Fragmenty pisane

Ta książka jest WAŻNA i POTRZEBNA. Ona ma krzyczeć głosem tych, którym głos odebrano. Ma płakać łzami milionów dzieci poddawanych przemocy. Ma piec wstydem milionów uzależnionych kobiet i mężczyzn, potępianych i zawstydzanych przez “normalne” społeczeństwo. I ma ich wszystkich przytulić z całą czułością, jaka się zawiera w słowie ROZUMIEM.

Człowieku, który sięgnąłeś po tę książkę…

Zanim przewrócisz jej kolejne strony, zanim zdecydujesz się wejść głębiej w mój świat, zanim ocenisz mnie lub którąkolwiek z przywołanych tu postaci, proszę Cię z całego serca – przeczytaj ten fragment z największą uwagą, jaką umiesz wygenerować.

Nazywam się Magda Adamowska. W chwili pisania tego fragmentu mam niespełna 33 lata. Jestem osobą, która chorowała na anoreksję i bulimię (łącznie prawie 19 lat). Nałogowo prokrastynowałam. Miewałam okresy obsesyjnego skupiania się na mężczyznach, z którymi tworzyłam związki oraz kompulsywnego wydawania pieniędzy. Bywałam sadystką, masochistką i manipulatorką. Przez kilkanaście lat zupełnie nie umiałam panować nad własnym popędem seksualnym.

Tak – można uznać, że byłam życiowym wykolejeńcem. Degeneratem vel “ludzkim gównem” – jak uroczo określają adrestatów swoich opinii hejterzy. Tak – jestem pewna, że część społeczeństwa będzie mnie w taki sposób postrzegać zawsze. I tak – mimo że mam tego pełną świadomość, postanowiłam wydać tę książkę. Wydanie jej jest dla mnie ogromnym przeżyciem, ponieważ definitywnie zamyka w moim życiu etap ukrywania przed światem tego, kim naprawdę jestem.

Uciekałam od prawdziwej siebie niemal całe moje życie. Udawałam kogoś, kim nawet nie lubiłam być, żeby zyskać iluzję aprobaty innych ludzi. Rozpaczliwie walczyłam choćby o garstkę akceptacji rodziny, potem nauczycieli, rówieśników i reszty mojego otoczenia. Sprzedawałam siebie i swoje marzenia za możliwość przynależności do gównianego świata, w którym bogiem jest norma społeczna. Nigdy więcej tego nie zrobię. Wolę zginąć w walce o siebie i o to, co kocham, niż gnić w klatce niewierności własnemu sercu.

Ta książka prawdopodobnie będzie najdziwniejszą i najbardziej szokującą lekturą, z jaką miałeś dotąd do czynienia. Przeczytasz tu o tym, w jaki sposób doświadczyłam, odczułam i jak obecnie postrzegam moje dzieciństwo, młodość oraz liczne i wieloletnie uzależnienia. Przeczytasz, przez co przeszłam i w jaki sposób pracowałam, by stać się Zdrową Szczęśliwą Kobietą, za jaką się uważam.

Przywołane tu sytuacje mogą wywołać w Tobie skrajne stany emocjonalne. Od zaciekawienia, wzruszenia, wstrząsu, przez niezrozumienie, oburzenie, wstręt, pogardę, po – w co głęboko wierzę – inspirację. Obnażam przed Tobą tę część wiedzy o moim życiu, mimo że jestem pewna, iż dla wielu osób stanę się po wydaniu tej książki potępiona do końca ich życia. Godzę się na te trudności, bo chcę pozostać w zgodzie ze sobą. I pokazać Ci tak dokładnie, jak umiem, wszystkie aspekty moich uzależnień, jakie odkryłam i zrozumiałam. Wszystkie. Nie tylko wybrane, z którymi będzie wygodnie mi albo członkom mojej rodziny. Wiem, to zabrzmi dziwnie, niemniej – nie jest dla mnie ważne, co sobie pomyślisz o mnie jako człowieku. Bo ja wiem, kim jestem i dlaczego to robię. Nie zmienią tego żadne – nawet najgorsze – opinie na mój temat. Ważne jest, co – po przeczytaniu tej książki – zostanie w Twoim sercu.

Kiedy zaczynałam ją pisać, miałam poczucie, że będzie potrzebna głównie kobietom i to do nich się w niej zwracam. Jednak w trakcie tworzenia kolejnych rozdziałów, osiadało we mnie coraz głębiej przekonanie, że każdy, kto odważy się ją przeczytać, będzie mógł – w przywołanych tutaj historiach – odnaleźć jakąś cząstkę siebie.

Fakty z życia rodzinnego, jakie tu przytaczam, mogą być dla Ciebie szokujące. Niemniej pragnę bardzo wyraźnie podkreślić, że analiza, jakiej tu dokonałam, jest wynikiem moich subiektywnych odczuć i przekonań. Dokonałam jej na konkretnym poziomie samoświadomości – z perspektywy 32-letniej, wolnej od przymusu tłumienia emocji oraz od uzależnień kobiety. Przytaczane przeze mnie fakty z życia mojej rodziny interpretuję w sposób subiektywny. Z całego serca PROSZĘ Cię o niepiętnowanie i nienaruszanie przestrzeni prywatnej przywołanych w tej książce członków mojej rodziny. To ja decyduję się na bycie osobą publiczną i tym samym przyjmuję na siebie całą odpowiedzialność za każde napisane tutaj zdanie. Oczywiście przedstawione w konkretnym kontekście, a nie z niego wyrwane. Zdecydowałam się ujawnić wszystkie opisane tutaj fakty – również te z życia mojej rodziny – ponieważ jestem przekonana, że świadomość i zrozumienie przyczyn uzależnienia jest podstawą i warunkiem koniecznym do całkowitego wyzdrowienia. A ja przyczyn moich uzależnień upatruję w wydarzeniach z okresu, gdy byłam osobą nieletnią.

Pragnę jednak zwrócić Twoją uwagę na to, iż w książce, którą trzymasz w ręku, opisuję jedynie negatywne aspekty życia mojej rodziny, co nie znaczy, że tylko takich doświadczyłam. Potrzebowałam tego swoistego rozliczenia ze swoją przeszłością po to, by wyzdrowieć. By móc – jako w pełni wolna od przymusu tłumienia emocji oraz uzależnień kobieta – budować swoją szczęśliwą teraźniejszość i przyszłość. Chcę także podkreślić, iż dokonana w tej książce ocena zachowań członków mojej rodziny jest jedynie moją opinią na ich temat. A opinie mają to do siebie, że są subiektywne i można się z nimi nie zgadzać. To, iż w mojej ocenie energia opisanych tutaj postaci nie współgra z moją nie znaczy, że są to źli ludzie. Absolutnie tak nie twierdzę! Ja nie kocham swoich rodziców, co nie znaczy, że Ciebie zachęcam do takiej postawy. Nie. To, że człowiek jest – w ocenie własnego dziecka – kiepskim rodzicem, bynajmniej nie oznacza, że jest zły w ogóle. Oznacza tylko, że jedna osoba uważa go za kiepskiego rodzica. Ktoś inny natomiast może uważać go za dobrego przyjaciela, wspaniałego towarzysza życia czy świetnego fachowca.

Zanim przejdziesz to treści właściwej tej książki – chcę Cię prosić o coś jeszcze. Otwórz umysł i serce na to, co odmienne od Twojej prawdy. “Świat jest tylko wyobrażeniem”. Wyłącznie od Ciebie zależy, co zechcesz zrobić z – przedstawioną na kartach tej książki – moją prawdą. Jeśli masz odwagę jej dotknąć – zapraszam Cię do mojego, bardzo niestandardowego świata.

Magda Zdrowa Szczęśliwa Adamowska 🙂

Szara eminencja – czym jest Schematrix?

Proces zdrowienia z bulimii przebiegał u mnie stopniowo. Kolejno odkrywałam coraz to głębsze warstwy świadomości siebie. Im głębiej wchodziłam we własną świadomość, tym łatwiejsze do zrozumienia stawały się dla mnie mechanizmy mojego uzależnienia. W pewnym momencie uzmysłowiłam sobie, że przymus zażerania był tylko jednym z wielu przymusów, jakie odczuwałam. Podczas procesu zdrowienia dostrzegłam, poznałam i zrozumiałam cały rozbudowany i skomplikowany mechanizm, jaki rządził moim życiem. Jeden po drugim odkrywałam schematy przekonań, postaw i zachowań, jakie – zupełnie nieświadomie, a przez to mechanicznie – realizowałam. Mechanizm ten, łączący różnego rodzaju wzorce, będący w gruncie rzeczy jednym wielkim schematem sposobu postrzegania siebie jako jednostki oraz postrzegania świata – nazwałam Schematrixem.

Pozwól, że opiszę go przy pomocy metafory. Wyobraź sobie pomieszczenie. Wszystkie jego płaszczyzny: sufit, ściany i podłoga pokryte są niesłychanie grubą warstwą pajęczyny. Pajęczyna niczym wata cukrowa ciągnie się i oblepia niemal całą salę. Tuż przy lewym dolnym rogu sali znajduje się niewielkie okno. Jego widoczność mocno ogranicza pajęczynowy kołtun. Szyba okna jest jednak nieskazitelnie czysta. Odbijają się w niej delikatne, złote promyki słońca. Za oknem rozpościera się przepiękny widok. Barwy, jakimi się mieni są odurzająco soczyste. Jedwabisty błękit nieba, muskany śnieżnobiałymi obłokami. Szeleszcząca zieleń traw i liści. Mamroczące róże, fiolety i żółcienie kwiatów. W samym centrum tego krajobrazu pulsuje krwistoczerwone źródło. Jego widok zachwyca i hipnotyzuje. W samym środku sali stoi lustro, a naprzeciwko niego – Ty. Na pierwszy rzut oka, lustro wydaje się zwyczajne – jest oprawione w ramę i widzisz w nim swoją postać. Lustro ma jednak pewną niezwykłą właściwość. Sprawia, że patrząc w nie, nie jesteś w stanie dojrzeć nic poza tym, co Ci pokazuje. Nie dostrzegasz ani przepięknego widoku za krystalicznie czystą szybą, ani nawet gigantycznej pajęczyny, która spowija niemal całe pomieszczenie. Wpatrujesz się w jego taflę, jakbyś była w transie. I bezkrytycznie przyjmujesz wszystko, co w nim dostrzegasz. A ono majaczy swoje kłamliwe opowieści. Swoje ociekające fałszem projekcje o tym, kim i jaka jesteś. Tafla tego lustra składa się z niewyobrażalnej ilości najróżniejszych doświadczeń, emocji i przekonań, jakie nosiły w sobie osoby, które to lustro stworzyły. I pozostaje trwale zniekształcona. Nie odbija więc Twojego prawdziwego obrazu. Odbija jedynie wyobrażenia na temat tego, jaka miałabyś być, aby móc realizować cudze niezaspokojone potrzeby.

Moje życie w Schematrixie polegało na wpatrywaniu się w takie lustro. Życie poza nim, to życie poza klatką jakiegokolwiek przymusu. To doświadczanie świata zza szyby. I bycie centrum tego świata. Świata, w którym otaczają mnie miliony najróżniejszych luster, a ja zdrowa, wolna i samoświadoma w każdym z nich odkrywam zagubioną cząstkę siebie. Ponieważ sama dla siebie stałam się punktem odniesienia, lustra nie mają już nade mną władzy. Teraz w pełni autonomicznie i w nieskrępowany sposób odkrywam, co – z obrazu jaki mi pokazuje każde z nich – jest prawdą o mnie.

Dzięki uwolnieniu się ze Schematrixa jestem wolna od przymusu bycia kimś, kim inni ludzie chcieliby, bym była. Wolna od Schematrixa jestem taka, jak chcę i potrzebuję być, by czuć się Zdrową Szczęśliwą Kobietą.

Zgniłe owoce Schematrixa

Przyszło mi do głowy, że życie naszej rodziny mogłoby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby moi rodzice – zanim zdecydowali się tę rodzinę założyć – uwolnili się ze swoich Schematrixów. Schematrixów, które ich i mnie pozbawiły szczęśliwego dzieciństwa.

Czy my – kobiety inaczej postrzegałybyśmy siebie, gdyby nam mówiono, że jesteśmy piękne i mamy cudowne, warte miłości ciała? Czy mężczyźni inaczej postrzegaliby kobiecość, gdyby jako dzieci zamiast emocjonalnych zamrażarek mieli obok siebie serdeczną, opiekuńczą mamę oraz okazującego im czułość i szacunek tatę? Czy kobiety-matki byłyby bardziej czułe i wyrozumiałe dla siebie i swoich dzieci, gdyby ich mężowie wspierali je i zapewniali im poczucie bezpieczeństwa? Czy, gdybyśmy, jako dzieci nauczyli się, że będąc sobą jesteśmy kochani i akceptowani przez rodziców, teraz umielibyśmy kochać siebie miłością bezwarunkową?

Jeśli codziennie przez wiele lat słyszysz, że twardy, płaski przedmiot, na którym dostajesz posiłek nazywany jest talerzem, to czy będziesz umiała nagle, tak po prostu, zacząć go określać mianem drzewa? Albo zwierzę, o którym setki razy mówiono przy Tobie, że jest grubą i śmierdzącą świnią, będziesz umiała postrzegać jak małe, puchate kociątko? Uczymy się nadawać konkretne znaczenie konkretnym słowom. I ta zależność: konkretnego słowa i przyporządkowanego mu konkretnego znaczenia zapisuje się w naszej podświadomości. Tak, jak nauczono nas w konkretny sposób postrzegać przedmioty, zwierzęta czy zjawiska przyrodnicze, tak też nauczono nas w konkretny sposób postrzegać własne ciała i siebie, jako osoby.

Z tego, co jako dziecko przeżyłam i odczuwałam w relacjach z dorosłymi, moja podświadomość zbudowała mój obraz siebie. Siebie – grubej, brzydkiej i bez wartości. Moją najważniejszą funkcją życiową było spełnianie oczekiwań osób, od których byłam zależna. Gdy zawodziłam (a miałam poczucie, że zawodziłam nieustannie), doświadczałam kar różnego rodzaju. Byłam bita, krytykowana, upokarzana i wyśmiewana przez dorosłych. I odczuwałam ogromne poczucie winy.

Czułam się uwięziona we własnym ciele. Było tłuste i wstrętne. I matka robiła z nim, co chciała. Nie miałam nad nim żadnej kontroli. Życie w nim było dla mnie udręką. Tym większą, że jedyny sposób na ukojenie bólu, jaki znałam – jedzenie – był jednocześnie powodem mojej nadwagi. Nadwagi, która wywoływała krytycyzm rodziców, powodujący we mnie napięcie, które zajadałam.

Tak oto kreślił się zaklęty krąg mojego uzależnienia. (…) Uzależnienie od czynności jedzenia nie pojawiło się u mnie w wieku nastoletnim. Ono ma swoje źródło we wczesnym dzieciństwie. Już wtedy – mając kilka lat – traktowałam czynność jedzenia jak środek kojący napięcie emocjonalne. Jako dorosła-uzależniona jedynie utrwalałam schematy zachowań związanych z jedzeniem, które jako dziecko nauczyłam się stosować. Jedzenie było dla mnie środkiem regulującym napięcie emocjonalne. W niektóre stany, jak: chwilowa ulga, euforia, poczucie bezpieczeństwa – pomagało mi się wprowadzić. Inne, jak: poczucie zagrożenia czy poczucie winy – pomagało mi stłumić. Nie uzależniłam się więc od jedzenia, jako substancji, tylko od stanów emocjonalnych, jakie czynność jedzenia pomagała mi wywołać.

Sposób na faceta – moje manipulacje seksualnością

Seks traktowałam podobnie jak swoje ciało – instrumentalnie. Gdy byłam nastolatką i studentką nigdy nie odważyłam się na wypowiedzenie wprost, że mam ochotę na seks z danym mężczyzną. Hamowały mnie zarówno strach przed odrzuceniem, wstyd jak i poczucie winy. Karciłam się w myślach za każdym razem, gdy odczuwałam podniecenie. Myślałam o sobie jak o bezbożnicy, grzesznicy, zdzirze, szmacie. Dudniły mi w głowie przekonania, że kobiecie nie tylko nie wypada proponować mężczyźnie seksu, ale że samo myślenie o seksie jest grzechem. Jednak popęd seksualny, jaki mną targał, bywał silniejszy niż hamulce moralne. Zdarzały się momenty, że nie byłam w stanie nad nim zapanować. Jak sobie z tym radziła moja podświadomość? Wysyłała mężczyznom podprogowe przekazy, że jestem na seks otwarta. Całe moje ciało – jego gesty, mimika, a nawet zapach – wysyłało sygnał: chcę. Byłam chodzącą feromonową bombą. Przypadki, kiedy mężczyzna będący adresatem tych zalotów nie reagował na nie zaproszeniem mnie na randkę, były sporadyczne.

Niektóre moje relacje z mężczyznami do złudzenia przypominały te przedstawione w filmie “Lolita” z 1997 roku, na podstawie powieści Nabokowa. Byłam wzorcowym przypadkiem nimfetki. Seksem chciałam “kupić” uwagę i akceptację mężczyzn, a także uzależnić ich od siebie tak, by mnie nie odrzucili, nie zostawili, jak kiedyś ojciec.

Mając poczucie, że mężczyźni to lubią, starałam się być jak najbardziej bezproblemową: zawsze chętną i gotową na współżycie kochanką. Godziłam się, a niekiedy wręcz prowokowałam ostry seks bez gry wstępnej. Wszystko, byle tylko zadowolić mężczyznę, a dzięki temu zyskać poczucie, że jestem atrakcyjniejszą od innych samicą. Czułam przymus bycia lepszą od innych kobiet między innymi dlatego, że miałam nadzieję, że w ten sposób będę w stanie utrzymać mężczyznę przy sobie. W myśl zasady, że z tego, co najlepsze, najtrudniej jest zrezygnować.

Seksem łagodziłam męską złość wywołaną moim agresywnym zachowaniem wobec nich. Najpierw wrzeszczałam, rzucałam przysłowiowymi talerzami i krytykowałam mężczyznę, a potem, żeby go udobruchać (żeby mnie nie zostawił) pozwalałam mu się “odegrać” w łóżku. I owszem, przez jakiś czas to skutkowało. Seks był ekscytujący, mocny, czasami wręcz odurzający dla obu stron. Ja realizowałam swoje schematy, m.in. przymus upadlania swojego ciała. Mężczyzna na jakiś czas rozładowywał napięcie fizyczne/ seksualne (nie myl proszę z emocjonalnym). Wiele lat myślałam, że przechodziła mu dzięki temu złość. Teraz wiem, że to była tylko chwilowa zmiana obiektu koncentracji. I chwilowa poprawa nastroju wywołana podniesionym poziomem hormonów odpowiedzialnych za dobre samopoczucie (endorfiny, serotonina i dopamina), które wydzielają się w organizmie podczas uprawiania seksu. Ponieważ po seksie humor się mężczyźnie wyraźnie poprawiał, wydawało mi się, że wybaczył mi moją agresję wobec niego. Nic bardziej mylnego Każda taka sytuacja oddzielała nas od siebie, tworząc coraz grubszą warstwę niewidzialnego muru. Kiedy dokonywałam tej analizy, zrozumiałam, że moje agresywne zachowania mogły wywołać w mężczyznach podobne odczucia w stosunku do mnie jak te, jakie ja miałam w stosunku do mojej matki. Po każdej takiej sytuacji stawaliśmy się sobie coraz bardziej obcy emocjonalnie. Tak jak matka stawała mi się coraz bardziej obca po każdym jej ataku na mnie, którego nie pozwoliła mi przeboleć, wypłakać, uwolnić, a dzięki temu przebaczyć.

Pomyślałam teraz, że to, w jaki sposób nasza cywilizacja odbiera mężczyznom prawo do przeżywania i wyrażania emocji, jest potworne i okrutne. I w moim odczuciu szalenie niszczące zarówno dla samych mężczyzn tłumiących emocje, jak i ich otoczenia. Nic w naturze nie ginie – skumulowana energia nieuwolnionych emocji gdzieś musi znaleźć swoje miejsce. A wystarczyłoby pozwolić jej się wydostać w niekrzywdzący nikogo sposób. To jest taaaak proste, że aż nie mogę uwierzyć, że sama nie umiałam tego przez tyle lat pojąć.

Moje manipulacje seksualnością przybierały też inne formy.

Flirtowałam nałogowo. W ogóle nad tym nie panowałam. Przy obcych mężczyznach wchodziłam w rolę uwodzicielki automatycznie. Podczas kręcenia filmu promocyjnego pewnego projektu, który współtworzyłam, miałam się w ustalonym z góry momencie uśmiechnąć w czarujący, zalotny sposób. Powtarzaliśmy scenę kilkanaście razy, ale reżyser był wciąż niezadowolony. W pewnej chwili do restauracji, w której nagrywaliśmy, wszedł bardzo przystojny mężczyzna. Uśmiech, jaki pojawił się na mojej twarzy na jego widok, rozbroił nawet reżysera – nieuleczalnego perfekcjonistę. Co ciekawe, razem z tym przystojnym facetem do sali weszła kobieta. Zauważyłam ją dopiero po kilkunastu sekundach.

Czy zdradzałam mężczyzn, z którymi tworzyłam stałe związki? Tak. Większość z nich zdradziłam co najmniej raz. Czy byłam zdradzana? Tak. Jak teraz widzę powody, dla których zdradzałam?

Zanim je opiszę, chcę żebyś wiedziała, że ani się nie usprawiedliwiam, ani nie potępiam. Na myśl o zdradach, jakich dokonywałam i jakich byłam adresatem, tak jak na myśl o każdym innym bolesnym doświadczeniu w moim życiu, odczuwam smutek i współczucie. Jest mi smutno i bardzo współczuję tamtej mnie, która krzywdziła samą siebie i innych ludzi. Współczuję jej jak nikt na świecie, bo tylko ja wiem, jak cholernie ją to bolało. Jak piekielnie wtedy cierpiała. Jak rozpaczliwie próbowała w cudzych ramionach znaleźć miłość, akceptację i poczucie bezpieczeństwa, których nie miała w sobie. Jak obsesyjnie szukała potwierdzenia własnej wartości w spojrzeniach innych ludzi. Jak desperacko pragnęła choć przez jedną krótką chwilę poczuć ciepło, wsparcie i siłę mężczyzny. I jak mocno chciała choć raz usłyszeć: “Kocham Cię taką, jaka jesteś. Bo taka, jaka jesteś, jesteś dla mnie idealna.”

Mój największy życiowy błąd

Moim najgorszym życiowym błędem nie była bulimia. Jak już pisałam – ona uratowała mnie przed szaleństwem. Pokazała mi granice mojej autonomii. Przy jej pomocy wyrzucałam z ciała sporą część energii napięcia emocjonalnego. Dzięki temu – w moim przekonaniu – uchroniłam się przed wieloma dużo bardziej szkodliwymi dla mojego organizmu chorobami autoagesywnymi. Uciekło mi z jej powodu wiele pięknych chwil, ale zdecydowanie bardziej mi pomogła, niż zaszkodziła. No i zażeraniem oraz wymiotami realnie nie krzywdziłam nikogo poza samą sobą. Tak, dobrze widzisz. Tak właśnie uważam i podkreślam to z całą odpowiedzialnością: zażeraniem i wymiotami realnie nie krzywdziłam nikogo poza samą sobą.

>Wiem, że niektórzy ludzie postrzegają bulimię i inne zaburzenia odżywiania jako fanaberię i chęć zrobienia rodzinie na złość. Domyślam się, że nie raz słyszałaś, jaką to jesteś wyrodną córką, jak marnujesz pieniądze rodziców i chcesz ich “do grobu doprowadzić”. Możliwe też, że oglądałaś nagrania, których autorka proponuje rodzicom, by zamykali przed swoimi córkami lodówki na kłódki i zakazywali im wymiotować w swoich domach twierdząc, że tym sposobem pomogą dziewczynie wyzdrowieć z bulimii. Piszę o tym i mam na całym ciele ciarki. Wkurza mnie, boli, smuci i przeraża taka postawa. Trudno mi uwierzyć, że ktoś, kto sam kilkanaście lat obżerał się i wymiotował, przekonuje inne chore osoby, że bulimia jest “tylko niezdrowym nawykiem” i że można ją wyleczyć w miesiąc. I że całkowicie zdejmuje z rodziców chorych dziewczyn odpowiedzialność za chorobę ich dzieci, jednocześnie nakładając na osoby uzależnione całą winę za to, że nie umieją sobie poradzić z chorobą. W moim odczuciu to jest szczyt albo nieświadomości, albo zakłamania. I czuję się zobligowana do wypowiedzenia tego głośno, dlatego że – jak pisałam wielokrotnie – jestem absolutnie przekonana, że samoświadomość i szczerość ze sobą są warunkami koniecznymi do znalezienia przyczyny uzależnienia. Jestem również przekonana, że nie da się wyleczyć choroby bez usunięcia powodu, dla którego się pojawiła. (Wrócę do tego w rozdziale “Schematrix niejedno ma wcielenie”.)

Moim najgorszym życiowym błędem nie było też to, że uprawiałam seks z tabunami zupełnie obcych mi emocjonalnie facetów. Facetów, których zainteresowanie traktowałam jak substytut ojcowskiej miłości i którzy często postępowali ze mną jak z żywą lalką z sex-shopu. Każdy z nich zostawił na mojej duszy swój niepowtarzalny ślad. Każdy z nich w jakimś stopniu podzielił się ze mną swoją skomplikowaną, nierzadko równie smutną jak moja, historią.Mam poczucie, że część z tych mężczyzn, podobnie jak ja – podchodziła instrumentalnie zarówno do mojej, jak i do własnej cielesności. W smutnym, a niekiedy wręcz histerycznym kopulowaniu, nasze ciała stanowiły narzędzia służące do ukojenia bólu emocjonalnego.

Dzięki temu, że mogłam z bliska obserwować najróżniejszych mężczyzn, obnażających przede mną swoją najdelikatniejszą i najcenniejszą dla siebie część męskości, posiadłam bezcenną wiedzę.Wiedzę o ich – wbrew powszechnym opiniom – bardzo skomplikowanych: seksualności i emocjonalności. Dzięki tej wiedzy potrafię teraz niemal bezbłędnie odczytać realny, nie kreowany przez niego, stosunek konkretnego mężczyzny do mnie i do innych kobiet. Jednak mogłam ją wykorzystać we właściwy, dobry dla mnie sposób dopiero wówczas, gdy zrozumiałam samą siebie. I dopiero gdy zrozumiałam samą siebie, pojęłam, że to, czego tak nienawidziłam i potępiałam u członków mojej rodziny, zwłaszcza u matki… nosiłam w sobie.

Moim największym życiowym błędem było to, że sama postępowałam identycznie jak ludzie, których zachowanie wzbudzało moją pogardę, wstręt, oburzenie, gniew i… nienawiść. I że przez ponad 20 lat zupełnie, kompletnie nie rozumiałam, że krzywdziłam siebie i inne istoty tak, jak w dzieciństwie krzywdzili mnie dorośli.