jak najwięcej czasu spędzać w Polsce, bo moje pasje i moje plany zawodowe są nierozerwalnie związane z Polską, Pol(a)kami i językiem polskim, który kocham całym sercem (w przeciwieństwie do angielskiego, którego nawet nie lubię). Poza tym od wyprowadzki mojego byłego partnera pierwszy raz w życiu – od końca czerwca 2019 roku – mam całe mieszkanie tylko dla siebie. Wcześniej zawsze mieszkałam z kimś, najpierw z rodziną, potem kolejno: na stancji, ze współlokatorką, z mężem, z partnerem. A teraz mam tylko swoją przestrzeń, w której jest dokładnie taka energia, jakiej potrzebuję, by rozwijać się optymalnie dla siebie. Nigdy wcześniej nie było mi w życiu tak PRZECUDOWNIE. Nigdy wcześniej nie czułam się tak doskonale w żadnym domu ani w mieszkaniu. Nawet w bajkowej Californii, gdzie miałam do dyspozycji takie “luksusy” jak basen, jacuzzi, bliskość plaży, super słoneczną pogodę, przecudną przyrodę i prywatnego, seksownego, latynoskiego “szofera”. Nawet tam nie było mi tak wspaniale, jak w mojej magicznej, wypełnionej czarodziejską, artystyczną, pluszowo-świetlistą aurą enklawie energetycznej. Moim małym sanktuarium bliskości z sobą. Moim pierwszym – stworzonym własną energią i rękoma – DOMu.

    W grudniu 2019 roku leciałam do USA z radością, bo tęskniłam za Luisem (moim ówczesnym partnerem) i za Californią, jako miejscem, ale była to już zupełnie inna radość niż ta, którą czułam, gdy leciałam tam na wakacje. Gdybym mogła zmienić termin wylotu lub sprzedać bilet to prawdopodobnie zostałabym w Polsce. Dlaczego? Bo wolałam pobyć ze sobą, nacieszyć się swoją wolnością, swobodą i przestrzenią życiową i spędzić czas na tworzeniu treści do moich “szalonych” projektów.

    Luis wyczuł zmianę we mnie od razu. I ta zmiana od samego początku była dla niego potężnym wyzwaniem. Podobnie jak dla mnie ogromnym wyzwaniem stał się jego – totalnie inny od mojego – styl życia. Ja kocham równowagę, spokój, naturę, przestrzeń ciszy, refleksji i bliskości z sobą oraz regularną aktywność fizyczną. Rozmowy z innymi ludźmi mają dla mnie sens tylko wówczas, jeśli są głębokie i jeśli mogę się – dzięki nim – czegoś nauczyć i coś ważnego i wartościowego dać drugiemu człowiekowi. Rano potrzebuję czasu tylko dla siebie, żeby świadomie i harmonijnie wejść w aktywności doby. Przygotowuję i jem śniadanie z naturalnych, nieprzetworzonych produktów. Delektuję się kawą z przyprawami korzennymi i mlekiem roślinnym, piszę, rozmawiam z sobą, czytam, słucham wartościowych dla mnie nagrań, czasami tańczę, śpiewam lub idę na spacer. Dopiero taka naładowana pozytywną, jasną energią zaczynam pracę, która polega głównie na tworzeniu treści i konsultacjach z moimi klientkami. Mam bardzo elastyczny i zmienny dobowy układ zajęć i jest mi z tym przeCUDOWNIE. Dzięki temu mogę żyć w harmonii i zgodzie ze swoimi potrzebami. Tworzę, organizuję, spotykam się z ludźmi, spaceruję, czytam, słucham nagrań, jem, śpię, ruszam się, sprzątam, odpisuję na wiadomości etc. kiedy chcę i potrzebuję, a nie w sztywnych, narzuconych “z góry” godzinach. Oczywiście, że jest sporo sytuacji, kiedy – żeby zrealizować to, co zamierzyłam – niejako muszę się dopasować do sztywnych, systemowych godzin, ale to są w moim życiu wyjątki od reguły, a nie reguła.
    Luis zaczyna dzień od włączenia komputera i sprawdzania maili firmowych. Kawę pije w trakcie odpisywania na wiadomości. Pracuje w standardowych godzinach od 9 do 17. Rzadko w ciągu tych 8 godzin ma czas na przerwę, więc często jego jedynym dziennym posiłkiem jest shake białkowy z masłem orzechowym i tostami z białego pieczywa. Po pracy jedzie na siłownię, wraca, zjada duży posiłek, bierze prysznic i… zasiada przed telewizorem z przekąskami typu chipsy, krakersy, ciastka i sztuczne napoje gazowane. I tak do 1-2 w nocy kiedy zasypia, często przy włączonym ekranie olbrzymiego telewizora. To jest jego sposób na “odreagowanie” napięcia, jakie generuje praca i obowiązki z nią związane.

    Na czas moich pierwszych pobytów u niego MOCno zmieniał schemat 2 części doby. Często wczesnym wieczorem wychodziliśmy na spacery i/lub do różnych ciekawych miejsc. Dużo rozmawialiśmy i eksplorowaliśmy miasto. W piątki chodziliśmy tańczyć. W soboty najczęściej zabierał mnie na przecudne wycieczki w ultra czarodziejskie miejsca. Niektóre niedziele spędzaliśmy z jego rodziną lub przyjaciółmi. I dopóki to wszystko było dla mnie nowe… było też ciekawe. Poznawałam totalnie inny od mojego świat: zupełnie odmienne style życia, poglądy, zachowania, smaki, sposoby budowania relacji etc. Ale kiedy aura nowości i jakiegoś rodzaju fascynacji opadła… dostrzegłam i odczułam trudne strony mojej latynosko-amerykańskiej “przygody”. Zobaczyłam też (bardzo) ciemne strony kultury amerykańskiej. Tony marnotrawionego jedzenia. Tony niesegregowanych śmieci. Hektolitry wypijanego alkoholu, sztucznych napojów oraz niezliczone ilości pochłanianych fast foodów. Puste, ogłupiające rozrywki typu rolercostery i wielogodzinne oglądanie teledysków. Ale tym, co mnie w USA poraziło zdecydowanie najMOCniej jest ignorancja (a niekiedy wręcz tępota) oraz powierzchowność relacji. Rozmowy z przeciętnym vel statystycznym Amerykaninem można porównać do jedzenia tektury polanej ketchupem. Niby czujesz jakiś smak i jakąś strukturę, ale ani Cię to nie karmi, ani Ci nie smakuje, ani nawet nie wiesz, jak zdefiniować to zjawisko. Po pierwszych 3 minutach Twój umysł zaczyna się zastanawiać czy faktycznie słyszysz to, co słyszysz. Po kolejnych 3, jak to możliwe, że rozmawiasz o takich bzdurach. A po następnych 3 szukasz wzrokiem jakiegoś spokojnego miejsca, by móc się otrząsnąć z osadu paplaniny, jaką Cię zaatakowano totalnie znienacka. Bo Amerykanie tak właśnie “atakują” potencjalnych rozmówców – są bardzo bezpośredni, a często wręcz nachalni. Mówią strasznie dużo i szybko. Niestety z umiejętnością słuchania ze szczerym zaangażowaniem jest u nich bardzo, bardzo kiepsko. Nie – nie wszyscy Amerykanie, których poznałam to powierzchowni ignoranci. Spotkałam też tych wspaniałych, inteligentnych, wrażliwych i świadomych, ale stanowią oni zdecydowaną mniejszość. I – co ciekawe – większość z tych świadomych to przedstawiciele mniejszości narodowych czyli Latynosi, Mulaci i Muzułmanie.

    Kiedy te wszystkie świadomości się we mnie poosadzały, zaczęłam o tym rozmawiać z Luisem. “Przerozmawialiśmy” kilkadziesiąt godzin. (Swoją drogą mój angielski – choć go nie lubię – okazał się znacznie lepszy niż sądziłam ;). Pytałam jak on postrzega kulturę amerykańską i wyżej opisane zachowania. Pytałam o jego najważniejsze wartości. O to, jaki styl życia jest jego wymarzonym i na ile to, jak teraz żyje, jest zgodne z jego pragnieniami. Pytałam, jak postrzega naszą relację, jakie są jego obecne potrzeby w tym obszarze i jak się czuje z tym, że mieszkamy na innych kontynentach i widujemy się kilkanaście tygodni w roku.
    Mówił, ja słuchałam i z każdym jego zdaniem wchodziłam MOCniej w niesłychanie dziwny stan, w którym równolegle wibrowało we mnie mnóstwo różnych odczuć i emocji. Czułam smutek, żal i jakiś rodzaj rozpaczy, bo byłam już pewna, że coś ogromnie ważnego w nas… umarło. Czułam złość, zawód i rozczarowanie sobą i nim, że przegapiliśmy moment, kiedy w naszych międzykontynetalnych codziennościach, staliśmy się dla siebie bardziej literkami w Messengerze i awatarami z wideo rozmów, niż żywymi, czującymi i potrzebującymi fizycznej, emocjonalnej i seksualnej bliskości ludźmi. Czułam naszą niemoc w obliczu nieuchronności zakończenia tego związku. I wstyd, że ja – świadoma, przytomna i tak cholernie doświadczona w relacjach damsko-męskich “kobita” – nie zdołałam tego przewidzieć. A właściwie nie chciałam widzieć tej sytuacji z szerszej, niż “sercowa” perspektywy. Równocześnie – w najgłębszej warstwie intuicji – subtelnie, acz bardzo wyraźnie – pulsowały mi: SPOKÓJ, AKCEPTACJA, MIŁOŚĆ I WDZIĘCZNOŚĆ. Spokój osadzony na moim nienaruszalnym poczuciu własnej wartości i pewności, że życie mnie kocha nawet – a może zwłaszcza – kiedy jakaś ważna część mojego świata zapada się pod ziemię. Akceptację wyrastającą na pokorze wobec życia i wobec jego – przewyższającej moje ludzkie, wąskie postrzeganie – MĄDROŚCI. Miłość – bezwarunkową, serdeczną i czułą do siebie i do Luisa, jako istot ludzkich, do ukochanych dzieci Wszechświata. Miłość, którą najpierw nauczyłam się czerpać ze Źródła i dawać sobie, a potem obdarzać nią inne istoty. Wdzięczność za DAR życia i nieograniczone możliwości doświadczania, jakie otrzymuję każdego dnia.
    A kiedy – po tych wielogodzinnych rozmowach – dotarliśmy do momentu, gdy oboje poczuliśmy, że najlepszym rozwiązaniem tej sytuacji będzie powrót z etapu związku damsko-męskiego do etapu przyjaźni międzyludzkiej, przyszła ULGA. I znowu WDZIĘCZNOŚĆ, za to, czego dane nam było doświadczyć, dzięki temu, że się spotkaliśmy i pokochaliśmy.

    Czy żałuję czasu, energii i pieniędzy, które zainwestowałam w Californię? Ani sekundy, grama i grosza!!! Nie żałuję żadnego doświadczenia, jakie dane mi było przeżyć. Nawet tego głuchego, tępego bólu rozdzierającego serce, kiedy dotarło do mnie, że – dla dobra mojej duszy– muszę odpuścić związek z mężczyzną, którego pokochałam całą sobą. Nie żałuję żadnej z tysięcy łez, które wypłakałam, godząc się z tą stratą. Nie żałuję ani minuty spędzonej w mojej ukochanej Californii, chociaż wiem, że angażując czas, energię i pieniądze tam, opóźniłam realizację moich marzeń zawodowych w Polsce o kolejny rok. Wiecie dlaczego nie żałuję? Bo bez tych doświadczeń nie dowiedziałabym się tego wszystkiego, co wiem teraz. Nie przeżyłabym jednej z NAJWSPANIALSZYCH przygód w życiu. Nie dotknęłabym tych wszystkich CUDów. I byłabym uboższa o te wszystkie przemagiczne momenty, doświadczenia i świadomości.

    Wszystkie te doświadczenia najpierw sciachały mnie z określonej partii głupich schemaciorów, iluzji i życiowej ślepoty. A potem oszlifowały moją pokorę, poczucie akceptacji i wdzięczności za możliwość doświadczania CUDu, jakim jest życie. Dzięki tym wszystkim doświadczeniom utwierdziłam się w przekonaniu, że jedyną stałą w życiu, jedynym fundamentem, na jakim warto budować swoje życie jest kontakt z sobą i swoją wewnętrzną MOCą i z MOCą Źródła. “Tylko ja mogę pokochać siebie na zawsze, na pewno, na dobre i złe. Tylko ja mogę sobie dać gwarancję nieodrzucenia i dozgonnej wierności. Tylko w sobie znajdę pełnię zrozumienia i akceptacji. I poczucie, że cały świat może być przeciwko mnie, a ja i tak siebie nie opuszczę. I będę dla siebie wsparciem, poczuciem bezpieczeństwa i niewyczerpanym źródłem miłości. I tylko ja mogę zbudować/ odbudować siebie. Odkryć to, Kim jestem w najgłębszej warstwie duszy i pozwolić temu Komuś po prostu BYĆ.” Napisałam ten tekst 4 lata temu, w ostatnim rozdziale “Schematrixa”, a mimo upływu czasu nadal uważam, że jest idealną definicją bliskości z sobą.

    Opowiadam Wam to wszystko w kontekście obecnego trudnego momentu w dziejach świata, żeby Wam pokazać, że trudne, bolesne, niekiedy wręcz raniące do krwi sytuacje, pojawiają się w naszym życiu, byśmy mogli na nich urosnąć. Byśmy mogli się oczyścić ze wszystkiego, co przestało być dla nas dobre i co hamuje nasz wzrost. I że WARTO (Boże! Jak BARDZO WARTO!!!) zmierzyć się z bólem, który jest nieodzownym towarzyszem każdej zmiany. Bo zmiana zawsze wiąże się z rezygnacją z czegoś. Im bardziej coś nam drogie i bliskie, tym ból towarzyszący rezygnacji z tego czegoś będzie większy. A mimo to – na bazie wszystkich moich szalonych, wielobarwnych i jakże różnorakich doświadczeń – mówię Wam: WARTO. WARTO wyjść z szarej nory bezruchu i niemocy. WARTO podejmować ryzyko wejścia w nieznane. WARTO testować i szukać tej najwłaściwszej dla siebie ścieżki. Podobnie, jak WARTO iść za głosem intuicji. I WARTO odpuszczać to, co czujemy w głębi siebie, że już nie ma szans rozwoju, ani nawet przetrwania w takiej formie, która nie szkodzi. Dlaczego? Bo tylko tak można dotknąć cudu życia. Tylko mierząc się ze swoimi lękami, blokadami oraz ograniczeniami i każdego dnia próbując wyjść choć kroczek poza nie, dajemy sobie szansę na życie piękne, barwne, soczyste, pełne i takie, którego obfitość, wspaniałość i piękno czuje się całą swoją istotą.

    I kiedy zastanawiałam się nad tym, co najlepszego – każda/ każdy z nas może zrobić dla siebie i dla świata w tym szalonym, trudnym, pełnym niewiadomych czasie… kolejny raz dotarłam do tej samej “zasady”, która pomogła mi wyjść z bulimii, napisać i wydać książkę, zrealizować moje californijskie marzenie i dokonać wszystkich innych rzeczy, które nadają mojemu życiu cudowny, niepowtarzalny smak i poczucie najgłębszego SENSU istnienia. (Moim zdaniem jest to jedna z najważniejszych prawd, jakie może odkryć człowiek.) Najlepsze, co każdy z nas może zrobić dla świata to… pokochać siebie. Nauczyć się akceptacji, szacunku i bliskości z (o)sobą, którą się jest. Miłość do siebie to fundament, który – kiedy zostanie zbudowany solidnie i rzetelnie – nic i nikt nie będzie go w stanie naruszyć.

    Miłość do siebie, to – obok wolności i czułości – moja najwyższa życiowa wartość. Dlatego pod intencją, aby odeszło z mojej życiowej przestrzeni wszystko, co już mi nie służy i nie jest dla mnie dobre, kryła się inna. Jaka? “Proszę, aby w moim życiu pojawiło się optymalnie dużo miejsca na najczystszą, bezwarunkową miłość – miłość do siebie i do życia ze wszystkimi jego przejawami.” Gdy jesteśmy otoczeni (a niekiedy wręcz osaczeni) energiami, które nas obciążają, nie mamy siły, czasu i motywacji, by rozwijać siebie w optymalny dla nas sposób. Często też brakuje nam zasobów materialnych i mentalnych na swój rozwój, bo poświęcamy je dla innych ludzi. I nie – nie twierdzę, że dla każdego z Was jedyną słuszną drogą będzie zupełne odcięcie się od ludzi, przy których czujecie, że więcej tracicie, niż zyskujecie. Ja tak robię, bo czuję, wiem i wielokrotnie sprawdziłam, że dla mnie to jest najlepszy sposób, by móc wzrastać po swojemu i w swoim naturalnym tempie. Z perspektywy osoby, która w ciągu ostatnich kilku lat ucięła większość szkodliwych dla siebie relacji widzę, jak ogromnie dużo mojej świetlistej, kreatywnej, radosnej energii traciłam w tych relacjach. Z każdym definitywnym odcięciem tego, co czułam, że mnie osłabia – zaczęłam coraz wyraźniej dostrzegać, jak bardzo marnotrawiłam moje talenty, umiejętności, wiedzę i możliwości. Zarówno w relacjach z mężczyznami, którzy – mniej lub bardziej świadomie – robili sobie ze mnie trofeum/ amortyzator na swoje kompleksy/ zastępczą mamę/ pluszaka, który zbierał ich lęki/ lustro, które pokazywało tylko ich piękne strony. Jak i z kobietami-pijawkami, które wysysały ze mnie światło i jeszcze próbowały mi wmówić, że to dla mojego dobra.
    Wiecie kiedy zaczęłam się coraz MOCniej odważać na te cięcia? (Zaznaczam, że to był długi, mozolny i bardzo złożony proces. Nie zrobiłam wszystkich cięć od razu!) Gdy – po kilku latach ultra intensywnej, codziennej i wielogodzinnej  pracy nad pogłębianiem samoświadomości – w końcu dotarłam do momentu tak czułej, serdecznej i MOCnej bliskości z sobą, że przestałam się bać konsekwencji… kochania siebie najMOCniej na świecie. Przestałam się bać konsekwencji odrzucenia ze strony innych ludzi, bo nauczyłam się być dla siebie najlepszą, najukochańszą, najczulszą przyjaciółką, nauczycielką, przewodniczką i wewnętrzną mamą. I dawać sobie miłość, czułość, akceptację oraz obecność i uważność, które są podstawą zdrowej, budującej relacji z sobą. Relacji, która – budowana regularnie, wytrwale i solidnie – będzie nienaruszalnym i niezniszczalnym fundamentem zdrowego, szczęśliwego, spełnionego życia.

    Piszę Wam to wszystko, bo czuję całą sobą, że rozpoczynająca się epoka – ze swoim ultra intensywnym klimatem przełomu, transformacji i przewartościowania – uśmiecha się do nas słońcem możliwości i unosi nas wiatrem wyzwania. Czuję całą sobą, że jest to czas próby, odwagi i aktualizacji przekonań. Czuję całą sobą, że jest to czas, kiedy wielu z nas będzie mogło dokonać pięknych wyjść poza strefę komfortu  i – dzięki temu – wznieść się na kolejne poziomy samoświadomości. I tylko od nas zależy czy dostrzeżemy możliwości, jakie niesie ze sobą ów etap dziejów. Tylko od nas zależy czy utkniemy w szarej norze lęków, blokad i niemocy, czy odważymy się złapać ten – sprzyjający wzrostowi – wiatr. I czy w asyście jego rozłożystych ramion – odważymy się wystartować do słonecznej drogi naszych potencjałów.

    Jeśli podczas czytania powyższego akapitu przyszła Ci do głowy myśl typu: “piękne teorie, ale jak to przełożyć na praktykę?”, to gratuluję! Otwierasz się na szukanie rozwiązań. 🙂 A zatem, jak to przełożyć na praktykę i od czego zacząć? Od siebie. Zawsze od siebie. Zbudować siebie tak, by być pięknym, świetlistym, MOCnym ośrodkiem energetycznym. By nauczyć się, jak generować/ aktywować w sobie i zachowywać na zdrowym dla siebie poziomie – swoją życiową energię. A ponad wszystko – jak być BLISKO SIEBIE.

    Jeśli czujesz, że chciałabyś nauczyć się budowania kontaktu z sobą (bądź przepracować inną ważną dla Ciebie kwestię) i czujesz, że chcesz to zrobić przy mojej pomocy, podczas spotkań indywidualnych – w linku znajdziesz informacje na temat tej formy pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Przygotowuję także warsztaty online dla osób, które wolą pracę w grupie. Jeśli sprawy pójdą zgodnie z moim zamysłem, w drugiej połowie maja udostępnię szczegółowe informacje, a warsztaty ruszą mniej więcej w połowie czerwca. Będę Was informować na bieżąco na fanpage’u: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147

    Tu możesz przeczytać o tym, jak kobiety oceniają pracę ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Nagranie z tego linku: https://www.youtube.com/watch?v=6Gj82JMz1q8
    może być dla Ciebie zarówno ciekawym doświadczeniem, jak i testem tego, jak się czujesz podczas nawiązywania kontaktu wzrokowego, który jest jednym z najpotężniejszych narzędzi budowania relacji z sobą. Zachęcam Cię z całego serducha do obejrzenia tego nagrania i podzielenia się swoimi odczuciami/ wnioskami/ refleksjami o tym, jak odczułaś ów kontakt wzrokowy i czy odważyłaś się zrobić to ćwiczenie przed lustrem.

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

    https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

    A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.

  • Blog

    CO WARTO WIEDZIEĆ O NAWYKACH

    Siła nawyku

    “Uważaj na myśli, bo przemienią się w słowa. Uważaj na słowa, bo zmienią się w czyny. Uważaj na czyny, bo staną się nawykami. Uważaj na nawyki, bo staną się charakterem. Charakter będzie Twoim przeznaczeniem. Stajemy się tym, o czym myślimy.” 

    JAK DZIAŁA NAWYK?

    Nawyk “składa się” z 3 elementów:
    – bodźca, który nawyk uruchamia,
    – czynności (zachowania), która zadziewa się po uruchomieniu tego konkretnego bodźca i
    – nagrody, jaką uzyskujesz, dzięki temu danemu zachowaniu.

    Wytłumaczę to na przykładzie mojego zajadania. Przez wiele lat każdego dnia zamiast zdrowo uwalniać emocje, zażerałam je. Stres? Rozczarowanie? Złość? Najpierw pozwalałam, by godzinami się kumulowały. Potem, gdy po pracy wracałam do domu od razu musiałam “spuścić” z siebie to koszmarne napięcie wywołane wstrzymywaniem ogromnej ilości energii biologicznej, którą są emocje. Potrzebowałam natychmiastowej ulgi. Wiele lat wcześniej – kiedy pierwszy raz poczułam takie napięcie – upragnioną ulgę przyniosło mi jedzenie. Przyjemność płynąca zarówno z poczucia ulgi w cierpieniu, jak i przyjemność jedzenia były tak wielkie, że nie byłam w stanie powstrzymać się przed objadaniem się, kiedy kolejny raz poczułam podobne napięcie. Jadłam więc, a właściwie: zażerałam ból. Wprowadzałam się w stan ulgi, błogości, spokoju. Sięgałam po jedzenie, by zmienić swój stan emocjonalny. Powtarzałam tę czynność wiele razy, więc nawyk stał się nieodłączną częścią mojej codzienności. Odczuwane napięcie było bodźcem do konkretnej czynności (zachowania), w tym wypadku zajadania. Nagrodą zaś ulga, jaką to zajadanie mi przynosiło.
    Aby zmienić nawyk na zdrowy i na(j)lepszy dla Ciebie potrzebujesz w odpowiedzi na konkretny bodziec, zareagować zachowaniem, które doprowadzi Cię do tej konkretnej nagrody. Czyli, aby móc zmienić nawyk, musisz się nauczyć rozpoznawać bodziec, który powoduje, że “uruchamia Ci się” konkretne zachowanie. Następnie nauczyć się go wyłapywać w momencie, gdy się pojawia. A potem czynność szkodliwą, zastąpić zachowaniem zdrowym i dobrym dla Ciebie. I musi to być czynność, która pozwoli Ci uzyskać tę samą nagrodę, jaką otrzymywałaś dzięki czynności działającej na Ciebie destrukcyjnie.
    Przykład:
    W przypadku mojego zajadania dokonałam zmiany nawyku sięgania po jedzenie na nawyk uwalniania emocji w zdrowy i dobry dla mnie sposób. W sytuacjach, gdy zaczynam odczuwać napięcie (pojawia się bodziec) ja zamiast zajadać, uwalniam emocje, które owo napięcie wywołują. Niezmiennie nagrodą jest ulga, jakiej doznaję, ale dzieje się to już przy “użyciu” innego, dobrego dla mnie zachowania.

    DLACZEGO TAK ŁATWO SIĘ UZALEŻNIAMY I DLACZEGO TAK TRUDNO WYPRACOWAĆ ZDROWE NAWYKI

    Nie bez powodu napisałam, że każda zmiana to proces. Za każdym razem, gdy wykonujesz daną czynność, między Twoimi komórkami mózgowymi tworzą się tzw. połączenia neuronalne. Nawyk tworzy się bowiem poprzez powtarzanie konkretnej czynności. Im częściej jest ona wykonywana i im większe towarzyszą jej emocje, tym nawyk będzie silniejszy. Aspekt emocjonalny tu jest niesamowicie istotny. To właśnie intensywność emocji towarzyszących danemu zachowaniu sprawia, że uzależniamy się tak łatwo, a nawyków zdrowych uczymy się z takim trudem. Jak dokładnie to działa? Wyjaśnię to na przykładzie jedzenia. Kiedy jesz coś, co Ci smakuje, odczuwasz przyjemność. Im bardziej coś Ci smakuje, tym większą przyjemność odczuwasz. Im większą przyjemność odczuwasz, tym szybciej i mocniej buduje się Twój nawyk. To dlatego niemal dla każdego z nas bardziej kuszący będzie batonik niż brokuł.

    Ponadto cukier jest substancją, która wchłaniając się do krwi, powoduje wzrost poziomu hormonów odpowiedzialnych za dobry nastrój m.in. serotoniny. Uzależniamy się więc nie od substancji, tylko od stanu emocjonalnego, w jaki dana substancja nas wprowadza. Wszystkie używki jak papierosy, alkohol czy słodycze to substancje, które zmieniają nasz stan emocjonalny w taki sposób, że zaspokajają nam 2 najgłębsze potrzeby: koją ból i dostarczają przyjemności. Stosując substancje, które poprawiają Twój nastrój, doznajesz szybkiej ulgi, a ulga w cierpieniu jest rodzajem przyjemności. Tym większej, im większy był ból.
    Niestety poprawa nastroju po spożyciu konkretnej substancji jest krótkotrwała, ponieważ została wywołana sztucznie. Nie zmieniłeś swojego stanu emocjonalnego w naturalny i zdrowy dla siebie sposób tj. uwalniając trudne i bolesne emocje. Wywołałeś jedynie jego sztuczną zmianę na poziomie chemicznym czyli wprowadzając do organizmu substancje podnoszące poziom hormonów odpowiedzialnych za dobry nastrój.
    Zbudowanie nowych, zdrowych nawyków jest natomiast tym trudniejsze, im bardziej nieprzyjemne są dla Ciebie czynności, z których chcesz uczynić nawyk. Im bardziej nie znosisz danej czynności, tym trudniej będzie Ci utrzymać regularność w jej wykonywaniu. Dyskomfort odczuwany podczas jej wykonywania, będzie Cię skutecznie zniechęcał do ponownych prób. Doświadczyłam tego, kiedy zaczynałam treningi fitnessowe. Jak ja nienawidziłam tych “cholernych” ćwiczeń! Czy możliwe jest to, by ze znienawidzonej czynności uczynić jedną z ulubionych? Oczywiście. Teraz uwielbiam ćwiczenia fitness. Uwielbiam, bo wiem, co i jak zrobić, by sprawiały mi przyjemność.

    3 WAŻNE KWESTIE W PRACY Z NAWYKAMI

    Regularność
    Jak już wiesz – nawyk powstaje poprzez powtarzanie konkretnej czynności. Im częściej ją powtarzasz i im większą przyjemność odczuwasz podczas jej wykonywania, tym łatwiej będzie Ci zbudować nowy nawyk. Regularność podczas budowania nowego nawyku jest tak istotna, ponieważ moc połączeń między komórkami w Twoim mózgu, zależy właśnie od ilości powtórzeń danej czynności, jakie wykonasz. Połączenia neuronalne są jak nici – im więcej nici ułożysz na sobie, tym grubszy i mocniejszy uzyskasz sznur. W taki sposób uczymy się słów w obcym języku. Powtarzamy je i powtarzamy, aż w końcu trwale zapisują się w naszej pamięci. Co więcej – ślady po tych powtórzeniach, zapisują się nie tylko w Twoim mózgu, ale i w Twoim ciele.
    Przykład:
    Ciało systematycznie trenowane, po pewnym czasie samo dopomina się o ćwiczenia. Kiedy miałam kilkanaście lat gimnastykowałam się codziennie. Robiłam to regularnie przez około 2 lata. Potem przestałam. Po około 17-18 latach wznowiłam treningi. Wielkie było moje zdziwienie, gdy po tak długiej przerwie moje ciało podczas treningu samo układało się w konkretny, wyćwiczony kiedyś sposób. Fakt – było mniej giętkie, ale doskonale pamiętało, jak je układałam i jakie ruchy wykonywałam wiele lat wcześniej. Dlatego tak ważna przy budowaniu nowych, zdrowych, na(j)lepszych dla Ciebie nawyków jest regularność. Ona wzmacnia nawyk.

    Rozwaga
    Używając słowa “rozwaga” mam na myśli umiejętność wyważenia odpowiednich proporcji różnych zachowań. O czym mówię? Jeśli jesteś osobą, która zagłusza emocje za pomocą zapełniaczy typu nadmierne, kompulsywne  jedzenie, masz zapewne bardzo dużą tendencję do popadania w skrajności. Od obżarstwa po głodówki. Od euforii po czarną rozpacz. Od jedzenia śmieciowego żarcia po diety warzywno-owocowe. Te skrajności wywołują wielkie wahania nastrojów. Kiedy jesz same paskudztwa typu kebaby czy hamburgery odczuwasz poczucie winy, ociężałość, a w konsekwencji potężną złość na siebie za to, że ulegasz pokusie. Gdy natomiast żywisz się samymi jarzynami, głód jaki odczuwasz wywołuje rozdrażnienie, spadek energii i frustrację.
    Napięcie, które się pojawia, gdy te wszystkie emocje w Tobie buzują powoduje, że nie umiesz myśleć racjonalnie. A to z kolei uniemożliwia Ci utrzymanie regularności w utrzymaniu zdrowych nawyków. W reakcji na rozczarowanie sobą i swoim brakiem dyscypliny – zaczynasz zajadać. Masz poczucie winy, więc się głodzisz. Głód wywołuje wściekłość. I koło się zamyka. Co z tym zrobić? Od razu podejść do tego – nomen omen – rozważnie. Rozważnie czyli bez popadania w skrajności. Zanim rozpoczniesz proces zmiany przygotuj się po pierwsze na to, że będziesz doznawać najróżniejszych emocji. Raz będzie Ci szło gładko i będziesz odczuwać przyjemność ucząc się nowych zachowań. Zaś innym razem już na samą myśl o zjedzeniu zdrowego posiłku czy o treningu wpadniesz we wściekłość. Po drugie zaakceptuj fakt, że nie masz żadnego wpływu na to, jakie emocje do Ciebie przyjdą, a tylko na sposób, w jaki sobie z ich pojawieniem się poradzisz. Im szybciej pogodzisz się z tymi prawidłowościami, tym łatwiej Ci będzie radzić sobie z rozczarowaniem i złością, gdy okaże się, że efekty jakich oczekujesz, nie przychodzą tak szybko i łatwo, jak byś chciała.
    Akceptacja tego, czego nie możesz lub nie umiesz zmienić, jest kluczowa dla Twojej zmiany na(j)lepsze. Dlaczego? Bo nie tracisz energii i czasu na – z góry przegraną – walkę. W pewnym momencie pracy nad sobą zauważyłam, że im bardziej akceptuję rzeczy, których nie mogę zmienić, tym szczęśliwsza jestem. Kiedyś walczyłam ze sobą. Teraz – jak wspomniałam wyżej – nad sobą pracuję. Na czym polega różnica? Kiedy walczysz ze sobą, tak naprawdę walczysz z tym, kim jesteś. Z własną, niepowtarzalną naturą. Zdradzasz tego kogoś, kim jesteś w najgłębszej warstwie swojego istnienia. Pracując nad sobą pogłębiasz kontakt ze swoim prawdziwym ja. Pracujesz nad tym, by każdego dnia oczyszczać się z negatywnych przekonań i zachowań oraz wzmacniać swoje naturalne zdolności i nabywać nowe, budujące Cię umiejętności. Dzięki temu pozwalasz temu, co w Tobie najprawdziwsze wyrażać się pełniej i mocniej. Kiedy walczyłam z bulimią, czułam się bardzo sfrustrowana i nieszczęśliwa. Gdy zaczęłam się wsłuchiwać w to, co ta choroba chce mi pokazać, zrozumiałam, że ona uratowała mi życie. Co za brewerie Ci tu opowiadam? Oszalałam? Jak choroba może uratować życie? A no może. Dzieje się tak, kiedy zrozumiesz dlaczego się pojawiła i co masz dzięki niej zrozumieć. Ja dzięki bulimii uświadomiłam sobie, gdzie nie byłam sobą. Gdzie siebie emocjonalnie gwałciłam. Gdzie nie umiałam bronić granic swojej autonomii i godności. W im większym kłamstwie o sobie żyjesz, tym głośniej i intensywniej Twoja prawdziwa natura będzie się dopominać o swoje prawa. Nigdy nie zazna szczęścia ktoś, kto nie umie żyć w zgodzie z sobą.

    Regularność i rozwaga w są wspaniałymi “wspieraczami” osiągania coraz wyższego poziomu równowagi. Równowaga to poczucie, że wszystkie ważne elementy Twojego życia równo się w nim ważą. Że dajesz i bierzesz z poczuciem spokoju i radości w sercu. Że umiesz żyć tak, by mieć energię, czas i przestrzeń na realizowanie swoich – wybranych na dany okres życia – priorytetów. W moim przekonaniu taką równowagę można wypracować jedynie wówczas, gdy zna się swoje potrzeby, możliwości oraz ograniczenia. Od czego zacząć budowanie równowagi? Od regularnego, uważnego i wytrwałego uczenia się wzmacniających Cię zachowań. Kiedy będziesz uważnie i systematycznie wdrażać w swoją codzienność dobre, “odżywiające” Cię nawyki w pewnym momencie poczujesz, że równowagi jest w Twoim życiu coraz więcej. I wtedy zaczną się wydarzać cuda. Jestem pewna, bo od kilku lat doświadczam tego nieustannie. Co ciekawe, kiedy osiągnęłam stan wspomnianej wyżej równowagi, zauważyłam, że wcielam kolejne zdrowe, dobre dla mnie nawyki z coraz większą lekkością. Dzieje się tak, ponieważ każdego dnia kocham siebie coraz mocniej i czulej. A dzięki temu robię dla siebie więcej i więcej tego, co mi służy i co mnie buduje, czego i Tobie z całego serca życzę.

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Opinie o pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Informacje na temat aktualnie prowadzonych przeze mnie warsztatów będą pod tym linkiem: https://magdaadamowska.pl/kursy-i-warsztaty/

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

    https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

    oraz na fanpage Zdrowa Szczęśliwa Kobieta: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.

  • Blog

    CIAŁO JEST DO KOCHANIA CZ. 2 EMOCJE A CIAŁO

    Ciało jest do kochania

    “Zrozumiałam, że moje ciało NIE jest brzydkie, wstrętne, grube i obrzydliwe, tylko tak nauczono mnie je postrzegać.”
    /Magda Adamowska/

    Dedykuję wszystkim kobietom świata. Nawet tym, których nie lubię (z wzajemnością ;)), z których poglądami fundamentalnie się nie zgadzam i które krytykują mnie za to, że tak bezceremonialnie obnażam nasze kobiece “smrodki”. Niech ten wpis będzie Deklaracją Niepodległości dla tego, co w kobiecie najpiękniejsze – samoświadomości.

    Przez wiele lat żyłam w przekonaniu, że istnieją kobiece ciała, które na żywo wyglądają tak perfekcyjnie, jak na zdjęciach i w filmach. Patrzyłam na fotografie kobiecych “ideałów” z mieszanką jadowitej zawiści, skręcającej zadrości, bezsilnej rozpaczy i tłumionej złości.
    Byłam pewna, że kobiety o nieskazitelnej, zawsze gładkiej cerze, skórze bez grama cellulitu i muskularnym, wiecznie płaskim jak patelnia brzuchu, istnieją naprawdę. Podobnie jak byłam pewna, że można być jednocześnie żywą istotą, podlegającą prawom natury i wyglądać cały czas, jak awatar ze zdjęcia obrobionego w programie komputerowym.
    Piszę to i pukam się w głowę! A jednak – przez większość mojego życia brodziłam w bagnie iluzji. Co gorsza – kompletnie nie miałam świadomości, że to robię! Ani, że poza ciasną klatką moich kobiecych kompleksów, tuczonych papką z marketingowego shitu, radośnie kicają sobie Prawda i jej najlepsza przyjaciółka – Wolność. Co ciekawe – klatkę tę otworzył dla mnie Mężczyzna. To Mężczyzna pomógł mi odkryć i zrozumieć moją Kobiecość. Kobiecość żywą, autentyczną i – o ironio! – doskonałą w swym braku perfekcji. Karmiona czułą akceptacją Mężczyzny zdobywałam kolejne levele swojej kobiecej świadomości. Poniżej prawdy, które – gdy osadziłam je w emocjach* – przyniosły mi wyzwolenie. Bierzcie i niech Was nakarmią najpiękniej jak się da!

    Świadomie zapamiętujemy jedynie ułamek tego, czego doznajemy. W naszych ciałach i magazynowana jest pamięć wszystkich doświadczeń, jakich w ciągu życia jesteśmy – czynnymi lub biernymi – uczestnikami. Podświadomość można porównać do twardego dysku komputera o gigantycznej pojemności. Gromadzą się tam wszystkie nasze wspomnienia i emocje. Podobnie jest z ciałem – w jego komórkach pulsuje pamięć “absolutna” naszych przeżyć. Z tym, że jest to pamięć skrajnie subiektywna co oznacza, że ciało zapamiętuje nie fakty lecz odczucia.

    Coraz liczniejsze badania naukowców pokazują ogromne zależności między tym, jak traktujemy swoją i cudzą cielesność w wieku dorosłym, a tym w jaki sposób nauczono nas traktować ją, gdy byliśmy dziećmi. To pamięć ciała sprawia, że raz wyuczone “cielesne” umiejętności jak jazda na rowerze, pływanie czy wiązanie sznurówek już nigdy u nas nie zanikają. W przeciwieństwie do tego, co zapamiętujemy intelektualnie, jak choćby słowa w języku obcym – wspomnianych wyżej czynności nie jesteśmy się w stanie “oduczyć”. Podobnie jak ruchy pedałowania czy wiązania kokardek, nasze ciała zapamiętują sposób, w jaki byliśmy dotykani i jak sami dotykaliśmy.

    Emocje są energią biologiczną czy – jak sama nazwa wskazuje – naszą życiową mocą, siłą napędową. Sposób w jaki się z tą siłą obchodzimy oraz to, do czego jej używamy, decyduje o jakości naszego życia. Emocje można porównać do wody. Woda – podobnie jak energia – jest bezkształtna. Kiedy przybiera postać rzeki, sunącej po odpowiednio szerokim korycie, płynie spokojnie. Co więcej – stwarza środowisko dla rozwoju różnych form życia, od glonów, przez ryby, po ssaki. Ale w sytuacji, gdy nagle przybywa tej wody znaczna ilość, koryto staje się dla niej za wąskie i rzeka wylewa. Im większa jest dysproporcja między rozmiarem koryta, a ilością wody, tym potężniejszy będzie – nomen omen – wylew.
    Podobnie jest z emocjami. Jeśli człowiek zadba o to, by kanał przepływu był drożny i adekwatnie – do ilości energii – rozłożysty, jest w stanie tę energię ukierunkować tak, by mu służyła. Emocje istnieją, by pokazywać nam nasze najprawdziwsze potrzeby. Są drogowskazem prowadzącym nas do domu naszych pragnień.
    Strach sygnalizuje, że sytuacja, w której się znajdujemy, może być dla nas niebezpieczna. Złość wskazuje, że przekraczane są granice naszej suwerenności, że ktoś próbuje złamać nasze prawo do stanowienia o sobie. Smutek to sygnał, że czegoś nam brakuje, że za czymś tęsknimy, że w naszym życiu jest jakiś deficyt (z mojego doświadczenia wynika, że prawie zawsze chodzi o potrzebę bliskości i zrozumienia).

    Emocje mają jeszcze kilka bardzo ważnych cech. Są nieprzewidywalne, zarówno jeśli chodzi o ich formę jak i natężenie. Są też skrajnie subiektywne, tzn. każdy doświadcza ich w unikalny, właściwy tylko dla siebie sposób. Tam, gdzie jedna osoba odczuje lęk graniczący z paniką, inna może poczuć jedynie niepokój. Coś, co w Tobie wywołuje wstręt, ja mogę odczuć jako lekki niesmak. Nie bez kozery wytłuściłam słowo “czuć”, bo to właśnie trzeba robić z emocjami, jeśli chcemy być zdrowi i szczęśliwi – pozwolić sobie je czuć. Emocji jako takich, nie da się zrozumieć. Wymykają się logice. Pewnie dlatego, że za ich funkcjonowanie odpowiada inna część mózgu, niż za myślenie. Emocje trzeba czuć.

    No dobra Adamowska – ale co mają emocje wspólnego z miłością do własnego ciała? Ano duuuuużo. Miłość jest uczuciem, to wiemy wszyscy. Ale – jak stwierdził Alexander Lowen 1, z którym się zgadzam – miłość jest również emocją. “Miłość, gniew i lęk są typowymi emocjami, nazywanymi również uczuciami. Doznawanie gorąca, zimna, bólu i dotyku, wrażenia smakowe oraz węchowe są uczuciami, ale nie emocjami. (…) Emocje są ponadto przeżywane jako reakcje całego ciała. Ból mogę odczuwać na przykład w dolnej części pleców, ale gdy jestem rozgniewany, uczucie to nie jest umiejscowione czy ograniczone, bo cały jestem gniewny.”2
    Piszę to wszystko łącznie z cytatem, żeby Ci/ Wam pokazać coś, co okazało się przełomowe dla mojego procesu zdrowienia m.in. z bulimii i seksoholizmu oraz dla zbudowania miłości do własnego ciała. Co to takiego?
    Emocje są nierozerwalną częścią naszej cielesności. Są jej nieodłącznym, choć niewidzialnym elementem. Odczuwamy je w ciele i poprzez ciało. Są energią wytwarzaną wewnątrz ciała, na skutek tego, co ciało odczuwa w kontakcie ze światem zewnętrznym oraz pod wpływem myśli. W praktyce oznacza to, że sposób w jaki odczuwasz emocje, ma swoje bezpośrednie przełożenie na zdrowie, kondycję i wygląd Twojego ciała. 

    Ciało jest istotą żywą. Podlega nieubłaganym, niezmiennym procesom biologicznym, fizycznym, chemicznym i fizjologicznym. Ciało każdego człowieka potrzebuje pokarmu, wody i snu. Każdy z nas (trenerki fitness, modelki i hollywoodzkie aktorki też!!!) wydala ekskrementy i gazy. Każdej osobie wyrasta owłosienie i paznokcie. Każdy z nas się poci, miewa wypryski i wahania wagi. Zdrowe i normalne jest to, że odczuwamy pociąg seksualny. Zdrowe i normalne jest doświadczanie orgazmu – zarówno podczas seksu jak i tego wywołanego masturbacją.

    Magda Adamowska, Ciało jest do kochania

    Ciało ludzkie jest plastyczne. I to poziom tej plastyczności, elastyczności ciała jest wyznacznikiem jego zdrowia. Zdrowie i kondycję ciała można rozpoznać po tym w jaki sposób się porusza. Ruchy szczęśliwego, mającego zdrowy kontakt ze swoimi emocjami człowieka są pełne wdzięku i lekkości. Ciało osoby zablokowanej emocjonalnie jest zazwyczaj skrępowane, usztywnione jakby próbowało się wbić w szablon norm kulturowych. Może być też nadmiernie pobudzone, wtedy jego ruchy są chaotyczne, nieskoordynowane, wibrujące niepokojem lub wręcz histerią.

    Magda Adamowska, Ciało jest do kochania

    Na kształt ciała ogromny wpływ mają doświadczenia z dzieciństwa, bowiem tłumione emocje zostają w ciele i niejako formują to ciało od środka. Posłużę się tu fragmentem książki wspomnianego wyżej Lowen’a, bowiem doskonale pokazuje zależności, o których wspomniałam wyżej. Lowen na przykładzie ciała swojej pacjentki pokazuje, jakie “siły” to ciało uformowały. “Aby zrozumieć Annę, należało spojrzeć uważnie na jej ciało, gdyż odzwierciedlało historię jej życia. Obie połowy jej ciała wyglądały tak, jakby nie należały do tej samej osoby. Dolna połowa była pełna i ciężka, lecz prawie nie promieniowała życiem i uczuciem.Górna połowa natomiast była wąska i charakteryzowała się ładniejszą tonacją skóry oraz większą żywotnością. Anna miała pełne i kształtne piersi, co dodawało jej kobiecości, a jej oczy były duże, o łagodnym ujmującym spojrzeniu, co podobało się mężczyznom. (…) Ociężałość dolnej połowy ciała Anny wynikała stąd, że powstrzymywała się przed podnieceniem seksualnym. Zacisk talii utrzymywał tę martwotę przez zablokowanie normalnego przepływu pobudzenia w dół ciała. Równocześnie jej oddech nie dochodził do brzucha. Wyczuwałem jednak, że była kiedyś bardzo żywą dziewczynką. (…) We wczesnym dzieciństwie przywiązała się mocno do swojego ojca (…). Wiedziała, że podnieca go seksualnie, w sposób w jaki nie udawało się to jej matce. Choć kontrolował on swoje zachowanie, gnębiło go jednak poczucie winy z powodu swych uczuć; winę tę przerzucał na Annę, piętnując jako nieprzyzwoity każdy przejaw jej uczuć seksualnych. (…) Rezultat był taki, że Anna postrzegała własną seksualność jako coś nieprzyzwoitego, uczucie, które umiejscowiło się w dolnej połowie jej ciała. Nie miała innego wyboru, jak tylko odciąć się od swej seksualności, uznając równocześnie, że tego życzył sobie jej ojciec. Do czasu gdy stała się osobą dorosłą nawyk ukrywania uczuć seksualnych tak się u niej utrwalił, że często traciła wszelką nadzieję, że uda jej się znaleźć mężczyznę, którego mogłaby w pełni pokochać.”3

    Magda Adamowska, Ciało jest do kochania

    Na wygląd ciała – oprócz diety i poziomu wysiłku fizycznego – bardzo mocno wpływają emocje. Doświadczam tego regularnie. Kiedy staję w obliczu trudnej sytuacji, która wywołuje we mnie poczucie zagrożenia, moje ciało automatycznie zatrzymuje wodę. Mówiąc innymi słowy po prostu puchnę. Tak było m.in. podczas happeningu w Warszawie i mojego wystąpienia w telewizji. Moje wewnętrzne dziecko utożsamiło te działania z czymś, za co mogłoby zostać ukarane przez matkę. Gromadząc warstwę amortyzującą, moje ciało niejako przygotowało się na doznanie przewidywanej kary. Kiedy zagrożenie minęło, zeszła też “emocjonalna opuchlizna”.

    Ciało emocje seksualność

    Magda Adamowska Ciało jest do kochania

    Kiedyś, gdy puchłam od emocji straszliwie się tym przejmowałam. Obecnie – jestem wdzięczna mojemu kochanemu ciału, że tak dobitnie pokazuje mi, że kolejne partie schematów są gotowe na odblokowanie. 😉 To jest jeden z moich ulubionych efektów pracy z emocjami – nie tylko akceptuję to, czego nie mogę zmienić, ale wręcz fascynuję się procesem odkrywania tych wszystkich niezwykłych mechanizmów i zawiłości. Wówczas takie zjawiska jak cellulit czy wypadanie włosów stają się dla mnie wskazówkami pokazującymi, jakie emocje domagają się mojej uwagi. Ciało to istny atlas duszy. Ucząc się odczytywać znaki, które mi daje – uczę się być najprawdziwszą sobą.

    Kochać swoje ciało bezwarunkowo to znaczy kochać je całe. Kochać takie, jakie jest naprawdę. Ze wszystkimi tak zwanymi wadami, brakami, nadmiarami i innymi ‘wykroczeniami’ wobec ogólnie przyjętych kanonów piękna. Kochać je bezwarunkowo to kochać nie tylko, kiedy czujesz się w nim dobrze i komfortowo, ale także – a może zwłaszcza, gdy Ci “dokucza”. Kochać, gdy bywa osłabione, nabrzmiałe i obolałe podczas okresu. I kiedy miewa wzdęcia, wydala gazy oraz ekskrementy. Kochać równie mocno, gdy wymuskane po kąpieli i depilacji, pryskasz luksusową perfumą i zdobisz ładną bielizną, co wówczas kiedy po treningu, śmierdzi i lepi się od potu. Kochać kiedy tańczy do białego rana. I gdy wstrząsa nim spazmatyczny płacz. Kochać to ciało, które przyciąga partnerów seksualnych. I to, które siada na muszli klozetowej. To, które przytula się do ciał ukochanych osób. I to, które doznawało przemocy. Ciało jest Twoim najwierniejszym kompanem. Tylko ono zostanie z Tobą aż do śmierci. I tylko od Ciebie zależy, jaką jakość będzie miało życie, którego za pomocą swojego ciała doświadczasz.

    ciało emocje seksualność

    Magda Adamowska, Ciało jest do kochania

    Twoje ciało, podobnie jak Twoja osobowość i cała Ty – jest unikatem. Nie ma we wszechświecie drugiej takiej postaci. Jesteś jedyna w swoim rodzaju. Buduj więc swoją formę i sylwetkę w oparciu o swoje wyjątkowe, niepowtarzalne cechy i potrzeby, a nie pod dyktando wzorców narzucanych przez ludzi, którzy zarabiają dzięki podsycaniu w Tobie poczucia niższości. Kobiecy magnetyzm owszem manifestuje się poprzez ciało, ale jest kwestią niewymownie złożoną. Uroda, waga i wygląd ciała nie są sednem kobiecej atrakcyjności. Jest mnóstwo przepięknych wizualnie kobiet, które jednak emanują nieprzyjemną, a wręcz okropną energią. Czujesz tę energię i wszystko Ci opada. 😉 Z drugiej strony są kobiety, które – mimo urodowych “niedoskonałości” – mają absolutnie magiczną aurę. Obecność takich kobiet jest świetlista, ciepła i wibruje czułą życzliwością. Bycie blisko takich kobiet jest przyjemnością samą w sobie.
    Dlatego zamiast się porównywać do gazetowo-facebookowo-medialnych postaci – pracuj nad sobą, by obudzić swój niepowtarzalny kobiecy magnetyzm.

    Ciało emocje seksualność

    Magda Adamowska, Ciało jest do kochania

    I pamiętaj – fit “ideały” bardzo starannie selekcjonują treści, które udostępniają. Na zdjęciach i nagraniach widzisz tylko wybrane kawałeczki z życia ich ciał. Rzadko która pokaże publicznie swoje zdjęcie z pryszczem na tyłku czy wzdętym brzuchem. Pamiętaj też, że nie ma takiego zdjęcia, które oddawałoby pełny obraz człowieka. NIE ma! Jedno zdjęcie jest obrazem uchwyconym tylko z jednej perspektywy. A jak pokazują poniższe ujęcia – perspektyw są nieograniczone ilości. Spójrz chociażby na zdjęcia moich nóg. Na każdym z nich wyglądają inaczej. I żadna z fotografii nie oddaje całości i złożoności ich wyglądu. Dlatego kiedy patrzysz na zdjęcia modelek, trenerek fitness i innych “ideałów” miej świadomość, że zazwyczaj pokazują one tylko te najbardziej korzystne ujęcia swoich ciał. W rzeczywistości ich ciała – podobnie jak ciała wszystkich ludzi – są żywymi istotami i mają swoje “niedoskonałości”.

    ciało emocje seksualność

    Magda Adamowska Ciało jest do kochania

    Piszę to wszystko i “ujawniam” mało atrakcyjne ujęcia swojego ciała, z różnych okresów mojego życia, żeby Ci pokazać, że ciało ludzkie – wbrew temu co nam sączą do podświadomości przekazy rodzinne, społeczne i medialne – to nie przedmiot! Ciało jest podmiotem! Ono jest po to, byś doznawała/ doznawał cudu życia. Dzięki niemu możesz odkrywać, testować, smakować poznawać i cieszyć się nieprzebranym bogactwem świata. Dostałaś/ dostałeś je, żeby realizować plan swojego serca, a nie po to, żeby spełniać oczekiwania innych ludzi względem Ciebie. Wiem, że teraz myślisz, że takiego jakie jest nigdy nie uda Ci się pokochać. Wiem, że nie wierzysz, że kiedykolwiek poczujesz w sobie miłość do niego. Ale wiem też, że 4 lata temu myślałam dokładnie tak samo, a teraz jestem zdrowym szczęśliwym, kochającym siebie i swoje ciało człowiekiem. Ty też możesz!

    Magda Adamowska, Ciało jest do kochania

    Jeśli przy zwrocie “osadziłam je w emocjach” wpadłaś w konsternację, to wyjaśniam:
    Osadzić coś w emocjach znaczy tyle co: poczuć coś tak, że staje się częścią Ciebie, staje się z Tobą zintegrowane, wchodzi w skład Twoich przekonań i niejako staje się elementem Twojej tożsamości. Wiem – brzmi egzotycznie, ale w praktyce jest proste (choć niełatwe!) do wykonania. Trzeba “tylko” czasu, energii, regularności i wiedzy, jak to robić skutecznie. Ja uczyłam się pracować z emocjami z pomocą mojego partnera, a właściwie uczyliśmy się tego nawzajem. Dzięki temu osiągnęliśmy w niecałe trzy lata efekty, na które osobno pracowalibyśmy znacznie dłużej i mozolniej.
    Jestem absolutnie przekonana, że człowiek, aby mógł się rozwijać i wzrastać potrzebuje mieć w swoim otoczeniu osoby, od których będzie mógł czerpać inspirację, wiedzę, doświadczenie i wsparcie. I te osoby muszą – w obszarach, w których chcemy się rozwijać – być “większe” od nas.
    Gdybym sobie nie zorganizowała takiego środowiska, dalej pełzałabym po dnie Schematrix’owego szamba.
    Dlatego – mając świadomość jaaak ważne jest odpowiednie wsparcie – z serca zapraszam Cię na warsztaty CIAŁO JEST DO KOCHANIA i/lub na konsultacje indywidualne. Podzielę się z Tobą moją – zdobywaną kilka lat, czysto praktyczną i wciąż rosnącą – wiedzą. Pomogę Ci znaleźć optymalne dla Ciebie rozwiązania. Z szacunkiem i pełną akceptacją dla Twoich emocji – dam Ci przestrzeń do wyrażenia ich tak, jak będziesz tego potrzebowała.
    Przeczytaj, zastanów się, poczuj czy moja energia z Tobą współgra i czy treści, które tworzę Cię wspierają i podnoszą. Możesz być pewna, że podczas warsztatów i konsultacji dam Ci dokładnie to samo ciepło i życzliwość, jakim emanuję na moich nagraniach, bo mam jedną twarz – tę prawdziwą.

    Wiem, że ten wpis jest jak bomba emocjonalna, dlatego z serca Ci GRATULUJĘ, że dotarłaś do końca! Wierzę, że te treści – choć w obecnej chwili mogą być powalające – w dłuższej perspektywie, pomogą Ci wejść na kolejny poziom samoświadomości.

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Opinie o pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Informacje na temat aktualnie prowadzonych przeze mnie warsztatów będą pod tym linkiem: https://magdaadamowska.pl/kursy-i-warsztaty/

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

    https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

    oraz na fanpage Zdrowa Szczęśliwa Kobieta: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.

    Dodane przez
  • Blog

    CIAŁO JEST DO KOCHANIA CZ.1

    Ciało jest do kochania

    Jestem ciałem stworzonym w chwili, gdy dwa ciała stały się jednym.  Jestem ciałem stworzonym po to, by świat mógł doświadczać czułości.  Ukochując mnie,  ukochujesz najważniejsze Dzieło Boga – Duszę ubraną w Istotę Ludzką.

     

    Dedykuję ten tekst każdemu, komu nie dane było doświadczyć zdrowej, karmiącej czułości. Przytulam Was tak, jak zawsze marzyliście, by przytuliła Was Mama.

    Temat cielesności był mi niezwykle bliski od “zawsze”. Od dziecka bardzo intensywnie czułam swoje ciało. Niestety przez długie lata były to odczucia piekielnie trudne. Jako dziewczynka czułam się uwięziona we własnym ciele. Postrzegałam je jako tłuste, wstrętne, grzeszne i nieustannie domagające się jedzenia. Tętniła w nim – tak niepojęta jak arcytrudna do opanowania – energia niepokoju. Gdy stałam się nastolatką owo buzowanie tylko się nasiliło. Do odczuć wcześniej opisanych dołączyło uświadomione podniecenie seksualne. Odzywało się codziennie i z nasileniem tak potężnym, że można by nim zasilać akumulatory. Ukojenia tego nieznośnego napięcia szukałam w kompulsywnej, histerycznej wręcz masturbacji. Zdarzało mi się wywoływać orgazm nawet 15 razy pod rząd.

    Mając 13 lat zaczęłam się radykalnie odchudzać. Żywiłam się przeważnie twarożkiem, jabłkami i paluszkami. Środki przeczyszczające pomagały mi utrzymać lekkość brzucha. Romansowałam z anoreksją kilkanaście miesięcy. Najniższa waga do jakiej dobiłam to 44 kilogramy.
    Wtedy myślałam, że jedyną motywacją jak mną kierowała jest utrzymanie szczupłej sylwetki. I faktycznie – na poziomie mojej ówczesnej świadomości tak było. Chciałam się podobać, a szczupłe ciało było dla mnie głównym wyznacznikiem kobiecej atrakcyjności. Dopiero wiele lat później dowiedziałam się, że anoreksja – podobnie jak inne zaburzenia odżywiania, zaburzenia osobowości czy uzależnienia – ma podłoże emocjonalne. W książce John’a Bradshaw’a, amerykańskiego psychologa, autora bestsellerowych książek (m. in. Powrót do swego wewnętrznego domu, Toksyczny wstyd, Zrozumieć rodzinę), przeczytałam: “Anoreksja jest skrajnym przykładem podstawowego mechanizmu toksycznego wstydu – odrzucenia własnego człowieczeństwa. Anorektyczki wyrzekają się sfery emocjonalnej poprzez odmowę jedzenia, (…) stawiają jakby znak równości między pokarmem a emocjami. (…) Wiara, że można żyć bez jedzenia świadczy o całkowitym odrzuceniu swoich ludzkich ograniczeń, jest próbą bycia nadczłowiekiem.”

    Zapisuję ten cytat i przychodzi do mnie gorzkawo-drapiący wniosek. O tak! Długie lata próbowałam być nadczłowiekiem. Odcinałam się od swoich emocji na wiele innych niż głodówki sposobów. Wszystkie realizowałam przy pomocy mojego ciała. Najpierw faszerowałam je kilogramami żarcia. A kiedy mój żołądek wypełniał się po brzegi “wyrzygalności”, tak że z trudem łapałam oddech, rozpoczynałam proces uwalniania się od pożartego jedzenia. W mojej książce SCHEMATRIX W klatce ‘normalności’ opisałam to tak: “Wisiałam nad kiblem obśliniona, załzawiona, z resztkami rzygów na policzkach. Rozpaczliwie grzebałam palcami w gardle, by wydobyć z siebie, to co przed chwilą było moim ukojeniem.” I tak niemal codziennie, przez 17 lat.

    Inną – równie upadlającą jak objawy bulimiczne – torturą, jaką poddawałam moje ciało było pozwalanie mężczyznom, by traktowali je, jak żywy przedmiot. Tu chciałabym wyjaśnić coś bardzo ważnego – tortura miała głównie charakter emocjonalny. Poczucie upokorzenia wywoływał we mnie fakt, że dopuszczałam do sytuacji, w których moje ciało było traktowane, jak narzędzie do zaspokajania cudzych kaprysów. Jakby było zabawką do użycia, a nie żywą, czującą istotą. Dopuszczałam do tego, bo nie potrafiłam stawiać granic tam, gdzie stawiać je potrzebowałam.

    Poza upokorzeniem kłębiło się we mnie mnóstwo innych emocji i stanów emocjonalnych. Od poczucia winy i potwornego wstydu, przez obrzydzenie do siebie i tych mężczyzn, którym nie umiałam odmówić, po wściekłość i gniew wyrastające z bezsilności. Te i wiele innych odczuć kumulowało się w moim ciele (piszę o tym w drugiej części wpisu, tu link do niego: https://magdaadamowska.pl/cialo-jest-do-kochania-cz-2-emocje-a-cialo/

    Był w tych wszystkich niszczących mnie zachowaniach jeden kluczowy łącznik – oblepiająca, miażdżąco-zniewalająca, wżerająca się w najgłębsze zakamarki duszy nienawiść do własnego ciała. Owa nienawiść była skomplikowanym, wielowarstwowym, długotrwałym stanem emocjonalnym, a nawet postawą wobec samej siebie. Doświadczałam jej wielorako. Z jednej strony czułam do mojego ciała – momentami wręcz porażającą – pogardę. Były momenty, kiedy patrzyłam na swoje uda czy brzuch i wzbierał we mnie wstręt. Ten ohydny cellulit, te paskudne fałdy, to okropne poczucie napompowania!!! Oooo! Jak ja wtedy nie chciałam żyć w tym cielsku!!! Jak ja nie chciałam być tym cielskiem!!! Czułam się jak monstrum. Z drugiej strony, kiedy miałam głodny, pusty brzuch lubiłam moje ciało. Lubiłam, a nawet uwielbiałam doznania, jakich mi dostarczało. Uwielbiałam seks z mężczyznami, którzy mi się podobali i do których mnie ciągnęło to elektryczno-magnetyczne “coś”. Uwielbiałam ubierać się w leciutkie, zwiewne fatałaszki i kołysać biodrami przechadzając się na szpilkach. Uwielbiałam całą feerię doznań zaklętych w męskim dotyku – od pocałunków w szyję, przez seks oralny, po ekstatyczną, dziką kopulację. Ale świadomość, że odczuwałam to wszystko napawała mnie wspomnianymi wcześniej: poczuciem winy, wstydu i obrzydzenia do siebie.

    Do powyższych odczuć dochodziły inne, jak ambiwalentny stosunek do czynności jedzenia, która była dla mnie na zmianę rozkoszą smakowania i katorgą wymiotowania. Dręczyłam moje ciało także przy pomocy piekielnie niewygodnym ubrań, w które wbijałam się “żeby ładnie wyglądać”.
    Bywało, gdy w napadach furii brutalnie szczypałam się po brzuchu, biłam po twarzy i udach albo szarpałam za włosy. A kiedy atak wściekłości mijał, rozładowywałam resztę napięcia kilkoma orgazmami.

    Tak – moje ciało to absolutnie niesamowita istota. Nikt nie wycierpiał przeze mnie tak dużo i nikomu nie dałam takiej ilości ekstazy, jak jemu.

    Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo jestem szurniętą ekshibicjonistką onanizującą się historią własnego życia? A może chcę zrobić karierę na skandalu? Hmm… znam znacznie bardziej przyjemne i skuteczne sposoby na osiągnięcie satysfakcji – zarówno fizycznej, emocjonalnej jak i finansowej – niż przyznawanie się do swoich życiowych dołów, bagien i zakrętów.
    Dzielę się tym wszystkim z Tobą/ z Wami, bo jestem – najgłębiej jak to możliwe – przekonana, że bez odkrycia “ciemnej” części prawdy o sobie, NIE miałabym szans wyzdrowieć i zmienić swojego życia. Powtórzę – bez przyznania się do tego, że ma się problem, nie da się problemu rozwiązać. Dzielę się tym, bo wiem i czuję, jak bardzo świadomość, że nie jest się jedyną osobą, która doświadcza tych wszystkich emocjonalnych zawiłości, może być uwalniająca. Bo pamiętam jaaaak bardzo mi pomogły świadectwa ludzi, którzy rozpoczęli swoje procesy odzyskiwania siebie przede mną. Dzielę się, bo tylko dzieląc się nimi, mogę pomnożyć najcenniejsze skarby, jakie podarowało mi życie. Akceptację. Zrozumienie. Wiedzę. Czułość. Życzliwość. I umiejętność kochania siebie, która na nich wyrosła.
    Chcę Ci/ Wam tym i każdym innym moim tekstem, książką i całą działalnością pokazać, że da się wyjść nawet z najgłębszego bagna. Proces zmiany na lepsze jest trudny, bolesny i długotrwały, ale WARTY absolutnie każdego wysiłku. Przede wszystkim dlatego, że efekty pracy z emocjami są nieodwracalne. Im więcej rozbrajasz schematów eMOCjonalnych, tym bardziej wzrasta Twoja MOC. Życie, nie staje się łatwiejsze, lecz Ty – będąc w coraz bliższym kontakcie ze sobą – stajesz się MOCniejsza/MOCniejszy. “Nagle” dostrzegasz rozwiązania, które wcześniej schowane były za parawanem Twoich lęków, wstydów i bezradności. I przede wszystkim zaczynasz rozumieć siebie.

    Cały mój proces uzdrawiania traum z dzieciństwa, odzyskiwania siebie oraz budowania miłości do siebie i mojego ciała był (i zawsze już będzie) w swej istocie pogłębianiem zrozumienia dla tego kim naprawdę jestem. Zrozumienia własnych potrzeb, pragnień, ograniczeń i możliwości. W tym niezwykłym procesie, dane mi było dotrzeć do szalenie ważnych świadomości i wniosków. W drugiej części wpisu CIAŁO JEST DO KOCHANIA, przedstawię te z nich, które pomogły mi zbudować i nieustannie pomagają wzmacniać moją miłość do własnego ciała.

    Chcę żebyś miała/miał świadomość, że są to wnioski ogólne i przedstawiam je w bardzo dużym skrócie i uproszczeniu.

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Opinie o pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Informacje na temat aktualnie prowadzonych przeze mnie warsztatów będą pod tym linkiem: https://magdaadamowska.pl/kursy-i-warsztaty/

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

    https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

    oraz na fanpage Zdrowa Szczęśliwa Kobieta: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.

  • Blog

    DROGA DO DOMU MEGO SERCA

    Dla tych co czują się inni od reszty społeczeństwa

    “Zamierzam wytyczyć sobie drogę zupełnie odmienną niż ktokolwiek inny – wszyscy inni. (…) Zawsze czułam się inna – wiedziałam, że jestem w ‘niewłaściwej skorupce’. I wiedziałam, że moje życie to będzie wyboista droga.”

    /Księżna Diana/

    Jestem Dziwolągiem. Mam serce miękkie jak ugnieciona w dłoniach plastelina i wolę ze stali nierdzewnej. Mam duszę utkaną z cząsteczek czułości, nadgryzioną kłami pogardy. Mam miłość aniołów, którą wyszydzają niekochani.

    Jestem Dziwolągiem. Artystą, co wykleja naczynie rzeczywistości kafelkami emocji. Duszą wcieloną i ciałem, w którym duch wyrywa się do światła. Mam skórę cienką jak bibułka ale twardą niczym kamień. Płaczę, gdy szczęście przelewa się we mnie i śmieję się, by oswoić bezsilność.

    Jestem Dziwolągiem. Na oceanie hipokryzji, pośród tankowców iluzji wiosłuję uparcie na tratwie mojej prawdy. Życie raz mnie puszyście przytula, innym razem wrzuca w kolczaste zarośla. Karmi nektarem zrozumienia i funduje odtruwające głodówki.

    Jestem Dziwolągiem. Moja Droga to podróż szaleńca. Odmieńca, co skrzydłami wyobraźni rozgania mgłę codzienności. Wariata, który idąc pod prąd, szuka źródeł swojej MOCy.

    Jeśli dotyka Cię moja historia, wiedz, że to nie przypadek. I choć nie wiem dlaczego jestem, jaka jestem, storzyła mnie Siła większa i mądrzejsza od wszystkiego co znamy. Siła, która wie lepiej i rozumie głębiej. Siła, która była na wieczność przed nami i będzie na nieskończoność po nas. Ona wie dlaczego i po co. Ona zna meandry naszych istnień. Oddaję się jej nieskończonej mądrości. Niech mnie prowadzi tam, gdzie życie rozkwita obfitością dobra i piękna. By każdy dzień był święty. By święto było codziennością.

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Opinie o pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Informacje na temat aktualnie prowadzonych przeze mnie warsztatów będą pod tym linkiem: https://magdaadamowska.pl/kursy-i-warsztaty/

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

    https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

    oraz na fanpage Zdrowa Szczęśliwa Kobieta: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.