Blog

Czas PRÓBY Czas ODWAGI Czas PRZEWARTOŚCIOWANIA

magda adamowska wpis blogowy

CZAS PRÓBY, CZAS ODWAGI, CZAS PRZEWARTOŚCIOWANIA

“W każdym z nas drzemie CUD. I ten CUD jest przeznaczony tylko dla jednej osoby. Gdy jesteśmy blisko niej, Wszechświat pomaga spełnić przeznaczenie.”

Kiedy 4 miesiące temu, 3 stycznia – siedząc na plaży nad Pacyfikiem – dziękowałam Bogu za cud życia i prosiłam o dobry, obfitujący w piękne i wartościowe doświadczenia rok 2020 czułam, że będzie on dla mnie wyjątkowy i przełomowy. Ale to, co ów czas przynosi, przekracza wszelkie moje wyobrażenia. Świat, Europa, Polska, a w niej ja – malusieńka chwileczka w bezmiarze wieczności – stanęliśmy w obliczu GIGANTYCZNEGO wyzwania. Przyszedł bowiem czas, w którym zarówno całe społeczeństwa, jak i współtworzące je jednostki muszą dokonać życiowego wyboru. Wyboru pomiędzy lękiem, a miłością. Wyboru pomiędzy wygodnictwem, lenistwem i próżnością, a pracowitością, uważnością i pokorą. Pomiędzy żądzą władzy, a szacunkiem. Pomiędzy chciwością, a współpracą. Pomiędzy żarłocznością, a umiarkowaniem. Pomiędzy ego, a głosem boskiego ducha. Pomiędzy walką, a wybaczeniem. Pomiędzy życiem ślepca, a życiem w świetle świadomości.

Piszę to jako człowiek, który przez lata całe pełzał w błocie nieświadomości. Trwonił swój bezcenny czas życia na uzależnienia, na smutne, raniące, wyniszczające relacje i na bezrefleksyjną gnuśność. Taplał się w bagnie poczucia winy, toksycznego wstydu i paraliżującego strachu przed bólem, jaki towarzyszy każdemu przełomowi. Odrzucał olbrzymie DARY, jakie otrzymał od życia w przekonaniu, że – podobnie jak on – nie są nic warte. Piszę to także, jako człowiek, któremu dane było się przebudzić. Rozwiać mgłę letargu. Wyjść z kotliny fałszu i bezmyślności. Otworzyć oczy, umysł i serce na podążanie drogą miłości i prawdy. Piszę to jako człowiek, który był w tak głębokiej nieświadomości, że niemal oślepł na możliwości i jako człowiek, który odważył się na wyjście z – tak wygodnego, jak toksycznego – bezruchu. I nie, nie powiem Wam, że życie po jasnej stronie MOCy jest łatwe oraz tylko lekkie i przyjemne. Nie jest łatwe, bo wciąż stawia przed nami decyzje proporcjonalnie trudne, do głębokości naszego aktualnego stanu samoświadomości. Nie jest tylko lekkie i przyjemne, m.in. dlatego, że każda decyzja wiąże się z rezygnacją z czegoś. A odczucia towarzyszące rezygnacji, rzadko bywają lekkie i przyjemne. Świadome życie wymaga ogromnej odwagi i nieustannej uważności. Bo człowiek, który decyduje się wyjść – z bezpiecznej, szarej nory – do pełnego światła, wystawia się na ciosy, zranienia i wyzwania. I na doświadczenia, które bywają piekielnie bolesne, trudne i niekiedy powalają go na kolana i łamią mu serce.

Czy zatem warto? Czy warto starać się i pracować na to, by nie tylko wejść, ale i utrzymać się na drodze światła? Czy warto trwać w prawdzie i miłości, skoro ta droga jest tak kręta, mozolna, wymagająca, a momentami wręcz okrutna? Znów – napiszę jako osoba, która mimo odczuwanych: strachu, bólu i innych blokad – postanowiła, że droga świadomości będzie jej jedyną drogą.
Dlaczego? Bo w stanie nieświadomości – choć człowiek unosi się w wygodnym, bezwysiłkowym mentalnie i duchowo bezruchu – jest tylko pustka. Pustka – wbrew powszechnym przekonaniom – nie jest “czarną dziurą”. Czerń jest wyrazista, MOCna, głęboka i surowa. Pustka jest szarością. Jest jak nieprzenikniony, mięsisty kołdun mgły. Osacza człowieka tekturowością smaku, przezroczystością dotyku, głuchością węchu, ślepotą słuchu i tępotą wzroku. Kiedy człowiek tkwi w szarości – jego oczy blakną, usta mrowieją, ramiona sztywnieją, uszy zarastają niechęcią. Kiedy człowiek tkwi w szarości, kurczy się jego umysł i słabnie serce. Im głębiej zapada się w szarość, tym bardziej stępia się jego umiejętność odczuwania. Bo pustka to obojętność, bezruch, niemoc. A mimo to nie chroni przed bólem. Bo życie w pustce to jeden wielki, przewlekły ból. Ból duszy. Ból duszy, która błaga o przebudzenie serca, o otwarcie umysłu, o wyciągnięcie ramion, o podanie dłoni. Duszy, która błaga o łzy oczyszczenia i krzyk wyzwolenia, o akty woli życia.

Jakiś czas temu obejrzałam znakomite przemówienie “Universe has Your back”. Autorka – kobieta zajmująca się rozwojem duchowym – proponowała, by zamiast modlić się/ prosić o coś konkretnego, jak inna praca, więcej pieniędzy czy miłość partnera, raczej prosić o to by, zdarzało się coś, co przyniesie DOBRO ogólne. Coś, będzie dobre, wartościowe i słuszne zarówno dla nas jako jednostek, jak i dla naszych bliskich i środowisk, które współtworzymy. Po kilkukrotnym wysłuchaniu tego przemówienia zaczęłam pytać siebie – co najlepszego dla siebie i dla ogólnego DOBRA mogę zrobić ja – ten malusi, drobny, filigranowy człowiek. Tak kruchy i koronkowy w swojej wrażliwości. Tak skromny i ograniczony w swych fizycznych zasobach. Tak zakręcony w swoim radosnym, wielobarwnym artystycznym życiowym rozgardiaszu. Przecież jestem jedynie małą kropeczką, która potrafi “tylko” pisać, mówić i… dzielić się DARami, jakie otrzymała od życia.

Tak – zaczął się arcytrudny czas. Tak – wchodzimy/ weszliśmy niejako w nową erę dziejów. I tak – będzie bolało. Będzie bolało bez względu na to, czy zostaniecie w szarości i niemocy, czy wyjdziecie do światła i działania. I tak – ból, jaki się pojawi na drodze światła będzie równie intensywny, jak ten, który się odczuwa w szarości. Oberwiecie niezliczone ilości razy. Podobnie jak niezliczone ilości razy spadniecie i będziecie wyć z rozpaczy. A jednak – jako człowiek, który zna te dwa przeciwne stany istnienia – jestem pewna: WARTO iść drogą światła. Warto iść drogą miłości i prawdy. Warto iść drogą świadomości. Tak – różne trudne doświadczenia mogą Ci złamać serce, nie raz, nie pięć i nie sto razy. A jeśli nauczysz się działać mimo blokad i wykorzystywać ból do tego, by na nim rosnąć – będziesz się hartować i stawać coraz MOCniejsza/ MOCniejszy.

Pokażę to – jak to ja: człowieka-praktyka – na własnym przykładzie. Ostatnie miesiące były dla mnie jedną, wielką, życiową lekcją. I była to lekcja tak bolesna, mozolna i okrutna, jak owocna w ultra wartościowe wnioski i wspaniałe zmiany. Lekcję ową otrzymałam, jako skutek podjętej przeze mnie świadomej i dobrowolnej, choć szalenie trudnej decyzji. W listopadzie 2019 roku wysłałam intencję o potężnym ładunku energetycznym, której głównym przesłaniem było: “Proszę o oczyszczenie i usunięcie z mojego życia wszystkiego, co nie jest dla mnie dobre i co blokuje mnie przed podążaniem drogą mojej duszy i wzrostem w optymalnym dla mnie tempie. Jestem gotowa i zgadzam się ponieść wszelkie konsekwencje, będące wynikiem spełnienia owej intencji.” No i się zaczęło…

Już kilka dni po zapisaniu, podpisaniu i wypowiedzeniu tej intencji zaczęła się “czystka”. Po trudnej rozmowie i przykrych dla mnie zarzutach (m.in. o tym, że zmyśliłam historie zawarte w mojej książce), podjęłam decyzję o rezygnacji ze współpracy z klientką, która owe zarzuty wysunęła. Dwa tygodnie później spotkałam się z jedną z moich bliskich znajomych. Od samego początku tego spotkania czułam, że znajoma próbuje bardzo nachalnie i wręcz agresywnie wchodzić poza granice, które jej wyznaczałam. Dodam, że robiłam to bardzo wyraźnie. Jak dokładnie wyglądała sytuacja? Tuż po tym, jak weszłam do jej domu, “zaatakowała” mnie komunikatem, że zrobiła obiad i że “muszę zjeść, bo się na mnie pogniewa jeśli tego nie zrobię.” To stwierdzenie – w moim odczuciu – nosi znamiona szantażu emocjonalnego, więc odpowiedziałam, jak na szantaż, a mianowicie, “że jestem wolnym człowiekiem i to ja decyduję o tym, co i kiedy jem i że nic nie muszę, a jeśli zamierza się “gniewać”, to niech się męczy z konsekwencjami swojej decyzji.” Kobieta zdawała się w ogóle nie słyszeć mojej wypowiedzi i postawiła przede mną talerze pełne jedzenia. Zgodnie z ówczesną potrzebą zjadłam trochę zupy i część drugiego dania, resztę posiłków zostawiając. Wywołało to dużą dezaprobatę owej znajomej, zamanifestowaną głośnym wzdychaniem i wypowiedziami: “Ja tyle czasu gotowałam, a Ty nie chcesz jeść.”/ “Schudłaś strasznie, może Ty chora jesteś, albo depresję masz?”/ “Źle wyglądasz Madziu, to na pewno przez to, ze tak mało jesz.” Pierwszego dnia pobytu u niej, podeszłam do tego zrzędzenia z dystansem. Stwierdziłam, że skoro wiem, jak się czuję i że nie potrzebuję się tłumaczyć z moich decyzji, nie będę odpowiadać na zaczepki. I faktycznie, na chwilę to podziałało – wspólny wieczór minął nam całkiem przyjemnie. Ale – jak to zazwyczaj bywa w przypadku szantażystów emocjonalnych – następnego dnia temat powrócił i to w znacznie bardziej intensywnej formie. Zaczęło się od śniadania, podczas którego znajoma powtórzyła wyżej przytoczone komunikaty. Tym razem odpowiedziałam bardziej stanowczo, że zaczyna mnie irytować jej zachowanie i że jeśli nie skończy tego tematu, to ja skończę nasze spotkanie i wrócę do siebie wcześniej niż planowałam. I znowu: na chwilę odpuściła, ale niespełna 3 godziny później – zupełnie, jakby jej pamięć nie zarejestrowała moich wcześniejszych wypowiedzi – zakomunikowała, że zrobiła obiad i “że muszę zjeść przed podróżą do domu, bo jeśli nie zjem to będę głodna”. I tu moja cierpliwość baaardzo się nadwyrężyła. Stanęłam naprzeciwko niej i spokojnym, ale bardzo stanowczym tonem zwróciłam się do niej: “Popatrz na mnie proszę.” Spojrzała, a ja czułam w niej rozedrganą, wibrującą niepokojem, złością i zniecierpliwieniem energię. Mimo to – nadal stanowczo – powiedziałam: “Teraz nie jestem głodna i nie będę jeść. Co z tym zrobisz, to Twoja sprawa. A na przyszłość: nie próbuj mnie zmuszać do czegokolwiek, bo Ci się to nie uda.” Po tych moich słowach znajoma w milczeniu wyszła z pokoju. Po kilku minutach wróciła… z pełnym talerzem, który postawiła na stole w pokoju, w którym przed chwilą wysłuchała tego, co do niej powiedziałam na temat jedzenia. Spojrzałam na talerz, potem na nią, wzięłam głęboki oddech i tym razem to ja wyszłam z pokoju, bez słowa komentarza. To był ten moment, kiedy już byłam na 100 % pewna, że ta relacja, w tym konkretnym momencie naszych żyć, powinna zostać na jakiś czas zawieszona. Czułam, że moje granice nie tylko nie są szanowane, ale są coraz bardziej naruszane. Uznałam też, że prostolinijny i szczery sposób komunikacji, jaki stosuję, nie dociera i nie dotrze do owej kobiety. Nie dotrze, bo ona przez całe swoje życie była poddawana i posługiwała się różnej maści manipulacjami. Nie dotrze, bo komunikacja wprost, różni się od manipulacji tak, jak język polski od chińskiego. Nie dotrze, bo ja i ona jesteśmy na taaaaak bardzo innych poziomach świadomości, że nie ma możliwości na znalezienie płaszczyzny dla dobrego dla nas obu porozumienia.

NajMOCniejszy etap czystki, przeżyłam w Californii. Abyście mogli zobaczyć tę sytuację w szerszym kontekście – rozrysuję ją Wam z perspektywy kilku miesięcy przed moim wylotem do USA.

Kiedy 23 grudnia 2019 roku wylądowałam w Californii, byłam w trakcie największej transformacji w moim życiu. Już wtedy czułam, że zmieniło się we mnie PRZEOGROMNIE dużo. Przemiana dokonała się zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz mnie. Zmieniło się moje ciało: jego kształt, kondycja, potrzeby, a nawet ekspresja. Wypracowałam idealny dla siebie sposób odżywiania (niemal całkowicie wegański), co pozwoliło mi dotrzeć do mojej obecnej optymalnej formy, z którą czuję się znakomicie. Podjęłam szereg szalenie ważnych decyzji. Ucięłam opisane wcześniej i jeszcze kilka innych niezdrowych dla mnie relacji i kilkadziesiąt obciążających mnie sytuacji. Postanowiłam także, że w ciągu najbliższych kilku lat chcę jak najwięcej czasu spędzać w Polsce, bo moje pasje i moje plany zawodowe są nierozerwalnie związane z Polską, Pol(a)kami i językiem polskim, który kocham całym sercem (w przeciwieństwie do angielskiego, którego nawet nie lubię). Poza tym od wyprowadzki mojego byłego partnera pierwszy raz w życiu – od końca czerwca 2019 roku – mam całe mieszkanie tylko dla siebie. Wcześniej zawsze mieszkałam z kimś, najpierw z rodziną, potem kolejno: na stancji, ze współlokatorką, z mężem, z partnerem. A teraz mam tylko swoją przestrzeń, w której jest dokładnie taka energia, jakiej potrzebuję, by rozwijać się optymalnie dla siebie. Nigdy wcześniej nie było mi w życiu tak PRZECUDOWNIE. Nigdy wcześniej nie czułam się tak doskonale w żadnym domu ani w mieszkaniu. Nawet w bajkowej Californii, gdzie miałam do dyspozycji takie “luksusy” jak basen, jacuzzi, bliskość plaży, super słoneczną pogodę, przecudną przyrodę i prywatnego, seksownego, latynoskiego “szofera”. Nawet tam nie było mi tak wspaniale, jak w mojej magicznej, wypełnionej czarodziejską, artystyczną, pluszowo-świetlistą aurą enklawie energetycznej. Moim małym sanktuarium bliskości z sobą. Moim pierwszym – stworzonym własną energią i rękoma – DOMu.

W grudniu 2019 roku leciałam do USA z radością, bo tęskniłam za Luisem (moim ówczesnym partnerem) i za Californią, jako miejscem, ale była to już zupełnie inna radość niż ta, którą czułam, gdy leciałam tam na wakacje. Gdybym mogła zmienić termin wylotu lub sprzedać bilet to prawdopodobnie zostałabym w Polsce. Dlaczego? Bo wolałam pobyć ze sobą, nacieszyć się swoją wolnością, swobodą i przestrzenią życiową i spędzić czas na tworzeniu treści do moich “szalonych” projektów.

Luis wyczuł zmianę we mnie od razu. I ta zmiana od samego początku była dla niego potężnym wyzwaniem. Podobnie jak dla mnie ogromnym wyzwaniem stał się jego – totalnie inny od mojego – styl życia. Ja kocham równowagę, spokój, naturę, przestrzeń ciszy, refleksji i bliskości z sobą oraz regularną aktywność fizyczną. Rozmowy z innymi ludźmi mają dla mnie sens tylko wówczas, jeśli są głębokie i jeśli mogę się – dzięki nim – czegoś nauczyć i coś ważnego i wartościowego dać drugiemu człowiekowi. Rano potrzebuję czasu tylko dla siebie, żeby świadomie i harmonijnie wejść w aktywności doby. Przygotowuję i jem śniadanie z naturalnych, nieprzetworzonych produktów. Delektuję się kawą z przyprawami korzennymi i mlekiem roślinnym, piszę, rozmawiam z sobą, czytam, słucham wartościowych dla mnie nagrań, czasami tańczę, śpiewam lub idę na spacer. Dopiero taka naładowana pozytywną, jasną energią zaczynam pracę, która polega głównie na tworzeniu treści i konsultacjach z moimi klientkami. Mam bardzo elastyczny i zmienny dobowy układ zajęć i jest mi z tym przeCUDOWNIE. Dzięki temu mogę żyć w harmonii i zgodzie ze swoimi potrzebami. Tworzę, organizuję, spotykam się z ludźmi, spaceruję, czytam, słucham nagrań, jem, śpię, ruszam się, sprzątam, odpisuję na wiadomości etc. kiedy chcę i potrzebuję, a nie w sztywnych, narzuconych “z góry” godzinach. Oczywiście, że jest sporo sytuacji, kiedy – żeby zrealizować to, co zamierzyłam – niejako muszę się dopasować do sztywnych, systemowych godzin, ale to są w moim życiu wyjątki od reguły, a nie reguła.
Luis zaczyna dzień od włączenia komputera i sprawdzania maili firmowych. Kawę pije w trakcie odpisywania na wiadomości. Pracuje w standardowych godzinach od 9 do 17. Rzadko w ciągu tych 8 godzin ma czas na przerwę, więc często jego jedynym dziennym posiłkiem jest shake białkowy z masłem orzechowym i tostami z białego pieczywa. Po pracy jedzie na siłownię, wraca, zjada duży posiłek, bierze prysznic i… zasiada przed telewizorem z przekąskami typu chipsy, krakersy, ciastka i sztuczne napoje gazowane. I tak do 1-2 w nocy kiedy zasypia, często przy włączonym ekranie olbrzymiego telewizora. To jest jego sposób na “odreagowanie” napięcia, jakie generuje praca i obowiązki z nią związane.

Na czas moich pierwszych pobytów u niego MOCno zmieniał schemat 2 części doby. Często wczesnym wieczorem wychodziliśmy na spacery i/lub do różnych ciekawych miejsc. Dużo rozmawialiśmy i eksplorowaliśmy miasto. W piątki chodziliśmy tańczyć. W soboty najczęściej zabierał mnie na przecudne wycieczki w ultra czarodziejskie miejsca. Niektóre niedziele spędzaliśmy z jego rodziną lub przyjaciółmi. I dopóki to wszystko było dla mnie nowe… było też ciekawe. Poznawałam totalnie inny od mojego świat: zupełnie odmienne style życia, poglądy, zachowania, smaki, sposoby budowania relacji etc. Ale kiedy aura nowości i jakiegoś rodzaju fascynacji opadła… dostrzegłam i odczułam trudne strony mojej latynosko-amerykańskiej “przygody”. Zobaczyłam też (bardzo) ciemne strony kultury amerykańskiej. Tony marnotrawionego jedzenia. Tony niesegregowanych śmieci. Hektolitry wypijanego alkoholu, sztucznych napojów oraz niezliczone ilości pochłanianych fast foodów. Puste, ogłupiające rozrywki typu rolercostery i wielogodzinne oglądanie teledysków. Ale tym, co mnie w USA poraziło zdecydowanie najMOCniej jest ignorancja (a niekiedy wręcz tępota) oraz powierzchowność relacji. Rozmowy z przeciętnym vel statystycznym Amerykaninem można porównać do jedzenia tektury polanej ketchupem. Niby czujesz jakiś smak i jakąś strukturę, ale ani Cię to nie karmi, ani Ci nie smakuje, ani nawet nie wiesz, jak zdefiniować to zjawisko. Po pierwszych 3 minutach Twój umysł zaczyna się zastanawiać czy faktycznie słyszysz to, co słyszysz. Po kolejnych 3, jak to możliwe, że rozmawiasz o takich bzdurach. A po następnych 3 szukasz wzrokiem jakiegoś spokojnego miejsca, by móc się otrząsnąć z osadu paplaniny, jaką Cię zaatakowano totalnie znienacka. Bo Amerykanie tak właśnie “atakują” potencjalnych rozmówców – są bardzo bezpośredni, a często wręcz nachalni. Mówią strasznie dużo i szybko. Niestety z umiejętnością słuchania ze szczerym zaangażowaniem jest u nich bardzo, bardzo kiepsko. Nie – nie wszyscy Amerykanie, których poznałam to powierzchowni ignoranci. Spotkałam też tych wspaniałych, inteligentnych, wrażliwych i świadomych, ale stanowią oni zdecydowaną mniejszość. I – co ciekawe – większość z tych świadomych to przedstawiciele mniejszości narodowych czyli Latynosi, Mulaci i Muzułmanie.

Kiedy te wszystkie świadomości się we mnie poosadzały, zaczęłam o tym rozmawiać z Luisem. “Przerozmawialiśmy” kilkadziesiąt godzin. (Swoją drogą mój angielski – choć go nie lubię – okazał się znacznie lepszy niż sądziłam ;). Pytałam jak on postrzega kulturę amerykańską i wyżej opisane zachowania. Pytałam o jego najważniejsze wartości. O to, jaki styl życia jest jego wymarzonym i na ile to, jak teraz żyje, jest zgodne z jego pragnieniami. Pytałam, jak postrzega naszą relację, jakie są jego obecne potrzeby w tym obszarze i jak się czuje z tym, że mieszkamy na innych kontynentach i widujemy się kilkanaście tygodni w roku.
Mówił, ja słuchałam i z każdym jego zdaniem wchodziłam MOCniej w niesłychanie dziwny stan, w którym równolegle wibrowało we mnie mnóstwo różnych odczuć i emocji. Czułam smutek, żal i jakiś rodzaj rozpaczy, bo byłam już pewna, że coś ogromnie ważnego w nas… umarło. Czułam złość, zawód i rozczarowanie sobą i nim, że przegapiliśmy moment, kiedy w naszych międzykontynetalnych codziennościach, staliśmy się dla siebie bardziej literkami w Messengerze i awatarami z wideo rozmów, niż żywymi, czującymi i potrzebującymi fizycznej, emocjonalnej i seksualnej bliskości ludźmi. Czułam naszą niemoc w obliczu nieuchronności zakończenia tego związku. I wstyd, że ja – świadoma, przytomna i tak cholernie doświadczona w relacjach damsko-męskich “kobita” – nie zdołałam tego przewidzieć. A właściwie nie chciałam widzieć tej sytuacji z szerszej, niż “sercowa” perspektywy. Równocześnie – w najgłębszej warstwie intuicji – subtelnie, acz bardzo wyraźnie – pulsowały mi: SPOKÓJ, AKCEPTACJA, MIŁOŚĆ I WDZIĘCZNOŚĆ. Spokój osadzony na moim nienaruszalnym poczuciu własnej wartości i pewności, że życie mnie kocha nawet – a może zwłaszcza – kiedy jakaś ważna część mojego świata zapada się pod ziemię. Akceptację wyrastającą na pokorze wobec życia i wobec jego – przewyższającej moje ludzkie, wąskie postrzeganie – MĄDROŚCI. Miłość – bezwarunkową, serdeczną i czułą do siebie i do Luisa, jako istot ludzkich, do ukochanych dzieci Wszechświata. Miłość, którą najpierw nauczyłam się czerpać ze Źródła i dawać sobie, a potem obdarzać nią inne istoty. Wdzięczność za DAR życia i nieograniczone możliwości doświadczania, jakie otrzymuję każdego dnia.
A kiedy – po tych wielogodzinnych rozmowach – dotarliśmy do momentu, gdy oboje poczuliśmy, że najlepszym rozwiązaniem tej sytuacji będzie powrót z etapu związku damsko-męskiego do etapu przyjaźni międzyludzkiej, przyszła ULGA. I znowu WDZIĘCZNOŚĆ, za to, czego dane nam było doświadczyć, dzięki temu, że się spotkaliśmy i pokochaliśmy.

Czy żałuję czasu, energii i pieniędzy, które zainwestowałam w Californię? Ani sekundy, grama i grosza!!! Nie żałuję żadnego doświadczenia, jakie dane mi było przeżyć. Nawet tego głuchego, tępego bólu rozdzierającego serce, kiedy dotarło do mnie, że – dla dobra mojej duszy– muszę odpuścić związek z mężczyzną, którego pokochałam całą sobą. Nie żałuję żadnej z tysięcy łez, które wypłakałam, godząc się z tą stratą. Nie żałuję ani minuty spędzonej w mojej ukochanej Californii, chociaż wiem, że angażując czas, energię i pieniądze tam, opóźniłam realizację moich marzeń zawodowych w Polsce o kolejny rok. Wiecie dlaczego nie żałuję? Bo bez tych doświadczeń nie dowiedziałabym się tego wszystkiego, co wiem teraz. Nie przeżyłabym jednej z NAJWSPANIALSZYCH przygód w życiu. Nie dotknęłabym tych wszystkich CUDów. I byłabym uboższa o te wszystkie przemagiczne momenty, doświadczenia i świadomości.

Wszystkie te doświadczenia najpierw sciachały mnie z określonej partii głupich schemaciorów, iluzji i życiowej ślepoty. A potem oszlifowały moją pokorę, poczucie akceptacji i wdzięczności za możliwość doświadczania CUDu, jakim jest życie. Dzięki tym wszystkim doświadczeniom utwierdziłam się w przekonaniu, że jedyną stałą w życiu, jedynym fundamentem, na jakim warto budować swoje życie jest kontakt z sobą i swoją wewnętrzną MOCą i z MOCą Źródła. “Tylko ja mogę pokochać siebie na zawsze, na pewno, na dobre i złe. Tylko ja mogę sobie dać gwarancję nieodrzucenia i dozgonnej wierności. Tylko w sobie znajdę pełnię zrozumienia i akceptacji. I poczucie, że cały świat może być przeciwko mnie, a ja i tak siebie nie opuszczę. I będę dla siebie wsparciem, poczuciem bezpieczeństwa i niewyczerpanym źródłem miłości. I tylko ja mogę zbudować/ odbudować siebie. Odkryć to, Kim jestem w najgłębszej warstwie duszy i pozwolić temu Komuś po prostu BYĆ.” Napisałam ten tekst 4 lata temu, w ostatnim rozdziale “Schematrixa”, a mimo upływu czasu nadal uważam, że jest idealną definicją bliskości z sobą.

Opowiadam Wam to wszystko w kontekście obecnego trudnego momentu w dziejach świata, żeby Wam pokazać, że trudne, bolesne, niekiedy wręcz raniące do krwi sytuacje, pojawiają się w naszym życiu, byśmy mogli na nich urosnąć. Byśmy mogli się oczyścić ze wszystkiego, co przestało być dla nas dobre i co hamuje nasz wzrost. I że WARTO (Boże! Jak BARDZO WARTO!!!) zmierzyć się z bólem, który jest nieodzownym towarzyszem każdej zmiany. Bo zmiana zawsze wiąże się z rezygnacją z czegoś. Im bardziej coś nam drogie i bliskie, tym ból towarzyszący rezygnacji z tego czegoś będzie większy. A mimo to – na bazie wszystkich moich szalonych, wielobarwnych i jakże różnorakich doświadczeń – mówię Wam: WARTO. WARTO wyjść z szarej nory bezruchu i niemocy. WARTO podejmować ryzyko wejścia w nieznane. WARTO testować i szukać tej najwłaściwszej dla siebie ścieżki. Podobnie, jak WARTO iść za głosem intuicji. I WARTO odpuszczać to, co czujemy w głębi siebie, że już nie ma szans rozwoju, ani nawet przetrwania w takiej formie, która nie szkodzi. Dlaczego? Bo tylko tak można dotknąć cudu życia. Tylko mierząc się ze swoimi lękami, blokadami oraz ograniczeniami i każdego dnia próbując wyjść choć kroczek poza nie, dajemy sobie szansę na życie piękne, barwne, soczyste, pełne i takie, którego obfitość, wspaniałość i piękno czuje się całą swoją istotą.

I kiedy zastanawiałam się nad tym, co najlepszego – każda/ każdy z nas może zrobić dla siebie i dla świata w tym szalonym, trudnym, pełnym niewiadomych czasie… kolejny raz dotarłam do tej samej “zasady”, która pomogła mi wyjść z bulimii, napisać i wydać książkę, zrealizować moje californijskie marzenie i dokonać wszystkich innych rzeczy, które nadają mojemu życiu cudowny, niepowtarzalny smak i poczucie najgłębszego SENSU istnienia. (Moim zdaniem jest to jedna z najważniejszych prawd, jakie może odkryć człowiek.) Najlepsze, co każdy z nas może zrobić dla świata to… pokochać siebie. Nauczyć się akceptacji, szacunku i bliskości z (o)sobą, którą się jest. Miłość do siebie to fundament, który – kiedy zostanie zbudowany solidnie i rzetelnie – nic i nikt nie będzie go w stanie naruszyć.

Miłość do siebie, to – obok wolności i czułości – moja najwyższa życiowa wartość. Dlatego pod intencją, aby odeszło z mojej życiowej przestrzeni wszystko, co już mi nie służy i nie jest dla mnie dobre, kryła się inna. Jaka? “Proszę, aby w moim życiu pojawiło się optymalnie dużo miejsca na najczystszą, bezwarunkową miłość – miłość do siebie i do życia ze wszystkimi jego przejawami.” Gdy jesteśmy otoczeni (a niekiedy wręcz osaczeni) energiami, które nas obciążają, nie mamy siły, czasu i motywacji, by rozwijać siebie w optymalny dla nas sposób. Często też brakuje nam zasobów materialnych i mentalnych na swój rozwój, bo poświęcamy je dla innych ludzi. I nie – nie twierdzę, że dla każdego z Was jedyną słuszną drogą będzie zupełne odcięcie się od ludzi, przy których czujecie, że więcej tracicie, niż zyskujecie. Ja tak robię, bo czuję, wiem i wielokrotnie sprawdziłam, że dla mnie to jest najlepszy sposób, by móc wzrastać po swojemu i w swoim naturalnym tempie. Z perspektywy osoby, która w ciągu ostatnich kilku lat ucięła większość szkodliwych dla siebie relacji widzę, jak ogromnie dużo mojej świetlistej, kreatywnej, radosnej energii traciłam w tych relacjach. Z każdym definitywnym odcięciem tego, co czułam, że mnie osłabia – zaczęłam coraz wyraźniej dostrzegać, jak bardzo marnotrawiłam moje talenty, umiejętności, wiedzę i możliwości. Zarówno w relacjach z mężczyznami, którzy – mniej lub bardziej świadomie – robili sobie ze mnie trofeum/ amortyzator na swoje kompleksy/ zastępczą mamę/ pluszaka, który zbierał ich lęki/ lustro, które pokazywało tylko ich piękne strony. Jak i z kobietami-pijawkami, które wysysały ze mnie światło i jeszcze próbowały mi wmówić, że to dla mojego dobra.
Wiecie kiedy zaczęłam się coraz MOCniej odważać na te cięcia? (Zaznaczam, że to był długi, mozolny i bardzo złożony proces. Nie zrobiłam wszystkich cięć od razu!) Gdy – po kilku latach ultra intensywnej, codziennej i wielogodzinnej  pracy nad pogłębianiem samoświadomości – w końcu dotarłam do momentu tak czułej, serdecznej i MOCnej bliskości z sobą, że przestałam się bać konsekwencji… kochania siebie najMOCniej na świecie. Przestałam się bać konsekwencji odrzucenia ze strony innych ludzi, bo nauczyłam się być dla siebie najlepszą, najukochańszą, najczulszą przyjaciółką, nauczycielką, przewodniczką i wewnętrzną mamą. I dawać sobie miłość, czułość, akceptację oraz obecność i uważność, które są podstawą zdrowej, budującej relacji z sobą. Relacji, która – budowana regularnie, wytrwale i solidnie – będzie nienaruszalnym i niezniszczalnym fundamentem zdrowego, szczęśliwego, spełnionego życia.

Piszę Wam to wszystko, bo czuję całą sobą, że rozpoczynająca się epoka – ze swoim ultra intensywnym klimatem przełomu, transformacji i przewartościowania – uśmiecha się do nas słońcem możliwości i unosi nas wiatrem wyzwania. Czuję całą sobą, że jest to czas próby, odwagi i aktualizacji przekonań. Czuję całą sobą, że jest to czas, kiedy wielu z nas będzie mogło dokonać pięknych wyjść poza strefę komfortu  i – dzięki temu – wznieść się na kolejne poziomy samoświadomości. I tylko od nas zależy czy dostrzeżemy możliwości, jakie niesie ze sobą ów etap dziejów. Tylko od nas zależy czy utkniemy w szarej norze lęków, blokad i niemocy, czy odważymy się złapać ten – sprzyjający wzrostowi – wiatr. I czy w asyście jego rozłożystych ramion – odważymy się wystartować do słonecznej drogi naszych potencjałów.

Jeśli podczas czytania powyższego akapitu przyszła Ci do głowy myśl typu: “piękne teorie, ale jak to przełożyć na praktykę?”, to gratuluję! Otwierasz się na szukanie rozwiązań. 🙂 A zatem, jak to przełożyć na praktykę i od czego zacząć? Od siebie. Zawsze od siebie. Zbudować siebie tak, by być pięknym, świetlistym, MOCnym ośrodkiem energetycznym. By nauczyć się, jak generować/ aktywować w sobie i zachowywać na zdrowym dla siebie poziomie – swoją życiową energię. A ponad wszystko – jak być BLISKO SIEBIE.

Jeśli czujesz, że chciałabyś nauczyć się budowania kontaktu z sobą (bądź przepracować inną ważną dla Ciebie kwestię) i czujesz, że chcesz to zrobić przy mojej pomocy, podczas spotkań indywidualnych – w linku znajdziesz informacje na temat tej formy pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

Przygotowuję także warsztaty online dla osób, które wolą pracę w grupie. Jeśli sprawy pójdą zgodnie z moim zamysłem, w drugiej połowie maja udostępnię szczegółowe informacje, a warsztaty ruszą mniej więcej w połowie czerwca. Będę Was informować na bieżąco na fanpage’u: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147

Tu możesz przeczytać o tym, jak kobiety oceniają pracę ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

Nagranie z tego linku: https://www.youtube.com/watch?v=6Gj82JMz1q8
może być dla Ciebie zarówno ciekawym doświadczeniem, jak i testem tego, jak się czujesz podczas nawiązywania kontaktu wzrokowego, który jest jednym z najpotężniejszych narzędzi budowania relacji z sobą. Zachęcam Cię z całego serducha do obejrzenia tego nagrania i podzielenia się swoimi odczuciami/ wnioskami/ refleksjami o tym, jak odczułaś ów kontakt wzrokowy i czy odważyłaś się zrobić to ćwiczenie przed lustrem.

Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

https://magdaadamowska.pl/category/blog/

https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.

Zobacz również

Podziel się swoją opinią :)