Blog

ŚWIT PO BARDZO CIEMNEJ NOCY DUSZY

ŚWIT PO BARDZO CIEMNEJ NOCY DUSZY

“Nie ganiaj za ludźmi. Bądź sobą. Rób swoje. Pracuj wytrwale. Właściwi ludzie przyjdą do Twojego życia. I zostaną.” /Will Smith/

“Nawet jeśli most zarwie się pod Tobą, nawet jeśli noc będzie dłużyć się, Ty się zawsze trzymaj drogi swej.” /Anita Lipnicka/

Kochani, siadam do tego tekstu będąc w arcyciekawym momencie życia. Czuję się przedziwnie, a jednocześnie przewspaniale. Mam poczucie, jakbym robiła ostatnie trasy między starym, a nowym mieszkaniem. Albo, jakbym tuż po rozprawie rozwodowej miała przygotować galę inauguracyjną. Ale nie przytłacza mnie to, tylko coraz bardziej raduje i fascynuje. A w głębi swojej istoty, pierwszy raz od dłuuugiego czasu czuję SPOKÓJ. Nie jest to jednak spokój chwilowy, jaki się czuje na przykład po skończeniu sprzątania, albo po wykonaniu jakiegoś obowiązku. To jest Pan S-P-O-K-Ó-J. Taki, który przychodzi po gigantycznym sztormie. Ocean jest już spokojny. W jego nieprzebranej, leniwie falującej tafli, tańczą słoneczne refleksy. Spienionymi jęzorami, figlarnie liże plażę. I choć w powietrzu unoszą się jeszcze cząsteczki pobitewnej wrzawy, człowiek czuje, że przetrwał, że żyje i że będzie żył.

Przechodziłam takie życiowe huragany wiele razy, ale ten bardzo się różnił od pozostałych. Absolutnie najważniejszą różnicą było to, że ten przeszłam sama. Samo-dzielnie. Nie było przy mnie mężczyzny, w ramiona którego mogłabym się wtulić. Nie było silniejszej ode mnie kobiety, która umiałaby pomóc mi w chwilach, kiedy nie utrzymywałam ciężaru wysiłku. Nie było przyjaciela, który powiedziałaby: “Chodź – schowaj się na trochę u mnie”.
Kiedy umierałam nikt mnie nie trzymał za rękę. Byłam tylko ja. Wiedziałam, że skonam, że nikt mnie nie uratuje, że nie przyjdzie z zewnątrz dobra, czuła, mocna postać. Wiedziałam, że muszę to przejść sama. I że jedynym skutecznym rozwiązaniem na ukojenie bólu, jest pozwolenie mu na to, aby wybrzmiał. Pozwolenie mu na to, żeby mnie rozszarpywał od środka, żeby wył moim głosem, żeby wibrował moim najgłębszym lękiem. Żeby – wyłażąc każdym porem mojej skóry – stratował iluzje i fałsz, w w jakie się dałam zagmatwać. Żeby – skalpelem wściekłości – przeszył gęsto-mięsisty kokon gierek, podchodów i niedopowiedzeń, w jaki pozwoliłam się zalepić, cwanym manipulantom i samolubnym gwiazdeczkom. Żeby mnie rozpruł od środka i dał przestrzeń na totalne uwolnienie resztek emocjonalnych złogów, które – jak głazy w szarych, cuchnących worach – przygniatały moje plecy.
Błagałam o śmierć tego wszystkiego we mnie, co nie pozwalało mi rozłożyć skrzydeł. O śmierć tego, co hamowało mnie przed pełnym wyrażaniem mojej najgłębszej prawdy. Prawdy, która jest tak bardzo wielopłaszczyznowa, różna, dziwna i arcyzłożona. Prawdy, która się mieni niezliczonością barw. Prawdy, w której sprzeczności tańczą ze sobą tango szaleńców, niczym kochankowie w ostatnią noc przed rozstaniem. Prawdy, w której, raz po raz, wyłania się jakaś nowa wysepka zrozumienia. Prawdy o mnie, jako o dziwolągu, który jest niczym egzotyczna papuga, pośród stada gołębi pocztowych. Porwana z tropików, uwięziona na farmie. Patrzy na ptaki wokół siebie. Tak jak ona mają skrzydła, dzioby i pióra. Tak jak ona umieją fruwać i znosić jaja. Wydają się podobne, a jednak ona do nich nie pasuje. I wie, że nie chce się ani dopasowywać, ani im przewodzić, ani być częścią ich stada. Ona chce do swoich. Do tych, co znają egzotyczny raj. Do tych, co fruwają pośród kolorowych kwiatów. Do tych, co się pluskają w ciepłych, krystalicznie czystych strumykach. Do tych, którym nikt nie kradnie jaj i nie wyrywa piór. Do tych, co się nie boją swojej wielobarwności. Do tych, którzy wiedzą, że skrzydła są po to, żeby latać tam, gdzie się chce, a nie tam, gdzie nakazuje system. Ona chce do tych, co mają skrzydlate serca i dusze. Bo tylko tacy rozumieją, czym jest prawdziwa WOLNOŚĆ.

W tym miejscu robię stop klatkę. Powyższy tekst popłynął przeze mnie. Ja go “tylko” przeniosłam na monitor. Siadając do komputera chciałam napisać o tym, że zaczynam NOWE życie w niemal wszystkich kluczowych obszarach, również zawodowym. Że pod wieloma względami zmieniłam się fundamentalnie. Że wyszłam z układów i uwikłań, w których pełniłam rolę wasala i tła dla cudzych festiwali próżności. Że, gdy zmierzyłam się z własnym, najgłębszym mrokiem, przeszłam przez kolejne jądra ciemności – zobaczyłam jak potężną, ŚWIETLISTĄ i unikatową jestem Istotą. (Mam mocne CIARY kiedy to piszę.)

Wczoraj pisałam o mierzeniu się z własnym mrokiem. Zrobiłam to. Ostatnie miesiące przeznaczyłam na to, by przejść najgłębsze pieczary mroku. Dosłownie przeszłam setki kilometrów, podczas których toczyłam wewnętrzne dialogi. Podczas auto-sesji bliskości z sobą – mierzyłam się wielokrotnie w tym, co we mnie najtrudniejsze, najciemniejsze, ale i najsłabsze i najbardziej nieporadne. Dzięki temu, że otworzyłam się totalnie na odczuwanie bólu – dotarłam do takich rejonów bliskości z moją wewnętrzną Dziewczynką i z moją Duszą, że dziś – pisząc to, wciąż nie mogę się nadziwić i nazachwycać, że to możliwe. A jednak się dzieje. Patrzę sobie w oczy. Patrzę na swoją, niby znajomą, a jakże inną twarz, na dłonie dojrzałej kobiety, na siwe niteczki między ciemnozłotymi włosami i pierwszy raz w życiu, tak głęboko i lekko jednocześnie, czuję ESENCJĘ siebie. I pełną zgodę na swoją złożoność. Na to, że bywam czuła jak plusz, ale też twarda jak kij. Słodka jak dojrzała gruszka, ale i gniewna jak letnia burza. Radosna jak motyl, ale i dosadna jak cios młotkiem. Łagodna jak zupa z dyni, ale i dzika jak polująca kocica. Nigdy nie będę płaska. Nigdy nie będę jednowymiarowa. Nigdy nie będę przeciętna. Nie dopasuję się do żadnego stada. I nie wiem jeszcze, czy jakiemuś stadu chcę przewodzić. Chyba nie. A jeśli tak, to będzie stado indywidualistów. Wolnych Dusz, które chcą synergicznych relacji i jasnych zasad współ-pracy, a nie wysysania z silniejszych od siebie ich energii. Jestem samotnym wilkiem. Z ludźmi lubię bywać esencjonalnie, ale krótko. Wymieniać się energią, delektować się piękną, lekką obecnością innych samo-świadomych istot.

Piszę to wszystko, bo swoisty remanent Duszy, jaki przeszłam pokazał mi, jak bardzo, przez te 5 lat mojej działalności publicznej, dawałam się eksploatować. Jak rozdawałam swoje piękne, przebogate zasoby ludziom, którzy głównie brali. A gdy przestawałam być użyteczna, po prostu odchodzili.
Tym tekstem stawiam granice przede wszystkim sobie. Niech będzie przypominajką o tym, co jest dla mnie NAJWAŻNIEJSZE. Za co i za kogo jestem odpowiedzialna w pierwszej kolejności. Jakie są moje najważniejsze marzenia i cele. Co mnie wzmacnia i wspiera w ich realizacji, co mnie od nich odciąga. Jakie wartości stoją u mnie na piedestale, jakie są niespójne z tym, kim jestem. Z kim czuję się lekko, swobodnie i bezpiecznie, a na kogo moje ciało reaguje dyskomfortem.

Niech i Wam ten tekst przyniesie ważne, OWOCNE wnioski. Dzielę się z serducha. I wysyłam z intencją, by dotarł do tych, którzy są godni tego, żeby być w mojej przestrzeni. Niech mi pomoże doczyścić tę moją przestrzeń. Niech pomoże wymieść resztę kurzu i rupieci. I niech odsłoni brylantowe koraliki, co się zagubiły, gdzieś pod stertą niepotrzebności.

A ja całą sobą DZIĘKUJĘ za wszelakie DOBRO jakie dostałam, dostaję i dostanę. Z miłością do siebie idę tam, gdzie czeka moje NAJLEPSZE. UFAM. W końcu jestem Dzieckiem Ojca Wszechświata i Matki Ziemi. A z takim rodzicami na pewno dam radę zrealizować moje marzenia. No przecież one są jak mapa mojej Duszy – pokazują mi tę najwłaściwszą, jedyną, MOJĄ DROGĘ.

Znowu robię stop klatkę. Znowu popłynęło. Niesamowity ten proces.

TULĘ Kochani. Niech i Wam się dzieje NAJLEPSZE. 🙂

Zobacz również

Podziel się swoją opinią :)