Kategoria

Blog

  • Blog

    DROGA DO DOMU MEGO SERCA

    “Zamierzam wytyczyć sobie drogę zupełnie odmienną niż ktokolwiek inny – wszyscy inni. (…) Zawsze czułam się inna – wiedziałam, że jestem w ‘niewłaściwej skorupce’. I wiedziałam, że moje życie to będzie wyboista droga.”

    /Księżna Diana/

    Jestem Dziwolągiem. Mam serce miękkie jak ugnieciona w dłoniach plastelina i wolę ze stali nierdzewnej. Mam duszę utkaną z cząsteczek czułości, nadgryzioną kłami pogardy. Mam miłość aniołów, którą wyszydzają niekochani.

    Jestem Dziwolągiem. Artystą, co wykleja naczynie rzeczywistości kafelkami emocji. Duszą wcieloną i ciałem, w którym duch wyrywa się do światła. Mam skórę cienką jak bibułka ale twardą niczym kamień. Płaczę, gdy szczęście przelewa się we mnie i śmieję się, by oswoić bezsilność.

    Jestem Dziwolągiem. Na oceanie hipokryzji, pośród tankowców iluzji wiosłuję uparcie na tratwie mojej prawdy. Życie raz mnie puszyście przytula, innym razem wrzuca w kolczaste zarośla. Karmi nektarem zrozumienia i funduje odtruwające głodówki.

    Jestem Dziwolągiem. Moja Droga to podróż szaleńca. Odmieńca, co skrzydłami wyobraźni rozgania mgłę codzienności. Wariata, który idąc pod prąd, szuka źródeł swojej MOCy.

    Jeśli dotyka Cię moja historia, wiedz, że to nie przypadek. I choć nie wiem dlaczego jestem, jaka jestem, storzyła mnie Siła większa i mądrzejsza od wszystkiego co znamy. Siła, która wie lepiej i rozumie głębiej. Siła, która była na wieczność przed nami i będzie na nieskończoność po nas. Ona wie dlaczego i po co. Ona zna meandry naszych istnień. Oddaję się jej nieskończonej mądrości. Niech mnie prowadzi tam, gdzie życie rozkwita obfitością dobra i piękna. By każdy dzień był święty. By święto było codziennością.

    Nie walcz ze sobą. WALCZ O SIEBIE.

  • Blog

    NAJWAŻNIEJSZA DECYZJA W ŻYCIU czyli KIEDY MUSISZ WYBIERAĆ MIĘDZY SOBĄ A RESZTĄ ŚWIATA

    “Zamykam drzwi mojego domu nie dlatego, że nienawidzę tego, co jest na zewnątrz, ale dlatego, że kocham to, co jest w środku.” /Zasłyszane/

    Dedykuję ten wpis Bartkowi Liberskiemu i Magdalenie Szpilce z wdzięcznością i wciąż rosnącym podziwem dla ich wewnętrznej MOCy. Jesteście moimi Mistrzami.

    Ostatni rok (a dokładnie 13 miesięcy) był dla mnie rokiem wychodzenia z bezpiecznej przystani do świata innych ludzi. Obnażyłam się w stopniu, który sporo osób uznało za ekshibinicjonistyczny. I o ile ani przez sekundę nie żałowałam tego kroku, o tyle niektóre jego konsekwencje wciąż są dla mnie duuuużym wyzwaniem.

    Kiedy wiele miesięcy temu słuchałam nagrań Magdaleny Szpilki, w których mówiła o zdrowym stawianiu granic i dbałości o własne potrzeby, kiwałam głową na znak poparcia dla jej poglądów. Ooo jak ja się z nią zgadzałam! Jak ja uważałam tak samo! Więcej! Z jakim zapałem wygłaszałam niemal identyczne “postulaty” o tym, jak to warto stawiać na siebie i o siebie walczyć. Zapisuję te zdania i czuję znajomy skurcz. To mrowiejący wstyd i skwierczące zażenowanie. Nie. Nie toksyczne. Te zdrowe. Te które są strażnikami pokory i dystansu do siebie. Skąd one u mnie? Hmm… Znowu zrobię emocjonalny striptiz. No cóż, taka moja natura – uwielbiam swoją nagość. Zarówno cielesną jak i duchową.

    Wczoraj zdarzyła mi się sytuacja, po której uzmysłowiłam sobie, że nie potrafię wspomnianych wyżej granic stawiać tak stanowczo, jak bym chciała. I że często – w zetknięciu z oczekiwaniami ludzi lub moimi fantazjami na ich temat – odpuszczam własne dobro na rzecz komfortu innych. Zwłaszcza tych, którzy są dla mnie mili i/ lub których lubię. Tym tekstem postanawiam się rozprawić z moim schematem ratowania świata kosztem siebie. Bo w tym świecie, realnych zmian na lepsze dokonują tylko jednostki, które umieją dać miłość i wsparcie przede wszystkim sobie. Jednostki, które zanim zaczną ratować świat… ratują same siebie.

    No to jedziesz Adamowska! Kto ma zrozumieć, ten zrozumie. Komu z Tobą nie po drodze – niech będzie zdrowy i szczęśliwy w swojej podróży.

    Człowieku, który to przeczytasz! Może poznałeś mnie wiele lat temu, a może migam Ci tylko w postach na Facebooku. Może zamieniliśmy ze sobą kilka wirtualnych zdań, a może przegadaliśmy wiele godzin. Może patrzyłeś na mnie z zachytem, a może obudziłam Twoje demony. Może wsparło Cię to co robię, a może wkurwił mój sposób bycia. Może mnie czujesz pod skórą, a może na dźwięk mojego głosu skóra Ci cierpnie. Może zechcesz zrozumieć moją historię, a może odwrócisz od niej oczy z obrzydzeniem. Cokolwiek zrobisz, jakkolwiek się wobec mnie zachowasz, gdziekolwiek poprowadzi Cię Twoja prawda – JA WYBIERAM SIEBIE.

    Wybieram być dla siebie najważniejsza. Wybieram stać za sobą murem. Wybieram chronić dom mego serca i pielęgnować światynię mojej duszy. Wybieram spokój i uśmiech dziecka, co we mnie prosi o przytulenie. WYBIERAM najpierw i na zawsze kochać SIEBIE.

    Niech moja prawda mówi głośno i wyraźnie z jednoczesnym poszanowaniem Twojej niepodległości. Niech się niesie w świat lekko i życzliwie. A gdy będzie osiadała na glebie Twoich przekonań, niech zaowocuje dobrem, które Cię nakarmi. Pamiętaj proszę, że nasze prawdy mogą się różnić pięknie i budująco. I że człowiek człowiekowi może być przestrzenią akceptacji.

    Nie walczmy ze sobą. WALCZMY O SIEBIE.

    Dodane przez
  • Blog

    ZROBIŁAM SOBIE BOTOKS!!! ;)

    Od wielu miesięcy mam taki rytuał, że łączę przyjemne z pożytecznym, a dokładniej: trening z oglądaniem filmów. Film se leci, a ja kicam. Kocham ten czas, bo to jeden z moich ulubionych relaksów. Wczoraj coś mnie wzięło na “Botoks”, Patryka Vegi. A – myślę sobie – podobno jest o silnych kobietach, to będę mieć inspirację. No i faktycznie – film podziałał! Rzekłabym: zbotoksował mnie emocjonalnie! 😉 🙂 🙂

    Nie, nie będzie to recenzja produkcji reżyserskiej. Szkoda mi na to czasu. Chcę Wam opowiedzieć, jakie wnioski dotyczące mojego życia przyszły do mnie po obejrzeniu tego… obrazu.

    Film od pierwszych sekund “wali po emocjach” tak intensywnie, że człowiek najpierw robi kilka głębszych wdechów, a potem… odłącza czucie. I tylko na tym – jak by to określił Peter Levin (facet od leczenia traum) – czuciowym zamrożeniu, jest w stanie obejrzeć film do końca. I ja to właśnie zrobiłam. Patrzyłam na drastyczne sceny porodów, rozcinania ciał i embrionów konających, wiele godzin po zabiegu aborcji, w metalowych miskach. Słyszałam, jak absurdalnie beznamiętnym głosem aktorzy grający lekarzy, mówili o cierpieniu i śmierci. Moje zmysły pracowały prawidłowo, ale od względem emocjonalnym nastąpił paraliż, raz po raz przeplatany wybuchami histerycznego śmiechu.

    Dziś po krótkiej rozmowie z Bartkiem, który stwierdził, że dla niego film – do tego stopnia przesycony cierpieniem i patologią – jest po prostu groteskowy, spłynęła na mnie cholernie ważna świadomość. Zrozumiałam, że część czytelników może w taki sposób przeżyć moją książkę! Że niektórych ludzi, dramatyczne fakty z mojego dzieciństwa, mogą porazić tak mocno, jak mnie sceny zabiegów chirurgicznych. Uświadomiłam sobie też, a właściwie przypomniałam, że ten mechanizm obronny jest dla nas ludzi zupełnie naturalny. Odcięcie się od emocji – jak pisze wspomniany wyżej Levin – “wydaje się najlepszym sposobem, by wytrzymać coś, czego teoretycznie wytrzymać się nie da: atak lwa, gwałt, cięcie skalpelem przez chirurga.”

    I owszem na ten konkretny moment, w którym doświadczamy cierpienia (czynnie lub biernie czyli np. jako widz/czytelnik) takie znieczulenie chroni nas przed bólem. Ale jeśli pozostaniemy w stanie tego emocjonalnego zamrożenia na dłużej, prędzej czy później da nam… boleśnie o sobie znać.

    Możesz sięgnąć po moją książkę, jak ja po film Vegi – z ciekawości, dla rozrywki, trochę bezrefleksyjnie. Możesz – jak ja w przypadku “Botoksu” – zlekceważyć informacje o ładunku emocjonalnym zawartych tam treści. I możesz ją przeczytać jak jedną z wielu smutnych historii. A na czas czytania – odciąć czucie. Tylko wiesz co? Emocje to energia biologiczna. I – znowu posłużę się cytatem z Levina – “To jaki mamy dostęp do tej energii i jak ją integrujemy, określa, czy nadal będziemy zastygnięci i przytłumieni, czy wyjdziemy z tego stanu.”.

    Wiedza, którą zdobywasz – w tym ta z mojej książki – może po Tobie spłynąć, przygnieść Cię albo stratować. Może Cię też nakarmić i wzmocnić. Tylko Ty decydujesz, co z nią zrobisz. Z wiedzą o emocjach jest trochę jak z gorącą zupą. Możesz się wkurzać, że parzy, możesz ją wylać albo w ogóle nie próbować. Ale możesz też zjadać ją powoli, tak, żeby przy każdym nabieraniu na łyżkę, studzić ją do optymalnej dla Ciebie temperatury. Dzięki temu – bez trudnych do zniesienia konsekwencji – stopniowo dostarczysz sobie pożywnych składników. Więcej! Będziesz się delektować najlepszym – bo nieprzytłumionym wysoką temperaturą – smakiem.

    Jeśli więc zastanawiasz się nad wejściem w proces odzyskiwania siebie i pracy z emocjami – proponuję, żebyś najpierw zastanowiła/ zastanowił się czy jesteś gotowa/gotowy otworzyć się na odczuwanie. Ze wszystkimi tego  konsekwencjami. Bowiem “nie da się uleczyć czegoś, czego się nie poczuje.”. Podobnie jak nie da się nakarmić kogoś,  kto nie otworzy ust, by przyjąć pożywienie.

    Przytulam i życzę odwagi i otwartości na czucie.

    Nie walcz ze sobą. WALCZ O SIEBIE. Bo Ty jesteś najważniejszą inwestycją swojego życia.

     

  • Blog

    SEKSUALNA NIEBEZPIECZNA czyli JAK ROZWALIŁAM KOLEJNY PASKUDNY SCHEMAT

    “To czego się najbardziej boimy to wskazówka o tym gdzie leży największy skarb naszej duszy. Lęki są strażnikami broniącymi wejścia do jaskini ze skarbem.”
    /Cytat z blog’a Moonsetstory – Astrologia pełni/

    Niedawno zrobiłam nagranie o tym, że nie da się dokonać zmiany na lepsze, jeśli człowiek nie przyzna się przed samym sobą, że ma problem i na czym konkretnie ten problem polega. Tym wpisem chcę Wam pokazać, jak niesamowicie skutecznie działa ta metoda w moim życiu. I jakie “czary” się dzieją, gdy człowiek daje sobie pozwolenie na wsłuchanie się w swoją prawdę. Schemat, który tu opiszę był cholernie złożony i trawił mnie przez wiele lat. Rozbrojenie go zajęło mi kilka miesięcy.

    Odkąd rozesłałam książki do osób, które wsparły zbiórkę na jej wydanie… spora część mnie zaczęła się zapadać w mrok. Wykonałam zadanie – doprowadziłam do ucieleśnienia mojego “dziecka”. Kilkunastomiesięczna batalia – o zapewnienie sobie warunków do tego, by mogło powstać, by przybrało konkretną formę oraz by trafiło do czekających na nie odbiorców – wyczerpała mnie w stopniu zatrważającym. Na wiele tygodni opadłam z sił. Straciłam też ogromną część mojej MOCy, kobiecej mocy. Długo docierałam do świadomości, gdzie swoje źródło miało to osłabienie.

    Kiedy zaczynałam pisać książkę kibicowało mi sporo znajomych kobiet. Zachęcały mnie i motywowały do pracy nad treściami, które pierwotnie miały dotyczyć tylko zaburzeń odżywiania. I wszystko było pięknie do… lipca 2017 roku, kiedy to bezczelna Adamowska otworzyła puszkę Pandory. Puszkę z najbardziej palącym kobiecym wstydem – wstydem bycia człowiekiem płci żeńskiej. Wstydem posiadania ciała podlegającego – niezmiennym i nieubłaganym – prawom natury. Ciała, które odczuwa czysto zwierzęce popędy i którego każda komórka przechowuje pamięć przeszłych doświadczeń. Ciała, które od pierwszych chwil swojego istnienia – uczy się jak ma być traktowane. Ciała tak często zniewalanego pułapkami umysłu.

    W swojej naiwności wierzyłam, że kobiety (zwłaszcza te, które pierwotnie mi kibicowały) będą mnie wspierać w propagowaniu wiedzy o tym, jak te pułapki rozbrajać. Że będą się chciały nauczyć miłości i akceptacji do swojej kobiecej cielesności. Że będą czerpać z mojej wiedzy garściami. Rzeczywistość okazała się mniej różowa niż moje nadzieje. Wraz z doświadczeniami kolejnych miesięcy, przytłaczająco i boleśnie krzepło we mnie przekonanie, że dla pewnej – niestety licznej – grupy kobiet, moja wiedza i ekstremalna szczerość są po prostu… nie do zniesienia. I że dla tych kobiet zawsze będę… trędowata. Niczym chodzący wrzód, albo jak baner z napisem: “Nie patrz tam, bo nie daj Boże zobaczysz swoje błędy! Nie słuchaj, bo jeszcze się okaże, że to Cię dotyczy! Nie dotykaj, bo to obudzi BÓL. A ból może Cię powalić. I będziesz musiała się wysilić, żeby wstać.”

    Jeszcze jakiś czas temu myślałam, że to tylko moje filtry. Że patrzę na opisane wyżej kobiety przez pryzmat mojej trudnej relacji z matką. Ostatnie miesiące pokazały mi dobitnie, że ich dezaprobata łamana na wrogość wobec mnie, nie jest jedynie moim wyobrażeniem, lecz faktem.
    Wiesz co niemal zawsze okazywało się w moich interakcjach z kobietami punktem zapalnym? Moja – szeroko pojęta – seksualność. To jaki mam sposób ekspresji swojej płciowości. Jaką energię emituję. Jak się poruszam, jak wyglądam, jak mówię. I – co znamienne – jak reagują na mnie mężczyźni. Gdy dochodzi do tego wiedza o tym, że pracowałam jako prostytutka – niektóre kobiety nawet nie próbują ukryć swojej odrazy do mnie. W pewnej dziennikarce moja postać wzbudziła tak potężne emocje, że podczas rozmowy ze mną omal nie zwymiotowała. (Może kiedyś o tym opowiem). Niedawno podczas mojego wystąpienia, gdy powiedziałam, że wykonywałam najstarszy zawód świata, po sali przebiegł skrytojadowity szmer. Chwilę później usłyszałam szept młodej kobiety: “Chyba dziwka”. Zakłuło, przyznaję. I skurczyłam się dość mocno pod naporem energii zawstydzenia i pogardy, jaką emitowali odbiorcy. Kobiety bardzo skrupulatnie unikały – nawet wzrokowego – kontaktu ze mną. Gdyby nie obecność jednej bliskiej mi osoby, chyba bym się tam popłakała z bezsilności, upokorzenia i rozgoryczenia. A tak wytrzymałam do końca spotkania. Potem chyba z pół godziny ryczałam w hotelowej toalecie.

    Ale nie byłabym sobą, gdybym i na tym bólu nie urosła. A urosłam, bo pozwoliłam sobie go poczuć całą sobą. Efekt? PRZEŁOM. Tak uwalniający, jak niespodziewany. Dwa dni po wspomnianym zdarzeniu – ubrana w jedną z ulubionych sukienek i ukochane niebieskie szpilki – wyszłam na spotkanie z przyjacielem. Wyczekiwałam tego spotkania z ogromną radością, bo uwielbiam nasze nasiadówki o smaku whisky z truskawkami. Wychodziłam z domu w doskonałym nastroju. Szłam wolno, delektując się cudowną pogodą. Moje ciało (zwłaszcza jego środkowa część 😉 kołysało się miarowo i spokojnie. Mimo dziesięciocentymentrowych obcasów, bardzo wyraźniej czułam łączność z podłożem. Nic nie zapowiadało tego, co stało się chwilę poźniej. Nagle poczułam na sobie wzrok siedzących na ławce kobiet. Był surowy, zimny i kolczasty. Powietrze zawibrowało od ukąśliwych uśmieszków. Miały tę samą częstotliwość, co pomruki we wspomnianej wcześniej sali. I wtedy – delikatnie niczym szelest skrzydeł Aniołów – spłynęła na mnie MOC. Moc mojej przebudzonej Kobiecości. Moc, której przez długie miesiące za nic w świecie, nie potrafiłam (re)aktywować.
    Spojrzałam na każdą z tych kobiet. Prosto w oczy. Z całą śmiałością i dumą, jakie się zawierają w słowie samoakceptacja. Stałam prosta jak trzon łuku. Przenikając je wzrokiem ostrym niczym grot strzały. Stałam osadzona jak drzewo. Niewzruszona, a nawet wyniosła. Żadna – nawet przez kilka sekund – nie utrzymała mojego spojrzenia. To było jedno z najpiękniejszych zwycięstw, jakie odniosłam. Poczułam, że absolutnie, bezapelacyjnie pokonałam ten Strach. Strach przed agresją kobiet. Agresją tuczoną zawiścią i podlewaną kompleksami. Agresją, która wyrasta na glebie samotnej, smutnej bezradności. Agresją, tak dojmująco tożsamą z tą, którą tętniła postać mojej matki. Pierwszy raz w życiu poczułam, że ją pokonałam. Totalnie. Jej władza nade mną rozpłynęła się jak poranna mgła rozmywa się w słońcu. Po moim ciele rozlał się ciepły, jasny, miękki SPOKÓJ. Jeśli to nie był CUD to nie wiem, co nim jest.

    Wraz z tym spokojem przyszła pewność – jestem już gotowa. Gotowa na kolejny etap mojej drogi. Gotowa na to, by wyznaczać granice swojej autonomii jeszcze wyraźniej i by pilnować ich z całą stanowczością i walecznością, jakie dane mi było wypracować. Oraz by uczyć kobiety, które zechcą po tę naukę sięgnąć, jak to robić. Jak walczyć o swoją Prawdę. Jak wypracować w sobie zgodę na bycie człowiekiem płci żeńskiej. Jak pokochać swoje kobiece ciało. Jak słuchać, by słyszeć własne serce. Tak – jestem najgłębiej jak to możliwe – przekonana, że zgoda na siebie to najważniejszy klucz do szczęścia. A ja chcę być szczęśliwa. Nawet jeśli mój sposób bycia będzie wzbudzać skrajnie trudne emocje. Nawet jeśli – dla jakiejś grupy kobiet – zawsze będę tylko byłą dziwką. Nawet jeśli będą patrzyły na mnie z – równie silną jak ta, którą “częstowała” mnie matka – pogardą.

    Cóż… Życie to sztuka wyboru. Ja wybieram siebie. Siebie, która tańczy na ulicach, przytula nieznajomych i mówi wprost o skutkach przemocy. Siebie, która równie mocno jak brokuły i szparagi lubi lody i wino. Siebie, która bywa domowym trollem w starych dresiorach i ultra seksowną kocicą, której taniec hipnotyzuje. Wybieram siebie zmienną, nieprzewidywalną, spontaniczną i przedziwną. Tę, w ramionach której można się schować i tę, której wrzask rozdziera powietrze. Tę, która płacze i śmieje się tak głośno i długo jak potrzebuje. Tę, która oprócz fizycznych cycków, ma emocjonalne jaja vel odwagę, by żyć po swojemu i dla siebie. I tę, która – choć oczami wyobraźni widzi zdegustowane miny moralistek – będzie śmiało i konsekwentnie iść własną drogą. Tak mi dopomóż moje serce i Dobre Dusze, których coraz więcej wokół mnie.

    PS Ten tekst jest dla mnie absolutnie PRZEŁOMOWY, bo zamyka stare i otwiera NOWE przestrzenie mojej świadomości. Dedykuję go:
    Bartkowi Liberskiemu – z zachwytem dla jego stalowej woli, wytrwałości i wyrozumiałości dla moich histerii, blokad, prób ucieczek i odmiennych stanów świadomości. Oraz z podziwem dla jego męskiej MOCy, która oparła się manipulacjom mojego umysłu.
    Maryś Pasik – z wdzięcznością za jej nadprzyrodzone zdolności, które podnosiły mnie z otchłani bezradności.
    Magdalenie Szpilce – z wdzięcznością za jej niezastąpioną Obecność, wiedzę, wsparcie i polecenie trafionych w punkt lektur.
    Moim kobiecym Inspiracjom-Motywacjom: Małgorzacie Myszy Wnękowicz, Ewelinie Habzie, Sylwii Stanisławczyk, Malwinie Szypulskiej, Eve Kahinga, Basi Flis, Roksanie Wiankowskiej, Lidce Szymanek, Ani Prończuk-Omiotek, Eli Nazar, Oli Paszkiewicz, Renacie Sabie oraz wciąż i niezmiennie najbliższej mi na świecie kobiecie – mojej siostrze – z wdzięcznością za fantastyczne, wzbogacające, inspirujące kobiece rozmowy.
    Darkowi Łencio – z wdzięcznością za szacunek, wsparcie i zrozumienie dla moich działań, które od wielu miesięcy konsekwentnie i życzliwie mi okazuje.
    Madzi Kazuli – z wdzięcznością za jej serdeczną obecność przy moim przekraczaniu kolejnego Rubikonu i z wciąż rosnącym zachwytem dla pracy jaką wykonała, by odzyskać siebie.
    Pani Ewelinie Kucabie – z wdzięcznością za arcyowocną sesję regresingu.
    Adeli Makaju – z wdzięcznością za przenikliwość jej serca, które zobaczyło mnie z/w przyszłości.
    Justynie Pettke – z wdzięcznością za wsparcie duchowe na ostatniej prostej do odszukania mojej drogi zawodowej.
    Grzegorzowi Szpilce – z wdzięcznością za otwartość i ekstremalną szczerość dzielenia się swoimi wnioskami dotyczącymi uzależnień związanych z seksualnością.
    Eli Wojowniczce Jastrzębskiej – z podziwem dla jej walki o prawdę i z wdzięcznością za nieustępliwość z jaką tę prawdę głosi.
    Jadwidze Ottawie – z wdzięcznością za ciekawą, długaśną, sesję “Germańskiej”.
    Ani Sokołek – z wdzięcznością za świadomości, jakie obudził w moim ciele jej niezwykły tantryczny dotyk.
    Bożence i Gosi z InsEdu, – z wdzięcznością za zorganizowanie najcudowniejszej konferencji na jakiej występowałam.
    Pewnemu ekstremalnemu Trigger’owi – w podziękowaniu za ultra skuteczne obudzenia moich demonów.
    Wszystkim CUDOWNYM, silnym Kobietom, które nie zlinczowały emocjonalnie byłej prostytutki – z wdzięcznością za oparcie, jakie mi dawała ich akceptacja.
    Kobietom, które wykazały postawę dokładnie odwrotną – ze smutną zgodą na ich brak zrozumienia.
    Mężczyznom, którzy nie umiejąc dostrzec pełni mojej Kobiecości, próbowali mnie wcisnąć w szablonik słodkiej blondyneczki – z nieukrywaną satysfakcją.
    Oraz (niektórym) członkom mojej rodziny – w odpowiedzi na ich pogardę dla mnie jako człowieka płci żeńskiej.

    Jakkolwiek potoczą się nasze losy – życzę nam wszystkim zgody na siebie.

    Nie walczmy ze sobą. WALCZMY O SIEBIE. 🙂

    Dodane przez
  • Blog

    STARE ODCHODZI, NOWE SIĘ RODZI, A JA DZIĘKUJĘ ZA…

    Magda Adamowska

    2017 – bezapelacyjnie najtrudniejszy rok w moim dotychczasowym życiu. Najtrudniejszy, a jednocześnie najbardziej owocny. I pierwszy, kiedy żyłam aż taaaak prawdziwie. Kiedy chłonęłam życie całą sobą. Każdą cząstką mojego istnienia. Przyniósł mi wiele niezwykłych doświadczeń i ogrom szalenie ważnych wniosków.

    Nigdy wcześniej nie byłam aż taaaak blisko siebie. Aż tak blisko mojej Prawdy. Paradoksalnie im bardziej próbowano ją zagłuszyć, tym głośniej krzyczała. Im mocniej w nią uderzano, tym stawała się potężniejsza. Im paskudniejszym kłamstwem ją obrzucano, tym szlachetniejszą barwę przybierała. Ale nie odkryłabym tej Prawdy, gdyby nie ludzie-lustra, w których odbijały się moje przekonania o świecie i o sobie samej.

    Dziś chcę z całego serca PODZIĘKOWAĆ wszystkim ludziom, których życie postawiło na mojej drodze. Chcę podziękować tym, co jak skała, że byli, są i będą. Tym, co jak fala, że bywają obecni. I tym, co jak dym, że nigdy się nie powtórzą.

    Tym, co jak skała DZIĘKUJĘ, bo to od Was czerpałam SIŁĘ. Wasze wsparcie mnie karmiło, gdy wrogie energie wysysały ze mnie życie. Waszą życzliwością zszywałam połamane skrzydła. Waszym ciepłem ogrzewałam, zmrożone bólem serce. To Wy mnie podnosiliście, kiedy podmuch nienawiści podcinał mi nogi. I Wy – swoim dopingiem – oświetlaliście mi drogę, gdy traciłam jasność widzenia. Dziękuję. Bez Was byłabym jak pusta cukiernica – formą bez treści.

    Tym, co jak fala DZIĘKUJĘ, bo to od Was dostałam ZNAKI. O tym dokąd zmierzam, jaką trasę wybiorę i z kim chcę doświadczać podróży. To Wy mnie uczyliście wybierać między tym, co dla mnie dobre, a tym, co mi szkodzi. Waszymi imionami podpisane są tysiące moich decyzji. Wasze opinie żłobiły tunele mojej samoświadomości. I szlifowały mój światopogląd. Dziękuję. Bez Was byłabym jak mapa bez zaznaczonych stron świata – wielobarwna lecz nadaremna.

    Tym, co jak dym DZIĘKUJĘ, bo od Was dostałam LEKCJE. Wasze zdrady uczyły mnie doceniać prawdomówność. Wasza niestałość hartowała moje zaufanie do życia. A interesowność obnażała moje deficyty. Nie raz udało Wam się mnie osłabić. Wiele razy przygniotły mnie Wasze manipulacje. Ale zawsze, za każdym razem wstawałam silniejsza i z mocniejszym poczuciem sensu. Dziękuję. Bez Was byłabym jak miecz bez wojownika – mocą zaklętą w bezruchu.

    Najbardziej DZIĘKUJĘ ZA ŻYCIE. “DZIĘKUJĘ za wszystko, czego dane mi było doświadczyć. Za to, co dostałam i czego życie mi oszczędziło. Za to, co było, co jest i za to, na co czekam z – właściwą sobie – niecierpliwością. Za ludzi, którzy swoimi niepowtarzalnymi energiami wytłaczali, wytłaczają i wytłaczać będą przestrzeń mojego serca.
    Ludzie – bliscy mi i dalecy – życzę Wam wszystkim zdrowia, szczęścia i WOLNOŚCI. Tak niech Wam dopomogą Wasze serca.”

    Nie walczcie ze sobą. WALCZCIE O SIEBIE. 🙂

    Dodane przez
  • Blog

    “BRUDY PIERZE SIĘ W DOMU”

    schematrix magda adamowska

    Uwaga! Hipokryci mogą doznać szoku. Szczególnie zakłamanym może być potrzebna pomoc medyczna. Czytasz na własną odpowiedzialność.

    Dedykuję Eli Jastrzębskiej, z terazja.net. Ela – jestem z Tobą całym sercem. Stoję murem za Tobą. Ja Ci wierzę.

    Ten tekst rodził się we mnie wiele miesięcy, jeśli nie lat. Odkąd pamiętam w mojej rodzinie obowiązywała “doktryna”: brudy pierze się w domu. Od zawsze byłam uczona, że muszę udawać kogoś, kim nie jestem. I że nie wolno mi mówić ludziom, jak naprawdę wygląda życie mojej rodziny. Za prawdę byłam surowo karana.

    Kiedy miałam kilka lat moja matka zrobiła wielka awanturę w domu swoich rodziców. Wrzeszczała tak głośno, że słyszeli ją ludzie przechodzący drogą biegnącą obok tego domu. Podczas tej awantury siedziałam sama pod balkonem. Pamiętam, że strasznie się bałam. Miałam poczucie, że to moja wina. I że zostanę ukarana, bo matka jest zła. A kiedy była zła, to wyżywała się na mnie albo na innych członkach rodziny. Tych, nad którymi miała przewagę emocjonalną.
    Kiedy wróciłyśmy do mieszkania wrzeszczała na mnie, twierdząc, że to wszystko przeze mnie, bo wygadałam babce, co mówiła na jej temat do mojego ojca. Nie pamiętam czy mnie wtedy biła. Widocznie to było tak traumatyczne przeżycie, że w pewnym stopniu je wyparłam.
    Jako dziecko z nadwagą wielokrotnie słyszałam od matki, że wstyd jej przed ludźmi, bo się z niej śmieją, że mnie utuczyła jak potwora.
    Kiedy w wieku 13 lat bardzo schudłam, szydziła ze mnie, że wyglądam jak kostucha i że ludzie się ze mnie śmieją. Kiedy chorowałam na bulimię, wielokrotnie słyszałam, że przynoszę wstyd rodzinie.
    Gdy w lipcu tamtego roku powiedziałam jej, że napiszę książkę o przyczynach mojej bulimii i o tym, jak przeżyłam moje dzieciństwo wpadła w histerię i stwierdziła, że się zabije jeśli to zrobię, bo “jej koleżanki z pracy uznają ją za potwora”.
    A gdy udostępniłam nagranie, na którym mówię, że pracowałam jako prostytutka, dostałam od niej serię smsów. Pisała m.in. “Zwykle po ludzku ujmując przynosisz WSTYD całej rodzinie. Ale Ty jesteś typową egoistką nie liczysz się z nikim i z niczym.”; “Wiesz jaką masz opinię tu gdzie Cię naprawdę znają. Karierę zrobiłaś jako prostytutka? Odpowiedź znasz. (…)” Największym problemem było dla niej to, że musiała ludziom w pracy w oczy patrzeć i wstydzić się za mnie.

    Kiedy ludzie mnie pytają, jak to zrobiłam, że wyszłam po tylu latach z uzależnień, a ja im odpowiadam “pozwoliłam sobie być sobą”, zazwyczaj nie rozumieją. Co to ma do rzeczy? Wszystko. “Człowiek jest tak chory, jak jego tajemnice”. Miarą uzależnienia jest intensywność zakłamania czyli niezgody na prawdę. Im bardziej wizerunek publiczny danej osoby różni się od tego, kim rzeczywiście ta osoba jest, tym większe czuje ona napięcie emocjonalne. Tym silniejszą odczuwa presję utrzymania tego wizerunku. A człowiek, który musi ukrywać prawdę o tym, kim jest i co go ukształtowało, nie ma szans być zdrowy. Bo możemy być w pełni szczęśliwi tylko, gdy jesteśmy sobą.

    Tylko jak być sobą w społeczeństwie, które jest tak zakłamane, że wierzy we własne kłamstwa?!
    Dużo łatwiej jest pier…lić o pozytywnym myśleniu, zaklinaniu rzeczywistości formułkami i szczerzyć wybielane chemicznie zęby do aparatów, niż pokazać swoje prawdziwe życie. W przestrzeni publicznej być uroczym profesjonalistą, a prywatnie narcyzem, którego świat kręci się wokół “robienia wrażenia”. Bo człowiek sukcesu nie “pamięta” przeszłości, żyje chwilą obecną. I bardzo chce wierzyć, że zjawisko przemocy w rodzinie dotyczy jedynie “marginesu społecznego”.

    Jak być sobą w społeczeństwie, dla którego większą wartość ma tytuł naukowy i certyfikat niż realne, namacalne efekty? Gdzie samouki, którzy choć osiągają efekty o niebo lepsze, niż dyplomowani “eksperci” są traktowani z góry przez tych, których wiedza jest czysto teoretyczna?!
    Jak być sobą w rodzinie biologicznej, dla której wyznacznikiem moralności jest mantra “Co ludzie powiedzą?”?!
    Jak być sobą, gdy wszystko wokół zdaje się mówić “udawaj, kłam, manipuluj, bo tylko tak możesz przetrwać.”?!
    Jest na to tylko jeden, jedyny sposób. Robić to, czego się najbardziej boisz. BYĆ SOBĄ. Zawsze i wszędzie mówić głośno i odważnie swoją prawdę. Patrzeć kłamstwu prosto w jego mętne, puste, rozbiegane oczy. Tylko tak podetniemy mu jego – skadinąd krótkie i koślawe – nóżki.
    PRAWDA ma to do siebie, że jest niepodważalna. I co najważniesze – jest ustawieniem domyślnym ludzkiej duszy. Z prawdą się nie da dyskutować. Ona po prostu jest. I emanuje swoją piekną energią, której NIE da się zagłuszyć.

    Tzw. pranie brudów to nic innego, jak proces usuwania zanieszczyszczeń emocjonalnych. Żeby wyprać brudy, konieczne jest, by przyznać, że coś złego zaistniało. Że człowiek zranił człowieka. Że wydarzyła się krzywda. Bez tego nie da się “posprzątać”. Żeby usunąć plamę, najpierw musisz ją zauważyć!
    No i żeby wyprać brud, muszą zostać spełnione konkretne warunki. Niezbędne są: odpowiednia przestrzeń, woda, środki piorące i osoba, która pranie nastawi, rozwiesi i dopilnuje, by wyschło. Potem trzeba je jeszcze poskładać i odłożyć na przeznaczone mu miejsce.
    Pranie brudów to proces. Czasami bywa tak, że niektórych plam nie spiera zwykły detergent. I wówczas trzeba poszukać pomocy na zewnątrz. Trzeba brud, którego nie da się usunąć w warunkach domowych – oddać do pralni… publicznej.

    Taką “rodzinną plamą” jest dla mnie przemoc. Ofara przemocy jest ofiarą, bo w tym konkretnym momencie swojego życia NIE UMIE SIĘ BRONIĆ. I aby wydostać się z toksycznego środowiska/ relacji potrzebuje pomocy z zewnątrz. Pomocy kogoś silniejszego nie tylko od niej samej, ale i od jej oprawcy. Dlatego o przemocy trzeba mówić głośno. BO TYLKO TAK MOŻNA JĄ POWSTRZYMAĆ. NIE MA INNEJ DROGI!
    Dzieci poddawane przemocy nie umieją się bronić same. Miliony dorosłych osób poddawanych przemocy nie umieją się bronić samodzielnie.
    Agresor będzie stosował przemoc, dopóki będzie mógł. Strach i jego najgorsza konsekwencja: brak sprzeciwu ofiary, są jego najsilniejszą bronią. Dlatego MÓWMY o przemocy jak najgłośniej. Tak głośno aż nasz głos zamieni się w ryk RYK WOLNOŚCI. I PRAWDY.

    Jeśli to czytasz i czujesz, że jest ważne – podziel się z ludźmi, którym może pomóc, dodać odwagi. I pamiętaj – nie jesteś sama, nie jesteś sam. Są nas miliony. My wiemy, co przeżyliśmy. My wiemy, jaka jest PRAWDA.

    Nie walcz ze sobą. WALCZ O SIEBIE.

    Dodane przez
  • Blog

    PREZENT Z RECYKLINGU czyli ODZYSKIWANIE SIEBIE w praktyce :)

    Magda Adamowska

    Ze szczególną dedykacją dla Maryś – z całego serca Ci DZIEKUJĘ. Ty wiesz za co 🙂
    Wracam do żywych 🙂 🙂 🙂

    Kiedy skończyłam pisać książkę i wyszłam z nią do świata byłam przekonana, że jestem absolutnie oczyszczonym, wyzwolonym, wolnym człowiekiem. Że opisując to wszystko, uwolniłam się raz na zawsze od tego, co w moim życiu najgorsze. Myślałam, że najtrudniejszy etap batalii o siebie mam już za sobą.
    Niedawno zrozumiałam, że napisanie książki – owszem zakończyło w moim życiu wiele spraw, ale jednocześnie otworzyło zupełnie nowe przestrzenie mojej świadomości. Jak w powiedzieniu, że “każda meta jest początkiem nowego wyścigu”, tak i w tym przypadku – kończąc pewien etap, równolegle rozpoczęłam kolejny. Życie pokazało mi, że po czasie odbudowy siebie, przyszedł czas na… konfrontację. Po etapie pracy ze światem wewnętrznym, przyszedł czas zmierzenia się z tym, co na zewnątrz. To była lekcja równie bolesna, co pouczająca.

    Przyznaję się przed Wami i przed samą sobą – bałam się tej konfrontacji cholernie mocno. Żeby jej uniknąć, wlazłam pod kołderkę i siedziałam tam, jak pieprzony tchórz, w nadziei, że niebezpieczeństwo samo sobie pójdzie. Siedziałam i czekałam na cud.
    Aż w końcu życie mi powiedziało – a właściwie zahuczało – “Wstawaj! Leżenie zostaw tym, którzy nie umieją nic więcej!”.

    I poczułam to! Poczułam to tak mocno, jak tylko człowiek może poczuć oddech przeznaczenia. Ogarnęło mnie bezszelestnym, wszechogarniającym dotykiem. I zmiażdżyło swoją nieuchronnością.
    W całym ciele pulsuje mi przekonanie: “Już czas! CZAS na NOWE! Czas wyjść ze swojej skorupki. Czas pożegnać – tak znajomą i bezpieczną, jak zużytą i wyczerpaną – formułkę. Tu gdzie jesteś obecnie już NIC większego Cię nie czeka. Jeśli nie pójdziesz za głosem serca, zgnijesz w bagnie goryczy i niespełnienia. Skurczysz się i staniesz karykaturą samej siebie. Jak stopy chińskich dziewczynek zawijane, by nie urosły. Jak gałązki żywopłotu przycinanego według szablonu, by zadowalać próżność ludzi. Jak dziki kot zamknięty w klatce, wciskany w rolę maskotki, którą nigdy nie będzie.
    NIE! NIGDY więcej nie będę nie-sobą. Nigdy więcej nie będę zasłaniać swojego światła, żeby kogoś nie poraziło. Nigdy nie będę tłumić swojej siły, bo kogoś przygniatają jego słabości. I NIGDY, przenigdy nie będę już milczeć! NIKOMU nie pozwolę zagłuszyć głosu mojej prawdy. Nie będę karmić iluzji. “Wolę zginąć w walce o sobie i o to, co kocham niż gnić w klatce niewierności własnemu sercu.”

    A teraz praktyka, bo wiem, że te wpisy są śledzone przez osoby, które bardzo… niepozytywnie porusza moja postać 😉

    Nazywam się Magda Adamowska. Wychowałam się w rodzinie dysfunkcyjnej. Byłam poddawana przemocy fizycznej i emocjonalnej. Napisałam książkę o tym, jak przeżyłam to, co mnie spotkało, gdy byłam osobą nieletnią oraz jak – według mnie – przemoc, której byłam poddawana, wywarła wpływ na moje późniejsze życie.
    Po udostępnieniu nagrania “Mój największy WSTYD” otrzymałam serię smsów i maili będących – w mojej ocenie – przejawem szantażu emocjonalnego. Otrzymałam także oficjalne pismo, w którym zawarto żądanie usunięcia nagrań oraz treści mówiących o tym, kto i w jaki sposób poddawał mnie-nieletnią przemocy. Zakończono owe pismo pouczeniem, że jeżeli się nie zastosuję do zawartych w nim żądań, zostanie przeciwko mnie wytoczony proces zarówno z powództwa cywilnego jak i karnego.
    Moja oficjalna odpowiedź na to pismo brzmi:
    ZAWSZE I WSZĘDZIE będę sobą i będę mówić swoją prawdę. Będę przytaczać FAKTY z mojego życia w formie i treści, jakie są/będą zgodne z moimi aktualnymi wartościami. Będę publicznie mówić o tym, jak – moim zdaniem – przemoc wpływa/ wpływać może na życie osób tej przemocy poddawanych. Każdą przeszkodę na mojej drodze życia ominę lub przeskoczę. Niech zawsze i wszędzie prowadzi mnie moje serce. Bo tylko ono wie, która z dróg jest najwłaściwsza.

    Dziś kolejny raz dotarło do mnie, że “życie to ciągła walka. Niezależność zyskują w niej ci, którzy nauczą się kochać siebie.”

    Nie walcz ze sobą. WALCZ O SIEBIE.
    I pamiętaj – nie musisz być sama.
    Kobiet, które przeżyły to, co my są miliony.