Blog

JAK SIĘ WRACA Z KRAINY UMARŁYCH czyli ODDAĆ SOBIE (PRAWDZIWĄ) SIEBIE

JAK SIĘ WRACA Z KRAINY UMARŁYCH czyli ODDAĆ SOBIE (PRAWDZIWĄ) SIEBIE

“Stań przed lustrem. Spójrz na siebie. Zrozum kim jesteś. I co obiecujesz ludziom, kiedy wchodzisz na scenę. I bądź prawdziwa. Nie występuj przeciwko temu nigdy. (…) Bądź prawdziwa. Cokolwiek by to znaczyło i jakiekolwiek by to miało konsekwencje.”
/fragment wywiadu z Krystyną Jandą/

Siadam do ostatecznej redakcji tego tekstu i uśmiecham się do siebie. Długie miesiące dojrzewałam do tego, by go z siebie wypuścić. Czuję się bardzo podobnie, jak wówczas, gdy wychodziłam do świata z moją pierwszą książką. Znowu obnażona do szpiku duszy, ale dzięki temu WOLNA jak wiatr. Tylko taka jestem szczęśliwa. Tylko taka chcę być już zawsze – swoja.

Dedykuję tym, którzy złamali mi serce. Nigdy nie złamiecie mojej duszy.

Wciąż nie mogę uwierzyć, że to wszystko, o czym tu przeczytacie się wydarzyło. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to wszystko – nomen omen – przeżyłam. I – co zdumiewa mnie najbardziej – że po przeżyciu tego wszystkiego, jestem w stanie czuć takie: radość, spokój i szczęście, jakie mam w sobie obecnie. I znowu, co rano budzić się z poczuciem, że moje życie ma wielki, piękny, głęboki sens. Musiałam 4 razy polecieć na drugi koniec świata, przeżyć największy kryzys w dotychczasowym życiu i otrzeć się o śmierć, by odważyć się stanąć twarzą twarz z moim największym cieniem i w końcu zgodzić się na to kim naprawdę jestem.

Przez długie miesiące miałam wszystkie objawy skrajnego wypalenia zawodowego pomieszane z depresją. Dotarłam do najmroczniejszych, na ówczesnym etapie życia, warstw bólu egzystencjalnego. Moja życiowa energia na długi czas spadła o jakieś 50 % w porównaniu ze stanem, gdy jestem w swojej optymalnej formie psychofizycznej. Miałam złamaną, żeby nie powiedzieć zmiażdżoną sporą część serca. Moje naturalne: kreatywność i pasja życia, na przerażająco długi czas, spadły drastycznie. Przez kilka miesięcy miałam wrażenie, jakbym była zawieszona w jakimś niewidzialnym portalu między życiem a śmiercią. Długo nie wiedziałam czy to ostatnia faza przed śmiercią, czy pierwszy etap zmartwychwstania. 😉

W trakcie pisania tego tekstu przypomniałam sobie o tym, że 2 kobiety, które – z racji swoich życiorysów są bardzo bliskie mojemu sercu – będąc dokładnie w moim wieku… umarły. Marylin Monroe (bliska mi m.in. ze względu na skrajnie toksyczne: matkę i babkę, porzucenie przez ojca i dynamikę relacji z mężczyznami), zmarła 5 sierpnia 1962 roku, mając 36 lat. Księżna Diana (bliska mi m.in. ze względu na emocjonalny głód matki, toksyczną relację z macochą, bulimię i związek z narcystą) zmarła 31 sierpnia 1997 roku. Co znamienne – kilkanaście tygodni wcześniej pojawiła się u mnie bulimia.

Spokojnie – etap myśli i planów samobójczych mam już za sobą. Niemniej wspomnienie odczuć z nimi związanych wciąż powoduje, że muszę wziąć kilka głębokich oddechów. Niech zgadnę? Nieco szokujące są powyższe informacje? Zdrowa Szczęśliwa Kobieta i plany samobójcze? Zdrowa Szczęśliwa Kobieta i wypalenie zawodowe? Zdrowa Szczęśliwa Kobieta i brak kreatywności? No przecież tyyyyle działałam od wczesnej wiosny do początku lipca! Tyle wiedzy, tyle aktywności, tyle pomysłów! Hmmm… Jest taka dziwna prawidłowość, że niektóre pary, w najgłębszym stadium kryzysu, próbują ratować związek, biorąc ślub i robiąc huczne weselicho. A po kilku miesiącach od tego ślubu się rozwodzą. Niektóre z nich umieją się przyjaźnić, niektóre urywają kontakt z ekspartnerem definitywnie. Czuję, że coś podobnego zadziało się w moim życiu zawodowym. Na szczęście z innym finałem.

Tak – przez całą wiosnę wyprodukowałam jakąś kosmiczną ilość treści. Treści ważnych, wartościowych, mądrych i pomocnych. Więcej! Dostałam mnóstwo pochwał, komplementów i słów uznania za to, co robię dla ludzi. Niezliczone ilości razy słyszałam gratulacje i widziałam szacunek do mnie i mojej działalności, w oczach zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Więcej – czuję, że tak jest. Czuję, że to, co robię jest dla Was wartościowe, ważne, potrzebne i że Wam służy. No to w czym problem kobieto?!

Owszem czułam satysfakcję i cieszyłam się, że pomagam ludziom, ale od dłuższego czasu nie dawało mi to szczęścia. Boże! Jak to trudno wypowiedzieć! Odwykłam od pisania tak bardzo wprost. Przyznaję: odwykłam od mówienia tak bardzo wprost. I weszłam w najgorszy schemat bycia w przestrzeni publicznej, jaki mogłam sobie wyobrazić: stałam się “pouczycielką”. Jakąś koszmarną hybrydą pseudonauczycielki, pseudomentorki i ludzkiego awatara z żenująco perfekcyjnych filmików reklamowych, produkowanych przez hieny marketingowe. “Pouczycielką”, która owszem mówi o trudnych tematach, ale łagodzi przekaz w nienaturalny dla siebie sposób. Ślizga się po powierzchni tych bolesnych tematów. I skupia się jedynie na objawach, zamiast – w zgodzie z sobą – wywalać bebechy na wierzch i docierać do jądra, do esencji, do sedna problemu.

No dobra – to zaczynam: po mojemu, po Adamowskiemu, totalnie niemarketingowo, czysta, naga prawda. Tylko wtedy czuję, że to, co robię ma dla mnie sens. Wywalam więc bebechy na wierzch.

Analizowałam przyczyny mojej, opisanej wyżej, ultra skomplikowanej sytuacji – jak to ja – baaardzo długo i wnikliwie. Niemal codziennie wychodziłam na długie spacery do natury. Rozmawiałam o swoich trudnościach z kilkunastoma wspaniałymi osobami, którym ufam i których wiedzę oraz mądrość życiową bardzo szanuję i podziwiam. Byłam na kilku sesjach indywidualnych u moich znajomych terapeutek alternatywnych. Mnóstwo czytałam i słuchałam wielu mądrych nagrań. Odstawiłam wszelkie pseudoduchowe dyrdymały i wróciłam do wiedzy, która kiedyś pomogła mi wyjść z podobnej otchłani bólu. Pracowałam z wewnętrznym dzieckiem. Wielokrotnie robiłam sobie – moje autorskie – sesje bliskości z sobą. Codziennie, niestrudzenie i wielokrotnie pytałam: “Co mam zrobić, żeby wrócić do stanu, kiedy byłam najszczęśliwsza? Jak znowu obudzić w sobie moją optymalną MOC? Co mnie blokuje? Czego mi brakuje do mojej pełni szczęścia?” Zapisywałam te i wiele innych pytań niemal codziennie i prosiłam, by przyszły – najlepsze dla mnie – odpowiedzi.

Pewnego razu – zupełnie niechcący – trafiłam na wywiad z Krystyną Jandą. I tam usłyszałam słowa, które dosłownie podziałały na mnie jak sole trzeźwiące. Te słowa brzmiały: “Stań przed lustrem. Spójrz na siebie. Zrozum kim jesteś. I co obiecujesz ludziom, kiedy wchodzisz na scenę. I bądź prawdziwa. Nie występuj przeciwko temu nigdy. Bądź prawdziwa. Cokolwiek by to znaczyło i jakiekolwiek by to miało konsekwencje.” Zapisałam je i czytałam wiele razy.
Pewnego dnia przypomniałam sobie, że przez cały okres pisania mojej książki, na wprost mojego stanowiska pracy wisiał – jakże spójny z powyższymi słowami – tekst: “Pamiętaj kim jesteś. Pamiętaj po co i dlaczego to robisz. Pamiętaj dla kogo to robisz. Pamiętaj KIM jesteś.” I to był ten moment “WOW!”, kiedy wszystkie puzzle zaczęły się układać w jeden, klarowny obraz. Po straaaaszliwie długiej i wyczerpującej tułaczce egzystencjalnej zrozumiałam kiedy, jak i dlaczego zaczęłam gubić siebie. I – co najważniejsze – co muszę zrobić, żeby siebie odzyskać.

“Najgłębsze dno jest zawsze tam, gdzie człowiek nie może być sobą. Najgłębsze dno jest zawsze tam, gdzie człowiek nie może mówić swojej prawdy.”
/Magda Adamowska/

Zaczęłam się odradzać, gdy – pokonując ogromny wstyd – odważyłam się przyznać przed samą sobą, że przez wiele miesięcy ulegałam iluzjom, manipulacjom i naciskom innych ludzi. Ludzi, których zachowania były kalkami tego, czego doświadczałam jako dziewczynka i nastolatka, głównie w relacji z matką i babkami. Zapisuję to i dociera do mnie, jaki emocjonalny burdel sobie zafundowałam, wsiąkając w pseudoduchowość. Co zrobiłam mojemu wewnętrznemu dziecku, nazywając je i traktując jak “ego”. Jak koszmarnie się zaplątałam w praktykach pracy z energiami, wibracjami i mentalnymi technikami zmiany nastroju. I co najgorsze – jak przez toksyczny wstyd podsycany m.in. manipulacjami marketingowców – chciałam uciec od własnego człowieczeństwa.

Kiedy myślę teraz o tym, jakich durnych, bo szkodliwych dla siebie wyborów dokonywałam, to czuję zarówno współczucie, jak i zdumienie. Współczucie, bo wiem ile mnie to wszystko kosztowało. A zdumienie, bo trudno mi uwierzyć, że mając tak ogromną wiedzę i doświadczenie, jakie już wówczas miałam – popełniłam tak smutne błędy. (Gwoli ścisłości: błędy to dla mnie takie decyzje i działania, których bym nie powtórzyła).

Bezdyskusyjnie jednym z najgorszych błędów jakie popełniłam, było regularne pozwalanie, by przekonania i potrzeby innych ludzi górowały nad moimi. Pozwalałam emocjonalnym klonom moich: matki i babek, by narzucały mi swoje poglądy, rozwiązania i realizację ich zachcianek. I – co bardzo ciężko było mi sobie wybaczyć – często nie stawiałam granic innym ludziom tak wyraźnie, jak potrzebowałam. W pewnym momencie zrozumiałam, że nie stawiałam granic tym ludziom, w relacjach z którymi nie umiałam stawiać siebie na pierwszym miejscu.

Jedną z osób, dla której regularnie rezygnowałam z siebie był mój egzotyczny ekspartner – mieszanka osobowościowa mojej matki, babek i ojca (w takiej kolejności). Dłuuuuugo nie umiałam się przyznać przed samą sobą, że związek z nim był/ jest moją GIGAntyczną porażką. Olbrzymią przygodą i piękną życiową lekcją oczywiście też był. Ale to nie zmienia faktu, że ulegałam roztaczanym przez niego iluzjom i zgadzałam się na zachowania niezgodne ze mną. Jako swoją wielką porażkę postrzegam przede wszystkim to, że – mimo ogromnej wiedzy i doświadczeniu, jakie już wtedy miałam – pozwoliłam mu sobą manipulować.
Długo i koszmarnie wstydziłam się, że tak bardzo go pokochałam i chciałam z nim być, że lekceważyłam – pojawiające się raz po raz – lampki ostrzegawcze. Wstydziłam się zarówno, jako kobieta, która dała się okrutnie nabrać na jego narcystyczne sztuczki; jak i nauczycielka, która uczyła innych ludzi, jak wychodzić ze szkodliwych dla siebie schematów. I taka – popychana na wpół zdrowym na wpół toksycznym wstydem – brnęłam coraz głębiej w schemat wspomnianej wyżej “pouczycielki”. Próbowałam – poprzez dawanie nadmiernej ilości wiedzy i uwagi innym ludziom – niejako “odpracować” to, co straciłam w relacji z nim: poczucie własnej wiarygodności, spójności i łączności z moją MOCą sprawczą.
I tak wiem, że moja wiedza i umiejętności związane z tematyką pracy z przekonaniami i emocjami, ukochiwania ciała oraz wychodzenia z zachowań kompulsywnych, nie tracą przez to na wartości, ale ja jako nauczyciel/ żywy przykład – we własnej ocenie – na długo tę wiarygodność straciłam.

Innymi osobami, którym pozwalałam sobą manipulować byli “pouczyciele” pseudoduchowi. Ludzie głoszący poglądy, jakoby rozwój duchowy był tym najważniejszym, a wręcz jedynym słusznym. I że tylko narzędzia tegoż rozwoju duchowego (często równie manipulacyjne jak triki marketingowe) są jedynymi metodami na osiągnięcie szczęścia i dobrobytu w życiu. Krok po kroku zaczęłam wsiąkać w te przekonania. Im bardziej wsiąkałam, tym mniej szczęścia i dobrobytu w moim życiu było. (Chcę zrobić osobny duuuuży materiał o pułapkach pseudoduchowości, dlatego nie będę tutaj rozwijać tego wątku.)

Kolejną osobą, której silnym wpływom uległam była mentor biznesowa, która za 5-cyfrową kwotę miała – w mentoringu indywidualnym – nauczyć mnie, jak prowadzić własną działalność z dużym zyskiem. Oczywiście podstawą tego “prowadzenia” miała być sprzedaż, konkretna forma sprzedaży. Wtedy – z wypieraną matczyną raną – weszłam w relację z tą osobą, jak w ciepłe, mięciutkie masełko. Baaaardzo chciałam wierzyć, że “mam” w niej  kobietę, która będzie mnie wspierać jak dobra, serdeczna przyjaciółka. Baaaardzo chciałam “mieć” blisko kobietę mocniejszą, dojrzalszą i bardziej doświadczoną od siebie. Baaaardzo chciałam “mieć” blisko choć jedną osobę, która byłaby silniejsza ode mnie i na której to ja mogłabym się oprzeć. I która rozumiałaby, jak GIGANTYCZNYM wyzwaniem i wysiłkiem jest bycie jednocześnie twórcą, który musi samodzielnie sprzedawać swoje dzieła, jak i emocjonalnym amortyzatorem dla innych ludzi, który “zbiera” cudze ciężkie energie i potem musi samo-dzielnie siebie z nich oczyszczać.
Dziś – po tym jak stanęłam z sobą w absolutnej prawdzie – wiem, że w tej kobiecie, moja wewnętrzna dziewczynka próbowała znaleźć substytut mamy. Co gorsza – mimo, że znałam doskonale schemat brnięcia w raz podjętą, a niekoniecznie dobrą dla siebie decyzję – uległam mu. I przez długie miesiące – wbrew wewnętrznemu sprzeciwowi – próbowałam pracować metodami wspomnianej wyżej mentorki. W jakimś stopniu, w relacji z nią, robiłam to, co lata temu robiła mała Madzia w relacji z matką. Żeby nie stracić ochłapów uwagi matki, rezygnowała ze słuchania swojego wewnętrznego głosu. Żeby nie podważać autorytetu matki – wypełniała posłusznie jej polecenia. I żeby – nie daj Boże – mamusia nie poczuła się urażona, grała tak, aby podtrzymywać, a wręcz polerować jej narcystyczne maski.

W pewnym momencie zrozumiałam, że żeby utrzymać relacje z osobami, na których mi zależało, niejako asymilowałam się do ich życia. I ta asymilacja w moim przypadku polegała m.in. na tym, że w jakimś stopniu przejmowałam sposoby myślenia i działania tych ludzi. Jak to wyglądało w praktyce? Na przykład od mojej byłej mentorki i od latynoskiego ekspartnera, na jakiś czas przejęłam zasadę “work hard, play hard”. W moim przypadku oznaczało to: pracuj ponad swoje siły, każdego dnia eksploatuj się na maksa, żeby zarobić tyle, żebyś potem (czytaj: w Californii) mogła totalnie odpuścić zarabianie i zawodowo nie robić nic. Ponadto zaczęłam myśleć o mojej pracy tak, jak oni myśleli o swojej: jako o sposobie zarabiania coraz większych ilości pieniędzy i budowaniu sukcesu zawodowego oraz finansowego. I myślałam o tym nieustannie. Budziłam się ze ściskiem w żołądku i natłokiem myśli o tym, jak zarobić tyle, by stać mnie było zarówno na życie w Polsce, jak i na co najmniej kilkutygodniowe pobyty w Californii. I tak – w ogniu wewnętrznej presji – spalały się moje: radość, kreatywność i miłość do pracy. Pracy-pasji, która – zanim przejęłam sposoby myślenia wspomnianych wyżej osób – była moim głębokim sensem i źródłem wielkiego spełnienia.

Gdy – bezkompromisowo szczerze – wróciłam do wglądów w moje rany z dzieciństwa, zobaczyłam jak bardzo podatna byłam na cudze influencje. Zasada była taka: im bardziej osobowość danego człowieka była podobna do osobowości mojej matki – tym mocniejszym wpływom tejże osobowości ulegałam.

WAŻNE!
Gwoli ścisłości: NIE winię wspomnianych wyżej osób za moje durne decyzje i działania. One “tylko”, podobnie jak ja, odgrywały swoje smutne schematy. Ale to ja się im poddawałam. To ja ulegałam ich gierkom. To ja szukałam wsparcia i poczucia przynależności u ludzi, którzy umieli te moje tęsknoty i deficyty skrzętnie wykorzystać. To ja wybierałam do relacji osobowości, pod pewnymi względami łudząco przypominające głównie moją matkę. Dziś wiem, że to wszystko wydarzyło się po to, żebym mogła uzdrowić kolejne warstwy matczynej rany. Piszę “kolejne warstwy”, bo – choć aktualnie czuję, że większość tej rany wyleczyłam – już nie mam w sobie starej arogancji, z którą kiedyś wygłaszałam poglądy, jakoby istniało coś takiego, jak “nieprzerwany dobrostan emocjonalny”, kiedy człowiek jest tak oświecony i uzdrowiony, że zupełnie wolny od trudnych, nieprzyjemnych odczuć i ran z dzieciństwa.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, z tego, że zaczęłam wpadać w coś, co nazwałam mitem nadczłowieka. Żeby to dokładnie wytłumaczyć – pokażę Wam najważniejsze czynniki, które mnie w ten mit popychały.
1)Wpakowałam się w bliskie relacje z kilkoma osobowościami narcystycznymi. A osobowości narcystyczne mają to do siebie, że żeby się chronić przed cierpieniem, odcinają się od odczuwania, m.in. poprzez tworzenie wizerunków. Najczęściej są to wizerunki superbohaterów: wampa, macho, nieomylnego eksperta, człowieka sukcesu etc.
2) Wsiąkałam w świat pseudoduchowości i mentalnie coraz bardziej odrywałam się od rzeczywistości, w której funkcjonowało moje ciało. Bujałam w przestrzeniach “boskich planów”, wysokich wibracji, rytuałów przyciągających dobrobyt i chroniących przed złymi energiami etc. Aż w pewnym momencie zorientowałam się, że to, co miało mnie wspierać i wzmacniać – wysysało ze mnie energię, jak nic innego. (Jak już wspomniałam poruszę temat pułapek pseudoduchowości bardzo szeroko, ale w innym materiale).
3) Zrobiłam mojemu ciału jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogłam: przestałam zaspokajać jedną z jego fundamentalnych, biologicznych potrzeb. By zachować monogamię w związku na odległość – po 15 latach regularnej aktywności seksualnej – z dnia na dzień przestawiłam je na tryb: 4-5 miesięcy bez seksu w Polsce i 4-5 tygodni aktywności seksualnej w Californii. Przy mojej ogromnej potrzebie regularnego i intensywnego doznawania bliskości fizycznej i seksualnej, to była istna katorga.
4) W ferworze pracoholizmu i presji zarabiania w jakimś stopniu uzależniłam się od samorozwoju. Mój umysł był tak nastawiony na wieczną pracę nad sobą, że zaczął przyciągać niemal wyłącznie treści o tematyce rozwojowej. W pewnym momencie za każdym razem, gdy wchodziłam na Facebook, krzyczały do mnie zaproszenia do kolejnych grup i na kolejne webinary osób zajmujących się jakimś rodzajem rozwoju: od duchowego, po marketingowy. Niemal każda z tych osób (a było ich naprawdę dzika ilość) chciała mnie uczyć “jak być lepszą wersją siebie”. Jak być bardziej asertywną, bardziej oświeconą, bardziej opanowaną, bardziej profesjonalną, bardziej przedsiębiorczą, słowem jak się stać superbohaterem.
Patrzyłam na tych “perfekcyjnych” coachów, mentorów, trenerów i pouczycieli wszelkiej maści i na “idealne” treści, które udostępniali. Widziałam ich piękne, profesjonalne grafiki i wyrecytowane na pamięć filmiki reklamowe. Czytałam super klarownie sformułowane, marketingowo chwytliwe wpisy. Widziałam śliczne landingpage’e z możliwością zakupu ich – “super skutecznych” – kursów online. I podawane oszałamiające ilości osób, które już owe kursy kupiły. I – Boże, jak to trudno przyznać! – pod wpływem tego wszystkiego… popierdoliło mi się nie tylko w głowie, ale przede wszystkim w sercu! W tym cholernym festiwalu narcyzmu i marketingowych zagrywek zgubiłam siebie. Siebie ludzką, siebie czującą, siebie prawdziwą. W social mediach zaczęłam działać w dużej mierze z przestrzeni przerażonego, porównującego się do innych, próbującego wywalczyć swój kawałek “rozwojowego” tortu dziecka. I – jak otaczający mnie ludzie-wizerunki – zaczęłam się zatapiać w ten żenujący mit nadczłowieka. Nadczłowieka, który jest tak oświecony i opanowany, że nie pozwala sobie na “negatywne” emocje. Nadczłowieka, który jest tak dojrzałym i uleczonym ekspertem, że nie dotyka go krytyka ani wulgaryzm innych ludzi. Nadczłowieka, który potrafi zrezygnować z podstawowych potrzeb biologicznych ludzkiego organizmu, na rzecz rozwoju duchowo-mentalnego.

Żeby przetrwać GIGANTYCZNE obciążenie emocjonalne, jakie – na skutek tych wszystkich opisanych wyżej sytuacji – odczuwałam i nie zwariować, na pewien czas się zahibernowałam. W dużym – jak na siebie stopniu – zablokowałam się na czucie, przeżywanie i na spontaniczność. Zablokowałam się na wyrażanie siebie tak, jak potrzebowałam. Kiedyś, gdy wychodziłam ze swoimi treściami jako pasjonat i samouk bez tytułów i definicji typu “mentor/ ekspert” – robiłam 2-godzinne webinary i płynęłam. Miałam energię elektrowni atomowej. Natomiast im bardziej próbowałam być stonowana i ekspercka (czyli być odwrotnością siebie), tym bardziej moje wewnętrzne dziecko się buntowało. W praktyce wyglądało to tak, że na czas, kiedy miałam zaplanowaną pracę – moja energia spadała do zastraszająco niskich poziomów. A gdy było po pracy, albo gdy pracę odpuszczałam z powodu braku energii, dzieciak we mnie zaczynał “szaleć”. Jego stare lęki, kompleksy i tęsknoty odzywały się z taką siłą i natężeniem, że momentami myślałam, że mnie rozsadzi od środka. Kilka miesięcy żyłam w tym rozdarciu pomiędzy chorą wizją perfekcyjnej, nieomylnej, idealnie opanowanej pani mentor, a tęsknotami mojej wolnej, dzikiej, rozbrykanej duszy.

W pewnym momencie byłam tak wyczerpana tą wewnętrzną niespójnością i brakiem pozwolenia na bycie stuprocentową sobą, że niemal zupełnie straciłam chęć do życia. Budziłam się i zasypiałam z poczuciem totalnego bezsensu. Czułam, jakby to życie ze mnie uchodziło. Zupełnie nie byłam w stanie poczuć radości ani szczęścia, które kiedyś wręcz wylewały się ze mnie. Aż w końcu dotarłam do tego etapu bólu egzystencjalnego, gdy widziałam już tylko dwa wyjścia: pojechać nad zalew, upić się i rzucić do wody albo… wstać, otrzepać się z iluzji, czule przytulić i zgodzić na to, że tym razem muszę zacząć nie od zera, ale od 100 tysięcy na minusie. Domyślacie się zapewne, że wizja wodnych odmętów była dla mnie bardzo kusząca. 😉

“”Ludzie będą do Ciebie przychodzić i odchodzić, bo takie jest życie. Osoby rezonujące z twoim odbiorem prawdy i doświadczeniem zainspirujesz i pomożesz. Resztę ludzi utwierdzisz w ich przekonaniach. Każdy zobaczy w Tobie to, na co jest gotowa jego świadomość. Dla jednych będziesz szalony i głupi, dla innych mądry i fascynujący. Najważniejsze, żebyś był Prawdziwy. Doświadczasz, błądzisz i uczysz się w zgodzie z własną duszą. W końcu i ku niej wzrastasz.”
/Farida Sorana/

Proces przyznawania się do tego wszystkiego, o czym tu czytacie był długi i bolesny. Tym boleśniejszy, im bardziej stawiałam opór swoim autentycznym odczuciom. Mój umysł bulgotał: “Ty – pani “mentorka”, taka świadoma, pomagająca innym ludziom, autorka tak bezwstydnie szczerej książki, kobieta, która otwiera inne kobiety na prawdę o sobie… tak się zgubiłaś!!! Dałaś się aż tak zaczarować i zmanipulować kopiom Twojej narcystycznej matki. Jak mogłaś do tego dopuścić?! Z Twoją wiedzą, doświadczeniem i umiejętnościami???!!! Jak to możliwe, że na swoim etapie świadomości popełniłaś tak kardynalne błędy? I że chciałaś wierzyć, że istnieje coś takiego jak emocjonalne Eldorado, gdzie oświeceni, hiper uduchowieni ludzie żyją w nieustannym stanie łaski, wolni od “negatywnych” emocji i potrzeb ego.” I… jak Ty to teraz powiesz ludziom? Jak się przyznasz, że aż tak… zjebałaś?!”!
Na szczęście szept mojej intuicji – wspierany codziennymi sesjami bliskości z sobą i pracą z wewnętrznym dzieckiem – stawał się coraz mocniejszy, by wreszcie przezwyciężyć wrzask umysłu. Z każdym kolejnym kontaktem wzrokowym z sobą i dialogiem z moim małym ja, stawałam się mocniejsza, bardziej osadzona i spokojna. Z każdym kolejnym byciem blisko (małej i dużej) siebie, coraz wyraźniej słyszałam głos własnej duszy: “Wiesz, co musisz zrobić. Wiesz, że jest tylko jedna słuszna droga. Ta najtrudniejsza i najprostsza jednocześnie. Ta droga nazywa się Twoja PRAWDA.”

I w końcu po dłuuugiej, bolesnej i piekielnie wyczerpującej wędrówce do obecnej sobie, zgodziłam się – po tej cholernej, opisanej wyżej przerwie od życia – zobaczyć kim jestem w pełni mojego człowieczeństwa. Jaka jestem cała: cielesna, emocjonalna, mentalna i duchowa. Zgodziłam się zobaczyć i przyjąć aktualną siebie całą, pełną, PRAWDZIWĄ.  A prawdziwa ja to nie tylko dusza, ale – dla mnie równie istotne – ciało. Ciało, które potrzebuje zaspokojenia swoich fundamentalnych potrzeb: snu, odpoczynku, nawodnienia, pokarmu, wydalania, ruchu, bliskości fizycznej innych ludzi oraz seksu. Ja prawdziwa to nie tylko postać ze zdjęć i nagrań w social mediach, dzieląca się konkretną wiedzą, ale czująca, przeżywająca swoje trudności, porażki i cierpienia istota. Ja prawdziwa nie zawsze jestem miła, łagodna i do porzygu wyrozumiała. Bywam złośliwa, leniwa, wkurwiona, rozczarowana, zagubiona, niezdecydowana, smutna, słaba, ignorująca i milcząca. Mam takie dni, kiedy na samą myśl o kontakcie z ludźmi robi mi się niedobrze. Wciąż jeszcze zdarza mi się wpuszczać do mojego świata zbyt dużo obcych energii. A że robię się coraz bardziej wrażliwa, to niekiedy potrzebuję kilku dni, żeby się z tego nadmiaru pooczyszczać.
Przed każdym live’em – mimo, że mam za sobą kilkaset godzin transmisji na żywo i że uwielbiam mówić do ludzi – wciąż mam tremę. I choć kocham live’y prowadzić miewam takie dni, kiedy zupełnie mi się nie chce ich przygotowywać. Czasami od wielogodzinnego siedzenia przed komputerem tak mnie napie…ją plecy i szyja, że mam ochotę wrzeszczeć z bezsilności. Bo jednocześnie kocham pisanie, jak nic na świecie i nie znoszę jakiegokolwiek dyskomfortu fizycznego. Nie znoszę też czynności siedzenia, zwłaszcza w jednej pozycji. Kiedy coś mi wyjątkowo kiepsko idzie, wkurwiam się i złoszczę. Czasami walę pięścią w blat, czasami drę się tak, że słyszą wszyscy sąsiedzi na klatce, czasami klnę jak stary obszczymur. Bywam kapryśna jak kotka perska w ciąży. Choć zrobiłam już w tym obszarze ogromne, jak na mnie postępy, wciąż jestem niecierpliwa. Notorycznie się spóźniam i bardzo często przekładam terminy różnych aktywności.
Mam takie dni, kiedy jem tylko słodkie, głównie węglowodanowe posiłki. Fakt – w większości zdrowe i odżywcze, ale jednak tylko słodkie. Miewam takie dni, kiedy wrzeszczę, skaczę, tupię i wytrzepuję napięcie z ciała kilka razy dziennie. Miewam takie dni, kiedy leżę zawinięta w wielgachny koc i zawodzę tak głośno, że mogłabym zawstydzić niejednego wilka. Miewam takie dni, kiedy straszliwie tęsknię za czułymi, męskimi ramionami. I takie, kiedy potrzebuję od mężczyzny tylko dzikiego seksu. Choć doświadczyłam go w życiu bardzo dużo i intensywnie, wciąż boję się bólu. Ponad wszystko bowiem jestem empatą i artystą, o koronkowej wrażliwości. Jestem detektorem emocji, jak nazwał mnie kiedyś mój kumpel. I odczuwam bardzo, baaaardzo intensywnie. I nareszcie się cholera jasna na to zgadzam! Zgadzam się na bycie empatą, czuciowcem, nadwrażliwcem, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Dziś kiedy to piszę, czuję całą sobą, że – po licznych, dłuuugich i bolesnych miesiącach zniewolenia, które sama sobie zafundowałam – nareszcie wracam do MOJEGO życia. Wracam do życia DLA SIEBIE i PO SWOJEMU. Na lodówce, naprzeciwko stanowiska pracy zawiesiłam moje, obecnie najważniejsze pytanie: “Co będzie najlepsze DLA MNIE teraz i długoterminowo?” I uczę się odpowiadać na nie za każdym razem, kiedy trudno mi podjąć jakąś decyzję. Odpowiadam sobie z maksymalną uważnością i szczerością, jakie na danym moment umiem z siebie wykrzesać. I wiecie co? DZIAŁA. Działa jak żadna pseudoduchowa metoda manipulacji nastrojami. Działa ZAWSZE i w każdej sytuacji. Działa bez zarozumiałych przewodników duchowych i wszystkowiedzących mentorów i ich pomysłów na to, jak powinnam żyć i co jest dla mnie słuszne. Działa, bo NAJWŁAŚCIWSZE – na danym etapie życia – odpowiedzi każdy z nas ma w sobie. W swojej intuicji.

Dziś – po przeżyciu tego wszystkiego – jestem absolutnie pewna, że jedną z najważniejszych lekcji samorozwoju jest umiejętność bycia BLISKO SIEBIE i w kontakcie z własnym ciałem. Wsłuchiwania się coraz mocniej i głębiej w siebie, w swoje emocje i ukryte pod nimi potrzeby. Odkrywania kolejnych warstw tych potrzeb. Regularne budowanie oraz utrwalanie łączności z sobą. Dawanie sobie czasu i przestrzeni na błędy, na pomyłki, na testy i eksplorowanie. I zgoda na odczuwanie bólu, rozczarowania, wstydu i innych trudnych, nieprzyjemnych emocji i stanów emocjonalnych. Nie uciekanie od nich, tylko wchodzenie w nie najgłębiej, jak się odważymy. Bo życie pełnią jest tam, gdzie człowiek zgadza się na pełnię odczuć. Gdzie nie ucieka od doświadczeń, ze strachu przed cierpieniem. Bo życie pełnią, to zgoda na pełnię bycia człowiekiem. Z tym, co w nas dobre i złe. Jasne i mroczne. Mądre i durne. Piękne i paskudne. Co w sobie lubimy i co uważamy za kiepskie. Bo życie pełnią to życie owszem tu i teraz, ale NIE w oderwaniu od długofalowych konsekwencji swoich działań. Życie pełnią to życie w tym, konkretnym ciele i tym konkretnym miejscu NA ZIEMI, a nie ucieczki w hipnotyczną muzykę czy inne chwilowe “koiciele”. Życie pełnią, to pełnia przeżywania nie tylko wzniosłych uczuć: wdzięczności, radości i miłości, ale też zgoda na przepuszczenie przez siebie i uwolnienie z ciała wkurwu, żalu, smutku i innych trudnych odczuć. Emocje to arcyciekawe zjawisko – dopiero, kiedy pozwolimy sobie je odczuć z ich maksymalną siłą – odchodzą. Bardzo często te trudne emocje to wołanie naszych wewnętrznych dzieci o uwagę dla tego, co kiedyś zostało zlekceważone, pominięte, zignorowane, odrzucone, a co potrzebuje zostać dostrzeżone, wysłuchane, zrozumiane i ukochane. Ale żeby tak się stało – najpierw musi zostać odczute.
Straszliwe rzeczy się w moim życiu podziały, kiedy dałam sobie wmówić, że ponieważ jestem “czuciowcem”, jestem niedojrzała emocjonalnie. Po otarciu się o krawędź agonii emocjonalnej, jaką jest depresja – wiem i jestem pewna, że to gówno prawda! Dojrzałość emocjonalna polega m.in. na tym, że człowiek się zgadza na odczuwanie! Że nie blokuje emocji, tylko pozwala im być, przepływać przez siebie i się w nie wsłuchuje z maksymalną uważnością. Nie zmienia nastroju poprzez ucieczkę w hipnotyczną muzykę czy medytacje na chwilę zmieniające wibracje, tylko pozwala sobie CZUĆ emocje całym sobą. Wtedy prawdziwie uzdrawia całą swoją istotę: duszę uwalnia z wielowiekowych ran i obciążeń, a ciało od energii biologicznej traum i zablokowanych emocji.

Dzięki opisanym tu doświadczeniom zrozumiałam też, jak kluczowy jest w moim życiu BALANS. Balans między wzniosłymi dążeniami ducha i “przyziemnymi” potrzebami ciała. Tak – czasami ciało będzie “jedynie” narzędziem duszy do tego, by mogła realizować swoje wielkie zadania. W moim przypadku tak jest, kiedy piszę: moje ciało pełni wówczas głównie rolę narzędzia duszy w – nomen omen – ucieleśnianiu konkretnych treści.  Ale jako istoty cielesne mamy też potrzeby czysto cielesne. I doklejanie do nich duchowych teorii jest – moim zdaniem – co najmniej nieporozumieniem. Można wówczas dotrzeć do absurdalnych sytuacji, kiedy człowiek każdą podejmowaną aktywność, analizuje pod kątem zgodności z planem swojej duszy. I tak bardzo wgłębia się w te duchowe analizy, że odrywa się od rzeczywistości tu i teraz – na ziemi, w tym konkretnym ciele, z jego konkretnymi potrzebami.

Nie twierdzę, że rozwój duchowy nie jest ważny. Jest bardzo ważny! Ale NIE ważniejszy od tego, jak podchodzimy do realizacji swoich potrzeb biologicznych i emocjonalnych. Podam przykład: są osoby, które tak bardzo są pochłonięte rozwojem duchowym, że niemal zupełnie pomijają potrzeby ciała i pracę z emocjami. Skutki są takie, że owszem pod względem duchowym są rozwinięte w ogromnym stopniu, ale ich ciała wciąż chorują. Te osoby zamiast uwalniać emocje poprzez ich odczuwanie – tłumią je i/lub wypierają. Poprzez medytacje, afirmacje i hipnotyczną muzykę, wprowadzają się w stany wysokowibracyjne i na jakiś czas zmieniają swój stan emocjonalny. Ale nieuwolnione, nieodczute emocje przecież nie znikają z ich ciał i z podświadomości i prędzej czy później znowu domagają się uwolnienia. I wtedy takie osoby albo się obżerają, albo palą papierosy, albo kompulsywnie dużo mówią, albo uciekają w kolejne praktyki manipulowania nastrojami etc. Czy to jest dla nich dobre i zdrowe? Czy to jest dobry i zdrowy rozwój? Według mnie nie. Moim zdaniem najwłaściwszy, najlepszy dla człowieka rozwój jest wtedy, gdy rozwijamy się holistycznie (fizycznie, emocjonalnie, mentalnie i duchowo) i w swoim naturalnym, unikatowym tempie. Dlatego tak KLUCZOWE jest zachowanie balansu pomiędzy wszystkimi ważnymi sferami życia. Dzięki przeżyciu ekstremalnego wypalenia zawodowego zrozumiałam to… do szpiku duszy.

Dlatego teraz, każdego dnia, na nowo uczę się zachowywać balans między sferą ducha i ciała. Przykład: Moją największą życiową pasją jest pisanie (książek, artykułów, felietonów, poezji). Robiłam to od dziecka. Najpierw pisałam wierszyki, potem wypracowania wszelkiej maści (od rozprawek, przez analizę wierszy, po opowiadania), teksty piosenek, a nawet sztuki teatralne. Czas jaki spędziłam na tworzeniu i redagowaniu tekstów (w podstawówce, liceum, na studiach i w ciągu ostatnich 5 lat) to zapewne kilkaset tysięcy godzin. Obudzona w środku nocy, pijana, na wpół przytomna na pytanie, co kocham najbardziej odpowiem, że pisać. Pisanie jest tak bardzo – nomen omen – wpisane w moją istotę, że czasami mnie to przeraża. Przeraża, bo bez tego życie traci dla mnie sens. I gdybym już dziś umiała to zrobić – chciałabym zarabiać głównie na pisaniu powieści. Ale jeszcze nie umiem sobie tak zorganizować życia. I będę potrzebowała jeszcze sporo czasu, by dotrzeć do etapu, gdy pisanie powieści stanie się moim głównym źródłem utrzymania. Czyli do etapu, kiedy moja dusza będzie w pełni realizowała swój plan. Ale, by mogło się to zadziać – muszę każdego dnia najpierw zrealizować potrzeby biologiczne ciała, w którym żyję. Muszę mu zorganizować bezpieczne, wygodne miejsce do codziennego funkcjonowania. Muszę je nawodnić, nakarmić i dać mu to wszystko, czego potrzebuje by być zdrowe. A by to zrobić, potrzebuję pieniędzy, które muszę zarobić. A by zarabiać, muszę wykonywać swoją pracę efektywnie. By wykonywać pracę efektywnie, muszę się dobrze czuć w swoim ciele i ze swoimi emocjami. Bo dopiero, gdy zapewnię sobie dobrostan fizyczno-emocjonalny mam spokojny, wyciszony, zrównoważony umysł, który tworzy pełnowartościowe treści czyli efekty mojej pracy. I tak – niby to są oczywistości. Niby wszyscy to wiemy. A jednak tak często o tym zapominamy. I w natłoku górnolotnych przekazów, gubimy podstawy. Tak bardzo chcemy być uduchowieni, że w tym pędzie do oświecenia, lekceważymy potrzeby ciała, bez którego przecież nie da się realizować pragnień duszy.

W kwestii zachowania balansu odkryłam jeszcze jedną, bardzo ważną prawidłowość. Zauważyłam, że im wyraźniej stawiam granice samej sobie, tym bardziej stanowczo i precyzyjnie umiem je postawić innym ludziom. A im dokładniej mam zaznaczone te granice, tym łatwiej mi przychodzi zachowanie balansu. Mam coraz więcej energii i czasu dla siebie, bo coraz bardziej uważnie i wyraźnie czuwam nad tym, ile daję tych wartości innym istotom (ludziom i mojemu kotu).

Teraz kiedy to zapisuję mam poczucie: Boże! Adamowska czego Ty się bałaś?! Że ludzie tego nie zrozumieją? Że Cię odrzucą z takich błahych powodów?! Przecież to, co nas ludzi do siebie najbardziej zbliża to autentyczność, naturalność i szczerość czyli słowem PRAWDA! Bo prawda to domyślne ustawienie ludzkiej duszy. I dusza zawsze będzie do prawdy ciągnęła. Boże! Jak ja mogłam o tym zapomnieć! Jak ja mogłam to zgubić?! Jak ja mogłam aż tak odejść od siebie!!!??? No jak? Zaplątałam się festiwalu narcyzmu. Zagubiłam w oceanie marketingowych ściem i manipulacji. W relacjach z zakłamanymi, sztucznymi, goniącymi za sukcesem finansowym ludźmi straciłam łączność z moim wewnętrznym kompasem. I odpłynęłam w iluzoryczne wizje i manipulacyjne techniki “pouczycieli” pseudoduchowych. A u trzonu… szukałam w zewnętrznym świecie matki, której nigdy nie dane mi było doświadczyć. (Ale to już temat na osobny materiał).

Dziś – po przeżyciu tego wszystkiego – czuję i jestem pewna, że dokładnie tak to miało wyglądać. Miałam to wszystko przeżyć, odczuć, przeboleć i uwolnić, by uzdrowić w sobie kolejne warstwy najgłębszej, najbardziej dojmującej: matczynej rany. Przy okazji w ogromnym stopniu uzdrowiłam ranę odrzucenia i porzucenia.
Dziś wiem, że całe moje dotychczasowe życie wydarzyło się po to, żebym mogła napisać ten tekst. A potem kolejny. I następny. I poprowadzić wspaniałe warsztaty dla kobiet, które potrzebują mojej wiedzy, obecności i wsparcia, by uleczać swoje najgłębsze rany. I napisać kolejną książkę. I kolejną. I kilkanaście następnych. I stworzyć swój wymarzony talk show. I zrealizować wiele innych “szalonych” Adamowskich marzeń. Realizować w stu procentach PO MOJEMU, w zgodzie z sobą, z uważnością na siebie i MOJE potrzeby. NIGDY więcej według cudzego widzimisię. Nigdy więcej, żeby tuczyć cudze schematy i łatać cudze kompleksy. Nigdy więcej kosztem siebie i swojej PRAWDY.

Dzięki temu, że otarłam się o śmierć, że dosłownie poczułam na sobie jej surowy, szorstko miażdżący, lodowaty dotyk, nie tylko zrozumiałam, ale przede wszystkim poczułam, jak bardzo, jak przeogromnie i niewypowiedzianie kocham moje życie. Przypomniałam sobie dlaczego i po co tu jestem. Przypomniałam sobie KIM JESTEM. I nigdy już nie chcę zapomnieć. Nigdy już nie chcę zgubić drogi mojej Duszy, mojego wewnętrznego kompasu.

Daję ten tekst sobie – by był moim memento. A Wam – żeby Was zainspirować do odnajdywania i pielęgnowania esencji tego, kim jesteście.

I na koniec czuję, że chcę z całego serca PODZIĘKOWAĆ Kobietom, które w tym trudnym, bolesnym dla mnie czasie wspierały mnie i mi kibicowały. Szczególne podziękowania mam dla:

Doroty Pawelec (Trening Świadomości) za ciepło, za mądrość, za dojrzałość, za zgodę na swoją i moją pełnię kobiecości, za odwagę do obalania mitów i mówienia o seksualności, za fantastyczną sesję, która mnie przytuliła i otrzeźwiła jednocześnie. I za otwartość z jaką umiemy ze sobą być jako kobiety – DZIĘKUJĘ Dorotka.

Meg Brogowskiej za zrozumienie, serdeczność i kopa motywacyjnego. DZIĘKUJĘ Gosiaczku.

Aleksandry Paszkiewicz za cudne zdjęcia i za otwartość umysłu. DZIĘKUJĘ Oleńka.

Eli Jastrzębskiej (Kod Geniuszu) za inspirację, za odwagę i wytrwałość w bezkompromisowym byciu sobą oraz za wsparcie w kryzysowych momentach. DZIĘKUJĘ Ela.

Mony Wind za piękną, czułą, ultra szczerą kobiecą obecność. DZIĘKUJĘ moja roztańczona Ślicznoto.

Kingi Bogdańskiej za bycie autentyczną i życzliwą w świecie – często bardzo zmanierowanego i zakłamanego – rozwoju osobistego. Kinia SZACUN jak stąd do Californii.

Sylwii Kuleszy (Aurora w drodze do siebie) i Violi (Fenix z popiołów) za wspaniałe, mądre, dojrzałe treści, jakimi się dzielą. DZIĘKUJĘ za wiedzę i za inspirację Kochane.

Moich CUDOWNYCH Dziewczyn, których tożsamości nie chcę ujawniać, ale wiem, że Wy wiecie Słoneczka jak OGROMNIE jestem Wam WDZIĘCZNA.

Ewelinie Habzie, Sylwii Stanisławczyk i mojej najlepściejszej na świecie Siostrze – za CUD Waszej Przyjaźni.

Szczególne OGROMNE DZIĘKI mam też dla Sylwestra Zamsa za jego wielomiesięczne wsparcie i obecność. DZIĘKUJĘ Kochany.

I dla nas wszystkich – czyniących DOBRO, jako puentę serducho mi podpowiedziało wypowiedź Dalai Lamy:

“Nasza planeta nie potrzebuje więcej “ludzi sukcesu”. Natomiast wręcz rozpaczliwie potrzebuje ludzi czyniących DOBRO. Potrzebuje orędowników pokoju, uzdrowicieli, odnowicieli, bajarzy, gawędziarzy oraz “miłośników” wszelkiej maści. Potrzebuje ludzi, którzy pięknie żyją. Potrzebuje ludzi wielkiek odwagi – gotowych włączyć się do walki o bardziej “ludzki” świat. A te wszystkie wartości mają niewiele współnego z pojęciem “sukcesu” – tak, jak go rozumie nasza kultura.”

Zobacz również

Podziel się swoją opinią :)