Tagi

jak polubić siebie?

  • Blog

    Czas PRÓBY Czas ODWAGI Czas PRZEWARTOŚCIOWANIA

    magda adamowska wpis blogowy

    CZAS PRÓBY, CZAS ODWAGI, CZAS PRZEWARTOŚCIOWANIA

    “W każdym z nas drzemie CUD. I ten CUD jest przeznaczony tylko dla jednej osoby. Gdy jesteśmy blisko niej, Wszechświat pomaga spełnić przeznaczenie.”

    Kiedy 4 miesiące temu, 3 stycznia – siedząc na plaży nad Pacyfikiem – dziękowałam Bogu za cud życia i prosiłam o dobry, obfitujący w piękne i wartościowe doświadczenia rok 2020 czułam, że będzie on dla mnie wyjątkowy i przełomowy. Ale to, co ów czas przynosi, przekracza wszelkie moje wyobrażenia. Świat, Europa, Polska, a w niej ja – malusieńka chwileczka w bezmiarze wieczności – stanęliśmy w obliczu GIGANTYCZNEGO wyzwania. Przyszedł bowiem czas, w którym zarówno całe społeczeństwa, jak i współtworzące je jednostki muszą dokonać życiowego wyboru. Wyboru pomiędzy lękiem, a miłością. Wyboru pomiędzy wygodnictwem, lenistwem i próżnością, a pracowitością, uważnością i pokorą. Pomiędzy żądzą władzy, a szacunkiem. Pomiędzy chciwością, a współpracą. Pomiędzy żarłocznością, a umiarkowaniem. Pomiędzy ego, a głosem boskiego ducha. Pomiędzy walką, a wybaczeniem. Pomiędzy życiem ślepca, a życiem w świetle świadomości.

    Piszę to jako człowiek, który przez lata całe pełzał w błocie nieświadomości. Trwonił swój bezcenny czas życia na uzależnienia, na smutne, raniące, wyniszczające relacje i na bezrefleksyjną gnuśność. Taplał się w bagnie poczucia winy, toksycznego wstydu i paraliżującego strachu przed bólem, jaki towarzyszy każdemu przełomowi. Odrzucał olbrzymie DARY, jakie otrzymał od życia w przekonaniu, że – podobnie jak on – nie są nic warte. Piszę to także, jako człowiek, któremu dane było się przebudzić. Rozwiać mgłę letargu. Wyjść z kotliny fałszu i bezmyślności. Otworzyć oczy, umysł i serce na podążanie drogą miłości i prawdy. Piszę to jako człowiek, który był w tak głębokiej nieświadomości, że niemal oślepł na możliwości i jako człowiek, który odważył się na wyjście z – tak wygodnego, jak toksycznego – bezruchu. I nie, nie powiem Wam, że życie po jasnej stronie MOCy jest łatwe oraz tylko lekkie i przyjemne. Nie jest łatwe, bo wciąż stawia przed nami decyzje proporcjonalnie trudne, do głębokości naszego aktualnego stanu samoświadomości. Nie jest tylko lekkie i przyjemne, m.in. dlatego, że każda decyzja wiąże się z rezygnacją z czegoś. A odczucia towarzyszące rezygnacji, rzadko bywają lekkie i przyjemne. Świadome życie wymaga ogromnej odwagi i nieustannej uważności. Bo człowiek, który decyduje się wyjść – z bezpiecznej, szarej nory – do pełnego światła, wystawia się na ciosy, zranienia i wyzwania. I na doświadczenia, które bywają piekielnie bolesne, trudne i niekiedy powalają go na kolana i łamią mu serce.

    Czy zatem warto? Czy warto starać się i pracować na to, by nie tylko wejść, ale i utrzymać się na drodze światła? Czy warto trwać w prawdzie i miłości, skoro ta droga jest tak kręta, mozolna, wymagająca, a momentami wręcz okrutna? Znów – napiszę jako osoba, która mimo odczuwanych: strachu, bólu i innych blokad – postanowiła, że droga świadomości będzie jej jedyną drogą.
    Dlaczego? Bo w stanie nieświadomości – choć człowiek unosi się w wygodnym, bezwysiłkowym mentalnie i duchowo bezruchu – jest tylko pustka. Pustka – wbrew powszechnym przekonaniom – nie jest “czarną dziurą”. Czerń jest wyrazista, MOCna, głęboka i surowa. Pustka jest szarością. Jest jak nieprzenikniony, mięsisty kołdun mgły. Osacza człowieka tekturowością smaku, przezroczystością dotyku, głuchością węchu, ślepotą słuchu i tępotą wzroku. Kiedy człowiek tkwi w szarości – jego oczy blakną, usta mrowieją, ramiona sztywnieją, uszy zarastają niechęcią. Kiedy człowiek tkwi w szarości, kurczy się jego umysł i słabnie serce. Im głębiej zapada się w szarość, tym bardziej stępia się jego umiejętność odczuwania. Bo pustka to obojętność, bezruch, niemoc. A mimo to nie chroni przed bólem. Bo życie w pustce to jeden wielki, przewlekły ból. Ból duszy. Ból duszy, która błaga o przebudzenie serca, o otwarcie umysłu, o wyciągnięcie ramion, o podanie dłoni. Duszy, która błaga o łzy oczyszczenia i krzyk wyzwolenia, o akty woli życia.

    Jakiś czas temu obejrzałam znakomite przemówienie “Universe has Your back”. Autorka – kobieta zajmująca się rozwojem duchowym – proponowała, by zamiast modlić się/ prosić o coś konkretnego, jak inna praca, więcej pieniędzy czy miłość partnera, raczej prosić o to by, zdarzało się coś, co przyniesie DOBRO ogólne. Coś, będzie dobre, wartościowe i słuszne zarówno dla nas jako jednostek, jak i dla naszych bliskich i środowisk, które współtworzymy. Po kilkukrotnym wysłuchaniu tego przemówienia zaczęłam pytać siebie – co najlepszego dla siebie i dla ogólnego DOBRA mogę zrobić ja – ten malusi, drobny, filigranowy człowiek. Tak kruchy i koronkowy w swojej wrażliwości. Tak skromny i ograniczony w swych fizycznych zasobach. Tak zakręcony w swoim radosnym, wielobarwnym artystycznym życiowym rozgardiaszu. Przecież jestem jedynie małą kropeczką, która potrafi “tylko” pisać, mówić i… dzielić się DARami, jakie otrzymała od życia.

    Tak – zaczął się arcytrudny czas. Tak – wchodzimy/ weszliśmy niejako w nową erę dziejów. I tak – będzie bolało. Będzie bolało bez względu na to, czy zostaniecie w szarości i niemocy, czy wyjdziecie do światła i działania. I tak – ból, jaki się pojawi na drodze światła będzie równie intensywny, jak ten, który się odczuwa w szarości. Oberwiecie niezliczone ilości razy. Podobnie jak niezliczone ilości razy spadniecie i będziecie wyć z rozpaczy. A jednak – jako człowiek, który zna te dwa przeciwne stany istnienia – jestem pewna: WARTO iść drogą światła. Warto iść drogą miłości i prawdy. Warto iść drogą świadomości. Tak – różne trudne doświadczenia mogą Ci złamać serce, nie raz, nie pięć i nie sto razy. A jeśli nauczysz się działać mimo blokad i wykorzystywać ból do tego, by na nim rosnąć – będziesz się hartować i stawać coraz MOCniejsza/ MOCniejszy.

    Pokażę to – jak to ja: człowieka-praktyka – na własnym przykładzie. Ostatnie miesiące były dla mnie jedną, wielką, życiową lekcją. I była to lekcja tak bolesna, mozolna i okrutna, jak owocna w ultra wartościowe wnioski i wspaniałe zmiany. Lekcję ową otrzymałam, jako skutek podjętej przeze mnie świadomej i dobrowolnej, choć szalenie trudnej decyzji. W listopadzie 2019 roku wysłałam intencję o potężnym ładunku energetycznym, której głównym przesłaniem było: “Proszę o oczyszczenie i usunięcie z mojego życia wszystkiego, co nie jest dla mnie dobre i co blokuje mnie przed podążaniem drogą mojej duszy i wzrostem w optymalnym dla mnie tempie. Jestem gotowa i zgadzam się ponieść wszelkie konsekwencje, będące wynikiem spełnienia owej intencji.” No i się zaczęło…

    Już kilka dni po zapisaniu, podpisaniu i wypowiedzeniu tej intencji zaczęła się “czystka”. Po trudnej rozmowie i przykrych dla mnie zarzutach (m.in. o tym, że zmyśliłam historie zawarte w mojej książce), podjęłam decyzję o rezygnacji ze współpracy z klientką, która owe zarzuty wysunęła. Dwa tygodnie później spotkałam się z jedną z moich bliskich znajomych. Od samego początku tego spotkania czułam, że znajoma próbuje bardzo nachalnie i wręcz agresywnie wchodzić poza granice, które jej wyznaczałam. Dodam, że robiłam to bardzo wyraźnie. Jak dokładnie wyglądała sytuacja? Tuż po tym, jak weszłam do jej domu, “zaatakowała” mnie komunikatem, że zrobiła obiad i że “muszę zjeść, bo się na mnie pogniewa jeśli tego nie zrobię.” To stwierdzenie – w moim odczuciu – nosi znamiona szantażu emocjonalnego, więc odpowiedziałam, jak na szantaż, a mianowicie, “że jestem wolnym człowiekiem i to ja decyduję o tym, co i kiedy jem i że nic nie muszę, a jeśli zamierza się “gniewać”, to niech się męczy z konsekwencjami swojej decyzji.” Kobieta zdawała się w ogóle nie słyszeć mojej wypowiedzi i postawiła przede mną talerze pełne jedzenia. Zgodnie z ówczesną potrzebą zjadłam trochę zupy i część drugiego dania, resztę posiłków zostawiając. Wywołało to dużą dezaprobatę owej znajomej, zamanifestowaną głośnym wzdychaniem i wypowiedziami: “Ja tyle czasu gotowałam, a Ty nie chcesz jeść.”/ “Schudłaś strasznie, może Ty chora jesteś, albo depresję masz?”/ “Źle wyglądasz Madziu, to na pewno przez to, ze tak mało jesz.” Pierwszego dnia pobytu u niej, podeszłam do tego zrzędzenia z dystansem. Stwierdziłam, że skoro wiem, jak się czuję i że nie potrzebuję się tłumaczyć z moich decyzji, nie będę odpowiadać na zaczepki. I faktycznie, na chwilę to podziałało – wspólny wieczór minął nam całkiem przyjemnie. Ale – jak to zazwyczaj bywa w przypadku szantażystów emocjonalnych – następnego dnia temat powrócił i to w znacznie bardziej intensywnej formie. Zaczęło się od śniadania, podczas którego znajoma powtórzyła wyżej przytoczone komunikaty. Tym razem odpowiedziałam bardziej stanowczo, że zaczyna mnie irytować jej zachowanie i że jeśli nie skończy tego tematu, to ja skończę nasze spotkanie i wrócę do siebie wcześniej niż planowałam. I znowu: na chwilę odpuściła, ale niespełna 3 godziny później – zupełnie, jakby jej pamięć nie zarejestrowała moich wcześniejszych wypowiedzi – zakomunikowała, że zrobiła obiad i “że muszę zjeść przed podróżą do domu, bo jeśli nie zjem to będę głodna”. I tu moja cierpliwość baaardzo się nadwyrężyła. Stanęłam naprzeciwko niej i spokojnym, ale bardzo stanowczym tonem zwróciłam się do niej: “Popatrz na mnie proszę.” Spojrzała, a ja czułam w niej rozedrganą, wibrującą niepokojem, złością i zniecierpliwieniem energię. Mimo to – nadal stanowczo – powiedziałam: “Teraz nie jestem głodna i nie będę jeść. Co z tym zrobisz, to Twoja sprawa. A na przyszłość: nie próbuj mnie zmuszać do czegokolwiek, bo Ci się to nie uda.” Po tych moich słowach znajoma w milczeniu wyszła z pokoju. Po kilku minutach wróciła… z pełnym talerzem, który postawiła na stole w pokoju, w którym przed chwilą wysłuchała tego, co do niej powiedziałam na temat jedzenia. Spojrzałam na talerz, potem na nią, wzięłam głęboki oddech i tym razem to ja wyszłam z pokoju, bez słowa komentarza. To był ten moment, kiedy już byłam na 100 % pewna, że ta relacja, w tym konkretnym momencie naszych żyć, powinna zostać na jakiś czas zawieszona. Czułam, że moje granice nie tylko nie są szanowane, ale są coraz bardziej naruszane. Uznałam też, że prostolinijny i szczery sposób komunikacji, jaki stosuję, nie dociera i nie dotrze do owej kobiety. Nie dotrze, bo ona przez całe swoje życie była poddawana i posługiwała się różnej maści manipulacjami. Nie dotrze, bo komunikacja wprost, różni się od manipulacji tak, jak język polski od chińskiego. Nie dotrze, bo ja i ona jesteśmy na taaaaak bardzo innych poziomach świadomości, że nie ma możliwości na znalezienie płaszczyzny dla dobrego dla nas obu porozumienia.

    NajMOCniejszy etap czystki, przeżyłam w Californii. Abyście mogli zobaczyć tę sytuację w szerszym kontekście – rozrysuję ją Wam z perspektywy kilku miesięcy przed moim wylotem do USA.

    Kiedy 23 grudnia 2019 roku wylądowałam w Californii, byłam w trakcie największej transformacji w moim życiu. Już wtedy czułam, że zmieniło się we mnie PRZEOGROMNIE dużo. Przemiana dokonała się zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz mnie. Zmieniło się moje ciało: jego kształt, kondycja, potrzeby, a nawet ekspresja. Wypracowałam idealny dla siebie sposób odżywiania (niemal całkowicie wegański), co pozwoliło mi dotrzeć do mojej obecnej optymalnej formy, z którą czuję się znakomicie. Podjęłam szereg szalenie ważnych decyzji. Ucięłam opisane wcześniej i jeszcze kilka innych niezdrowych dla mnie relacji i kilkadziesiąt obciążających mnie sytuacji. Postanowiłam także, że w ciągu najbliższych kilku lat chcę jak najwięcej czasu spędzać w Polsce, bo moje pasje i moje plany zawodowe są nierozerwalnie związane z Polską, Pol(a)kami i językiem polskim, który kocham całym sercem (w przeciwieństwie do angielskiego, którego nawet nie lubię). Poza tym od wyprowadzki mojego byłego partnera pierwszy raz w życiu – od końca czerwca 2019 roku – mam całe mieszkanie tylko dla siebie. Wcześniej zawsze mieszkałam z kimś, najpierw z rodziną, potem kolejno: na stancji, ze współlokatorką, z mężem, z partnerem. A teraz mam tylko swoją przestrzeń, w której jest dokładnie taka energia, jakiej potrzebuję, by rozwijać się optymalnie dla siebie. Nigdy wcześniej nie było mi w życiu tak PRZECUDOWNIE. Nigdy wcześniej nie czułam się tak doskonale w żadnym domu ani w mieszkaniu. Nawet w bajkowej Californii, gdzie miałam do dyspozycji takie “luksusy” jak basen, jacuzzi, bliskość plaży, super słoneczną pogodę, przecudną przyrodę i prywatnego, seksownego, latynoskiego “szofera”. Nawet tam nie było mi tak wspaniale, jak w mojej magicznej, wypełnionej czarodziejską, artystyczną, pluszowo-świetlistą aurą enklawie energetycznej. Moim małym sanktuarium bliskości z sobą. Moim pierwszym – stworzonym własną energią i rękoma – DOMu.

    W grudniu 2019 roku leciałam do USA z radością, bo tęskniłam za Luisem (moim ówczesnym partnerem) i za Californią, jako miejscem, ale była to już zupełnie inna radość niż ta, którą czułam, gdy leciałam tam na wakacje. Gdybym mogła zmienić termin wylotu lub sprzedać bilet to prawdopodobnie zostałabym w Polsce. Dlaczego? Bo wolałam pobyć ze sobą, nacieszyć się swoją wolnością, swobodą i przestrzenią życiową i spędzić czas na tworzeniu treści do moich “szalonych” projektów.

    Luis wyczuł zmianę we mnie od razu. I ta zmiana od samego początku była dla niego potężnym wyzwaniem. Podobnie jak dla mnie ogromnym wyzwaniem stał się jego – totalnie inny od mojego – styl życia. Ja kocham równowagę, spokój, naturę, przestrzeń ciszy, refleksji i bliskości z sobą oraz regularną aktywność fizyczną. Rozmowy z innymi ludźmi mają dla mnie sens tylko wówczas, jeśli są głębokie i jeśli mogę się – dzięki nim – czegoś nauczyć i coś ważnego i wartościowego dać drugiemu człowiekowi. Rano potrzebuję czasu tylko dla siebie, żeby świadomie i harmonijnie wejść w aktywności doby. Przygotowuję i jem śniadanie z naturalnych, nieprzetworzonych produktów. Delektuję się kawą z przyprawami korzennymi i mlekiem roślinnym, piszę, rozmawiam z sobą, czytam, słucham wartościowych dla mnie nagrań, czasami tańczę, śpiewam lub idę na spacer. Dopiero taka naładowana pozytywną, jasną energią zaczynam pracę, która polega głównie na tworzeniu treści i konsultacjach z moimi klientkami. Mam bardzo elastyczny i zmienny dobowy układ zajęć i jest mi z tym przeCUDOWNIE. Dzięki temu mogę żyć w harmonii i zgodzie ze swoimi potrzebami. Tworzę, organizuję, spotykam się z ludźmi, spaceruję, czytam, słucham nagrań, jem, śpię, ruszam się, sprzątam, odpisuję na wiadomości etc. kiedy chcę i potrzebuję, a nie w sztywnych, narzuconych “z góry” godzinach. Oczywiście, że jest sporo sytuacji, kiedy – żeby zrealizować to, co zamierzyłam – niejako muszę się dopasować do sztywnych, systemowych godzin, ale to są w moim życiu wyjątki od reguły, a nie reguła.
    Luis zaczyna dzień od włączenia komputera i sprawdzania maili firmowych. Kawę pije w trakcie odpisywania na wiadomości. Pracuje w standardowych godzinach od 9 do 17. Rzadko w ciągu tych 8 godzin ma czas na przerwę, więc często jego jedynym dziennym posiłkiem jest shake białkowy z masłem orzechowym i tostami z białego pieczywa. Po pracy jedzie na siłownię, wraca, zjada duży posiłek, bierze prysznic i… zasiada przed telewizorem z przekąskami typu chipsy, krakersy, ciastka i sztuczne napoje gazowane. I tak do 1-2 w nocy kiedy zasypia, często przy włączonym ekranie olbrzymiego telewizora. To jest jego sposób na “odreagowanie” napięcia, jakie generuje praca i obowiązki z nią związane.

    Na czas moich pierwszych pobytów u niego MOCno zmieniał schemat 2 części doby. Często wczesnym wieczorem wychodziliśmy na spacery i/lub do różnych ciekawych miejsc. Dużo rozmawialiśmy i eksplorowaliśmy miasto. W piątki chodziliśmy tańczyć. W soboty najczęściej zabierał mnie na przecudne wycieczki w ultra czarodziejskie miejsca. Niektóre niedziele spędzaliśmy z jego rodziną lub przyjaciółmi. I dopóki to wszystko było dla mnie nowe… było też ciekawe. Poznawałam totalnie inny od mojego świat: zupełnie odmienne style życia, poglądy, zachowania, smaki, sposoby budowania relacji etc. Ale kiedy aura nowości i jakiegoś rodzaju fascynacji opadła… dostrzegłam i odczułam trudne strony mojej latynosko-amerykańskiej “przygody”. Zobaczyłam też (bardzo) ciemne strony kultury amerykańskiej. Tony marnotrawionego jedzenia. Tony niesegregowanych śmieci. Hektolitry wypijanego alkoholu, sztucznych napojów oraz niezliczone ilości pochłanianych fast foodów. Puste, ogłupiające rozrywki typu rolercostery i wielogodzinne oglądanie teledysków. Ale tym, co mnie w USA poraziło zdecydowanie najMOCniej jest ignorancja (a niekiedy wręcz tępota) oraz powierzchowność relacji. Rozmowy z przeciętnym vel statystycznym Amerykaninem można porównać do jedzenia tektury polanej ketchupem. Niby czujesz jakiś smak i jakąś strukturę, ale ani Cię to nie karmi, ani Ci nie smakuje, ani nawet nie wiesz, jak zdefiniować to zjawisko. Po pierwszych 3 minutach Twój umysł zaczyna się zastanawiać czy faktycznie słyszysz to, co słyszysz. Po kolejnych 3, jak to możliwe, że rozmawiasz o takich bzdurach. A po następnych 3 szukasz wzrokiem jakiegoś spokojnego miejsca, by móc się otrząsnąć z osadu paplaniny, jaką Cię zaatakowano totalnie znienacka. Bo Amerykanie tak właśnie “atakują” potencjalnych rozmówców – są bardzo bezpośredni, a często wręcz nachalni. Mówią strasznie dużo i szybko. Niestety z umiejętnością słuchania ze szczerym zaangażowaniem jest u nich bardzo, bardzo kiepsko. Nie – nie wszyscy Amerykanie, których poznałam to powierzchowni ignoranci. Spotkałam też tych wspaniałych, inteligentnych, wrażliwych i świadomych, ale stanowią oni zdecydowaną mniejszość. I – co ciekawe – większość z tych świadomych to przedstawiciele mniejszości narodowych czyli Latynosi, Mulaci i Muzułmanie.

    Kiedy te wszystkie świadomości się we mnie poosadzały, zaczęłam o tym rozmawiać z Luisem. “Przerozmawialiśmy” kilkadziesiąt godzin. (Swoją drogą mój angielski – choć go nie lubię – okazał się znacznie lepszy niż sądziłam ;). Pytałam jak on postrzega kulturę amerykańską i wyżej opisane zachowania. Pytałam o jego najważniejsze wartości. O to, jaki styl życia jest jego wymarzonym i na ile to, jak teraz żyje, jest zgodne z jego pragnieniami. Pytałam, jak postrzega naszą relację, jakie są jego obecne potrzeby w tym obszarze i jak się czuje z tym, że mieszkamy na innych kontynentach i widujemy się kilkanaście tygodni w roku.
    Mówił, ja słuchałam i z każdym jego zdaniem wchodziłam MOCniej w niesłychanie dziwny stan, w którym równolegle wibrowało we mnie mnóstwo różnych odczuć i emocji. Czułam smutek, żal i jakiś rodzaj rozpaczy, bo byłam już pewna, że coś ogromnie ważnego w nas… umarło. Czułam złość, zawód i rozczarowanie sobą i nim, że przegapiliśmy moment, kiedy w naszych międzykontynetalnych codziennościach, staliśmy się dla siebie bardziej literkami w Messengerze i awatarami z wideo rozmów, niż żywymi, czującymi i potrzebującymi fizycznej, emocjonalnej i seksualnej bliskości ludźmi. Czułam naszą niemoc w obliczu nieuchronności zakończenia tego związku. I wstyd, że ja – świadoma, przytomna i tak cholernie doświadczona w relacjach damsko-męskich “kobita” – nie zdołałam tego przewidzieć. A właściwie nie chciałam widzieć tej sytuacji z szerszej, niż “sercowa” perspektywy. Równocześnie – w najgłębszej warstwie intuicji – subtelnie, acz bardzo wyraźnie – pulsowały mi: SPOKÓJ, AKCEPTACJA, MIŁOŚĆ I WDZIĘCZNOŚĆ. Spokój osadzony na moim nienaruszalnym poczuciu własnej wartości i pewności, że życie mnie kocha nawet – a może zwłaszcza – kiedy jakaś ważna część mojego świata zapada się pod ziemię. Akceptację wyrastającą na pokorze wobec życia i wobec jego – przewyższającej moje ludzkie, wąskie postrzeganie – MĄDROŚCI. Miłość – bezwarunkową, serdeczną i czułą do siebie i do Luisa, jako istot ludzkich, do ukochanych dzieci Wszechświata. Miłość, którą najpierw nauczyłam się czerpać ze Źródła i dawać sobie, a potem obdarzać nią inne istoty. Wdzięczność za DAR życia i nieograniczone możliwości doświadczania, jakie otrzymuję każdego dnia.
    A kiedy – po tych wielogodzinnych rozmowach – dotarliśmy do momentu, gdy oboje poczuliśmy, że najlepszym rozwiązaniem tej sytuacji będzie powrót z etapu związku damsko-męskiego do etapu przyjaźni międzyludzkiej, przyszła ULGA. I znowu WDZIĘCZNOŚĆ, za to, czego dane nam było doświadczyć, dzięki temu, że się spotkaliśmy i pokochaliśmy.

    Czy żałuję czasu, energii i pieniędzy, które zainwestowałam w Californię? Ani sekundy, grama i grosza!!! Nie żałuję żadnego doświadczenia, jakie dane mi było przeżyć. Nawet tego głuchego, tępego bólu rozdzierającego serce, kiedy dotarło do mnie, że – dla dobra mojej duszy– muszę odpuścić związek z mężczyzną, którego pokochałam całą sobą. Nie żałuję żadnej z tysięcy łez, które wypłakałam, godząc się z tą stratą. Nie żałuję ani minuty spędzonej w mojej ukochanej Californii, chociaż wiem, że angażując czas, energię i pieniądze tam, opóźniłam realizację moich marzeń zawodowych w Polsce o kolejny rok. Wiecie dlaczego nie żałuję? Bo bez tych doświadczeń nie dowiedziałabym się tego wszystkiego, co wiem teraz. Nie przeżyłabym jednej z NAJWSPANIALSZYCH przygód w życiu. Nie dotknęłabym tych wszystkich CUDów. I byłabym uboższa o te wszystkie przemagiczne momenty, doświadczenia i świadomości.

    Wszystkie te doświadczenia najpierw sciachały mnie z określonej partii głupich schemaciorów, iluzji i życiowej ślepoty. A potem oszlifowały moją pokorę, poczucie akceptacji i wdzięczności za możliwość doświadczania CUDu, jakim jest życie. Dzięki tym wszystkim doświadczeniom utwierdziłam się w przekonaniu, że jedyną stałą w życiu, jedynym fundamentem, na jakim warto budować swoje życie jest kontakt z sobą i swoją wewnętrzną MOCą i z MOCą Źródła. “Tylko ja mogę pokochać siebie na zawsze, na pewno, na dobre i złe. Tylko ja mogę sobie dać gwarancję nieodrzucenia i dozgonnej wierności. Tylko w sobie znajdę pełnię zrozumienia i akceptacji. I poczucie, że cały świat może być przeciwko mnie, a ja i tak siebie nie opuszczę. I będę dla siebie wsparciem, poczuciem bezpieczeństwa i niewyczerpanym źródłem miłości. I tylko ja mogę zbudować/ odbudować siebie. Odkryć to, Kim jestem w najgłębszej warstwie duszy i pozwolić temu Komuś po prostu BYĆ.” Napisałam ten tekst 4 lata temu, w ostatnim rozdziale “Schematrixa”, a mimo upływu czasu nadal uważam, że jest idealną definicją bliskości z sobą.

    Opowiadam Wam to wszystko w kontekście obecnego trudnego momentu w dziejach świata, żeby Wam pokazać, że trudne, bolesne, niekiedy wręcz raniące do krwi sytuacje, pojawiają się w naszym życiu, byśmy mogli na nich urosnąć. Byśmy mogli się oczyścić ze wszystkiego, co przestało być dla nas dobre i co hamuje nasz wzrost. I że WARTO (Boże! Jak BARDZO WARTO!!!) zmierzyć się z bólem, który jest nieodzownym towarzyszem każdej zmiany. Bo zmiana zawsze wiąże się z rezygnacją z czegoś. Im bardziej coś nam drogie i bliskie, tym ból towarzyszący rezygnacji z tego czegoś będzie większy. A mimo to – na bazie wszystkich moich szalonych, wielobarwnych i jakże różnorakich doświadczeń – mówię Wam: WARTO. WARTO wyjść z szarej nory bezruchu i niemocy. WARTO podejmować ryzyko wejścia w nieznane. WARTO testować i szukać tej najwłaściwszej dla siebie ścieżki. Podobnie, jak WARTO iść za głosem intuicji. I WARTO odpuszczać to, co czujemy w głębi siebie, że już nie ma szans rozwoju, ani nawet przetrwania w takiej formie, która nie szkodzi. Dlaczego? Bo tylko tak można dotknąć cudu życia. Tylko mierząc się ze swoimi lękami, blokadami oraz ograniczeniami i każdego dnia próbując wyjść choć kroczek poza nie, dajemy sobie szansę na życie piękne, barwne, soczyste, pełne i takie, którego obfitość, wspaniałość i piękno czuje się całą swoją istotą.

    I kiedy zastanawiałam się nad tym, co najlepszego – każda/ każdy z nas może zrobić dla siebie i dla świata w tym szalonym, trudnym, pełnym niewiadomych czasie… kolejny raz dotarłam do tej samej “zasady”, która pomogła mi wyjść z bulimii, napisać i wydać książkę, zrealizować moje californijskie marzenie i dokonać wszystkich innych rzeczy, które nadają mojemu życiu cudowny, niepowtarzalny smak i poczucie najgłębszego SENSU istnienia. (Moim zdaniem jest to jedna z najważniejszych prawd, jakie może odkryć człowiek.) Najlepsze, co każdy z nas może zrobić dla świata to… pokochać siebie. Nauczyć się akceptacji, szacunku i bliskości z (o)sobą, którą się jest. Miłość do siebie to fundament, który – kiedy zostanie zbudowany solidnie i rzetelnie – nic i nikt nie będzie go w stanie naruszyć.

    Miłość do siebie, to – obok wolności i czułości – moja najwyższa życiowa wartość. Dlatego pod intencją, aby odeszło z mojej życiowej przestrzeni wszystko, co już mi nie służy i nie jest dla mnie dobre, kryła się inna. Jaka? “Proszę, aby w moim życiu pojawiło się optymalnie dużo miejsca na najczystszą, bezwarunkową miłość – miłość do siebie i do życia ze wszystkimi jego przejawami.” Gdy jesteśmy otoczeni (a niekiedy wręcz osaczeni) energiami, które nas obciążają, nie mamy siły, czasu i motywacji, by rozwijać siebie w optymalny dla nas sposób. Często też brakuje nam zasobów materialnych i mentalnych na swój rozwój, bo poświęcamy je dla innych ludzi. I nie – nie twierdzę, że dla każdego z Was jedyną słuszną drogą będzie zupełne odcięcie się od ludzi, przy których czujecie, że więcej tracicie, niż zyskujecie. Ja tak robię, bo czuję, wiem i wielokrotnie sprawdziłam, że dla mnie to jest najlepszy sposób, by móc wzrastać po swojemu i w swoim naturalnym tempie. Z perspektywy osoby, która w ciągu ostatnich kilku lat ucięła większość szkodliwych dla siebie relacji widzę, jak ogromnie dużo mojej świetlistej, kreatywnej, radosnej energii traciłam w tych relacjach. Z każdym definitywnym odcięciem tego, co czułam, że mnie osłabia – zaczęłam coraz wyraźniej dostrzegać, jak bardzo marnotrawiłam moje talenty, umiejętności, wiedzę i możliwości. Zarówno w relacjach z mężczyznami, którzy – mniej lub bardziej świadomie – robili sobie ze mnie trofeum/ amortyzator na swoje kompleksy/ zastępczą mamę/ pluszaka, który zbierał ich lęki/ lustro, które pokazywało tylko ich piękne strony. Jak i z kobietami-pijawkami, które wysysały ze mnie światło i jeszcze próbowały mi wmówić, że to dla mojego dobra.
    Wiecie kiedy zaczęłam się coraz MOCniej odważać na te cięcia? (Zaznaczam, że to był długi, mozolny i bardzo złożony proces. Nie zrobiłam wszystkich cięć od razu!) Gdy – po kilku latach ultra intensywnej, codziennej i wielogodzinnej  pracy nad pogłębianiem samoświadomości – w końcu dotarłam do momentu tak czułej, serdecznej i MOCnej bliskości z sobą, że przestałam się bać konsekwencji… kochania siebie najMOCniej na świecie. Przestałam się bać konsekwencji odrzucenia ze strony innych ludzi, bo nauczyłam się być dla siebie najlepszą, najukochańszą, najczulszą przyjaciółką, nauczycielką, przewodniczką i wewnętrzną mamą. I dawać sobie miłość, czułość, akceptację oraz obecność i uważność, które są podstawą zdrowej, budującej relacji z sobą. Relacji, która – budowana regularnie, wytrwale i solidnie – będzie nienaruszalnym i niezniszczalnym fundamentem zdrowego, szczęśliwego, spełnionego życia.

    Piszę Wam to wszystko, bo czuję całą sobą, że rozpoczynająca się epoka – ze swoim ultra intensywnym klimatem przełomu, transformacji i przewartościowania – uśmiecha się do nas słońcem możliwości i unosi nas wiatrem wyzwania. Czuję całą sobą, że jest to czas próby, odwagi i aktualizacji przekonań. Czuję całą sobą, że jest to czas, kiedy wielu z nas będzie mogło dokonać pięknych wyjść poza strefę komfortu  i – dzięki temu – wznieść się na kolejne poziomy samoświadomości. I tylko od nas zależy czy dostrzeżemy możliwości, jakie niesie ze sobą ów etap dziejów. Tylko od nas zależy czy utkniemy w szarej norze lęków, blokad i niemocy, czy odważymy się złapać ten – sprzyjający wzrostowi – wiatr. I czy w asyście jego rozłożystych ramion – odważymy się wystartować do słonecznej drogi naszych potencjałów.

    Jeśli podczas czytania powyższego akapitu przyszła Ci do głowy myśl typu: “piękne teorie, ale jak to przełożyć na praktykę?”, to gratuluję! Otwierasz się na szukanie rozwiązań. 🙂 A zatem, jak to przełożyć na praktykę i od czego zacząć? Od siebie. Zawsze od siebie. Zbudować siebie tak, by być pięknym, świetlistym, MOCnym ośrodkiem energetycznym. By nauczyć się, jak generować/ aktywować w sobie i zachowywać na zdrowym dla siebie poziomie – swoją życiową energię. A ponad wszystko – jak być BLISKO SIEBIE.

    Jeśli czujesz, że chciałabyś nauczyć się budowania kontaktu z sobą (bądź przepracować inną ważną dla Ciebie kwestię) i czujesz, że chcesz to zrobić przy mojej pomocy, podczas spotkań indywidualnych – w linku znajdziesz informacje na temat tej formy pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Przygotowuję także warsztaty online dla osób, które wolą pracę w grupie. Jeśli sprawy pójdą zgodnie z moim zamysłem, w drugiej połowie maja udostępnię szczegółowe informacje, a warsztaty ruszą mniej więcej w połowie czerwca. Będę Was informować na bieżąco na fanpage’u: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147

    Tu możesz przeczytać o tym, jak kobiety oceniają pracę ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Nagranie z tego linku: https://www.youtube.com/watch?v=6Gj82JMz1q8
    może być dla Ciebie zarówno ciekawym doświadczeniem, jak i testem tego, jak się czujesz podczas nawiązywania kontaktu wzrokowego, który jest jednym z najpotężniejszych narzędzi budowania relacji z sobą. Zachęcam Cię z całego serducha do obejrzenia tego nagrania i podzielenia się swoimi odczuciami/ wnioskami/ refleksjami o tym, jak odczułaś ów kontakt wzrokowy i czy odważyłaś się zrobić to ćwiczenie przed lustrem.

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

    https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

    A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.

  • Blog

    CIAŁO JEST DO KOCHANIA CZ. 2 EMOCJE A CIAŁO

    Ciało jest do kochania

    “Zrozumiałam, że moje ciało NIE jest brzydkie, wstrętne, grube i obrzydliwe, tylko tak nauczono mnie je postrzegać.”
    /Magda Adamowska/

    Dedykuję wszystkim kobietom świata. Nawet tym, których nie lubię (z wzajemnością ;)), z których poglądami fundamentalnie się nie zgadzam i które krytykują mnie za to, że tak bezceremonialnie obnażam nasze kobiece “smrodki”. Niech ten wpis będzie Deklaracją Niepodległości dla tego, co w kobiecie najpiękniejsze – samoświadomości.

    Przez wiele lat żyłam w przekonaniu, że istnieją kobiece ciała, które na żywo wyglądają tak perfekcyjnie, jak na zdjęciach i w filmach. Patrzyłam na fotografie kobiecych “ideałów” z mieszanką jadowitej zawiści, skręcającej zadrości, bezsilnej rozpaczy i tłumionej złości.
    Byłam pewna, że kobiety o nieskazitelnej, zawsze gładkiej cerze, skórze bez grama cellulitu i muskularnym, wiecznie płaskim jak patelnia brzuchu, istnieją naprawdę. Podobnie jak byłam pewna, że można być jednocześnie żywą istotą, podlegającą prawom natury i wyglądać cały czas, jak awatar ze zdjęcia obrobionego w programie komputerowym.
    Piszę to i pukam się w głowę! A jednak – przez większość mojego życia brodziłam w bagnie iluzji. Co gorsza – kompletnie nie miałam świadomości, że to robię! Ani, że poza ciasną klatką moich kobiecych kompleksów, tuczonych papką z marketingowego shitu, radośnie kicają sobie Prawda i jej najlepsza przyjaciółka – Wolność. Co ciekawe – klatkę tę otworzył dla mnie Mężczyzna. To Mężczyzna pomógł mi odkryć i zrozumieć moją Kobiecość. Kobiecość żywą, autentyczną i – o ironio! – doskonałą w swym braku perfekcji. Karmiona czułą akceptacją Mężczyzny zdobywałam kolejne levele swojej kobiecej świadomości. Poniżej prawdy, które – gdy osadziłam je w emocjach* – przyniosły mi wyzwolenie. Bierzcie i niech Was nakarmią najpiękniej jak się da!

    Świadomie zapamiętujemy jedynie ułamek tego, czego doznajemy. W naszych ciałach i magazynowana jest pamięć wszystkich doświadczeń, jakich w ciągu życia jesteśmy – czynnymi lub biernymi – uczestnikami. Podświadomość można porównać do twardego dysku komputera o gigantycznej pojemności. Gromadzą się tam wszystkie nasze wspomnienia i emocje. Podobnie jest z ciałem – w jego komórkach pulsuje pamięć “absolutna” naszych przeżyć. Z tym, że jest to pamięć skrajnie subiektywna co oznacza, że ciało zapamiętuje nie fakty lecz odczucia.

    Coraz liczniejsze badania naukowców pokazują ogromne zależności między tym, jak traktujemy swoją i cudzą cielesność w wieku dorosłym, a tym w jaki sposób nauczono nas traktować ją, gdy byliśmy dziećmi. To pamięć ciała sprawia, że raz wyuczone “cielesne” umiejętności jak jazda na rowerze, pływanie czy wiązanie sznurówek już nigdy u nas nie zanikają. W przeciwieństwie do tego, co zapamiętujemy intelektualnie, jak choćby słowa w języku obcym – wspomnianych wyżej czynności nie jesteśmy się w stanie “oduczyć”. Podobnie jak ruchy pedałowania czy wiązania kokardek, nasze ciała zapamiętują sposób, w jaki byliśmy dotykani i jak sami dotykaliśmy.

    Emocje są energią biologiczną czy – jak sama nazwa wskazuje – naszą życiową mocą, siłą napędową. Sposób w jaki się z tą siłą obchodzimy oraz to, do czego jej używamy, decyduje o jakości naszego życia. Emocje można porównać do wody. Woda – podobnie jak energia – jest bezkształtna. Kiedy przybiera postać rzeki, sunącej po odpowiednio szerokim korycie, płynie spokojnie. Co więcej – stwarza środowisko dla rozwoju różnych form życia, od glonów, przez ryby, po ssaki. Ale w sytuacji, gdy nagle przybywa tej wody znaczna ilość, koryto staje się dla niej za wąskie i rzeka wylewa. Im większa jest dysproporcja między rozmiarem koryta, a ilością wody, tym potężniejszy będzie – nomen omen – wylew.
    Podobnie jest z emocjami. Jeśli człowiek zadba o to, by kanał przepływu był drożny i adekwatnie – do ilości energii – rozłożysty, jest w stanie tę energię ukierunkować tak, by mu służyła. Emocje istnieją, by pokazywać nam nasze najprawdziwsze potrzeby. Są drogowskazem prowadzącym nas do domu naszych pragnień.
    Strach sygnalizuje, że sytuacja, w której się znajdujemy, może być dla nas niebezpieczna. Złość wskazuje, że przekraczane są granice naszej suwerenności, że ktoś próbuje złamać nasze prawo do stanowienia o sobie. Smutek to sygnał, że czegoś nam brakuje, że za czymś tęsknimy, że w naszym życiu jest jakiś deficyt (z mojego doświadczenia wynika, że prawie zawsze chodzi o potrzebę bliskości i zrozumienia).

    Emocje mają jeszcze kilka bardzo ważnych cech. Są nieprzewidywalne, zarówno jeśli chodzi o ich formę jak i natężenie. Są też skrajnie subiektywne, tzn. każdy doświadcza ich w unikalny, właściwy tylko dla siebie sposób. Tam, gdzie jedna osoba odczuje lęk graniczący z paniką, inna może poczuć jedynie niepokój. Coś, co w Tobie wywołuje wstręt, ja mogę odczuć jako lekki niesmak. Nie bez kozery wytłuściłam słowo “czuć”, bo to właśnie trzeba robić z emocjami, jeśli chcemy być zdrowi i szczęśliwi – pozwolić sobie je czuć. Emocji jako takich, nie da się zrozumieć. Wymykają się logice. Pewnie dlatego, że za ich funkcjonowanie odpowiada inna część mózgu, niż za myślenie. Emocje trzeba czuć.

    No dobra Adamowska – ale co mają emocje wspólnego z miłością do własnego ciała? Ano duuuuużo. Miłość jest uczuciem, to wiemy wszyscy. Ale – jak stwierdził Alexander Lowen 1, z którym się zgadzam – miłość jest również emocją. “Miłość, gniew i lęk są typowymi emocjami, nazywanymi również uczuciami. Doznawanie gorąca, zimna, bólu i dotyku, wrażenia smakowe oraz węchowe są uczuciami, ale nie emocjami. (…) Emocje są ponadto przeżywane jako reakcje całego ciała. Ból mogę odczuwać na przykład w dolnej części pleców, ale gdy jestem rozgniewany, uczucie to nie jest umiejscowione czy ograniczone, bo cały jestem gniewny.”2
    Piszę to wszystko łącznie z cytatem, żeby Ci/ Wam pokazać coś, co okazało się przełomowe dla mojego procesu zdrowienia m.in. z bulimii i seksoholizmu oraz dla zbudowania miłości do własnego ciała. Co to takiego?
    Emocje są nierozerwalną częścią naszej cielesności. Są jej nieodłącznym, choć niewidzialnym elementem. Odczuwamy je w ciele i poprzez ciało. Są energią wytwarzaną wewnątrz ciała, na skutek tego, co ciało odczuwa w kontakcie ze światem zewnętrznym oraz pod wpływem myśli. W praktyce oznacza to, że sposób w jaki odczuwasz emocje, ma swoje bezpośrednie przełożenie na zdrowie, kondycję i wygląd Twojego ciała. 

    Ciało jest istotą żywą. Podlega nieubłaganym, niezmiennym procesom biologicznym, fizycznym, chemicznym i fizjologicznym. Ciało każdego człowieka potrzebuje pokarmu, wody i snu. Każdy z nas (trenerki fitness, modelki i hollywoodzkie aktorki też!!!) wydala ekskrementy i gazy. Każdej osobie wyrasta owłosienie i paznokcie. Każdy z nas się poci, miewa wypryski i wahania wagi. Zdrowe i normalne jest to, że odczuwamy pociąg seksualny. Zdrowe i normalne jest doświadczanie orgazmu – zarówno podczas seksu jak i tego wywołanego masturbacją.

    Magda Adamowska, Ciało jest do kochania

    Ciało ludzkie jest plastyczne. I to poziom tej plastyczności, elastyczności ciała jest wyznacznikiem jego zdrowia. Zdrowie i kondycję ciała można rozpoznać po tym w jaki sposób się porusza. Ruchy szczęśliwego, mającego zdrowy kontakt ze swoimi emocjami człowieka są pełne wdzięku i lekkości. Ciało osoby zablokowanej emocjonalnie jest zazwyczaj skrępowane, usztywnione jakby próbowało się wbić w szablon norm kulturowych. Może być też nadmiernie pobudzone, wtedy jego ruchy są chaotyczne, nieskoordynowane, wibrujące niepokojem lub wręcz histerią.

    Magda Adamowska, Ciało jest do kochania

    Na kształt ciała ogromny wpływ mają doświadczenia z dzieciństwa, bowiem tłumione emocje zostają w ciele i niejako formują to ciało od środka. Posłużę się tu fragmentem książki wspomnianego wyżej Lowen’a, bowiem doskonale pokazuje zależności, o których wspomniałam wyżej. Lowen na przykładzie ciała swojej pacjentki pokazuje, jakie “siły” to ciało uformowały. “Aby zrozumieć Annę, należało spojrzeć uważnie na jej ciało, gdyż odzwierciedlało historię jej życia. Obie połowy jej ciała wyglądały tak, jakby nie należały do tej samej osoby. Dolna połowa była pełna i ciężka, lecz prawie nie promieniowała życiem i uczuciem.Górna połowa natomiast była wąska i charakteryzowała się ładniejszą tonacją skóry oraz większą żywotnością. Anna miała pełne i kształtne piersi, co dodawało jej kobiecości, a jej oczy były duże, o łagodnym ujmującym spojrzeniu, co podobało się mężczyznom. (…) Ociężałość dolnej połowy ciała Anny wynikała stąd, że powstrzymywała się przed podnieceniem seksualnym. Zacisk talii utrzymywał tę martwotę przez zablokowanie normalnego przepływu pobudzenia w dół ciała. Równocześnie jej oddech nie dochodził do brzucha. Wyczuwałem jednak, że była kiedyś bardzo żywą dziewczynką. (…) We wczesnym dzieciństwie przywiązała się mocno do swojego ojca (…). Wiedziała, że podnieca go seksualnie, w sposób w jaki nie udawało się to jej matce. Choć kontrolował on swoje zachowanie, gnębiło go jednak poczucie winy z powodu swych uczuć; winę tę przerzucał na Annę, piętnując jako nieprzyzwoity każdy przejaw jej uczuć seksualnych. (…) Rezultat był taki, że Anna postrzegała własną seksualność jako coś nieprzyzwoitego, uczucie, które umiejscowiło się w dolnej połowie jej ciała. Nie miała innego wyboru, jak tylko odciąć się od swej seksualności, uznając równocześnie, że tego życzył sobie jej ojciec. Do czasu gdy stała się osobą dorosłą nawyk ukrywania uczuć seksualnych tak się u niej utrwalił, że często traciła wszelką nadzieję, że uda jej się znaleźć mężczyznę, którego mogłaby w pełni pokochać.”3

    Magda Adamowska, Ciało jest do kochania

    Na wygląd ciała – oprócz diety i poziomu wysiłku fizycznego – bardzo mocno wpływają emocje. Doświadczam tego regularnie. Kiedy staję w obliczu trudnej sytuacji, która wywołuje we mnie poczucie zagrożenia, moje ciało automatycznie zatrzymuje wodę. Mówiąc innymi słowy po prostu puchnę. Tak było m.in. podczas happeningu w Warszawie i mojego wystąpienia w telewizji. Moje wewnętrzne dziecko utożsamiło te działania z czymś, za co mogłoby zostać ukarane przez matkę. Gromadząc warstwę amortyzującą, moje ciało niejako przygotowało się na doznanie przewidywanej kary. Kiedy zagrożenie minęło, zeszła też “emocjonalna opuchlizna”.

    Ciało emocje seksualność

    Magda Adamowska Ciało jest do kochania

    Kiedyś, gdy puchłam od emocji straszliwie się tym przejmowałam. Obecnie – jestem wdzięczna mojemu kochanemu ciału, że tak dobitnie pokazuje mi, że kolejne partie schematów są gotowe na odblokowanie. 😉 To jest jeden z moich ulubionych efektów pracy z emocjami – nie tylko akceptuję to, czego nie mogę zmienić, ale wręcz fascynuję się procesem odkrywania tych wszystkich niezwykłych mechanizmów i zawiłości. Wówczas takie zjawiska jak cellulit czy wypadanie włosów stają się dla mnie wskazówkami pokazującymi, jakie emocje domagają się mojej uwagi. Ciało to istny atlas duszy. Ucząc się odczytywać znaki, które mi daje – uczę się być najprawdziwszą sobą.

    Kochać swoje ciało bezwarunkowo to znaczy kochać je całe. Kochać takie, jakie jest naprawdę. Ze wszystkimi tak zwanymi wadami, brakami, nadmiarami i innymi ‘wykroczeniami’ wobec ogólnie przyjętych kanonów piękna. Kochać je bezwarunkowo to kochać nie tylko, kiedy czujesz się w nim dobrze i komfortowo, ale także – a może zwłaszcza, gdy Ci “dokucza”. Kochać, gdy bywa osłabione, nabrzmiałe i obolałe podczas okresu. I kiedy miewa wzdęcia, wydala gazy oraz ekskrementy. Kochać równie mocno, gdy wymuskane po kąpieli i depilacji, pryskasz luksusową perfumą i zdobisz ładną bielizną, co wówczas kiedy po treningu, śmierdzi i lepi się od potu. Kochać kiedy tańczy do białego rana. I gdy wstrząsa nim spazmatyczny płacz. Kochać to ciało, które przyciąga partnerów seksualnych. I to, które siada na muszli klozetowej. To, które przytula się do ciał ukochanych osób. I to, które doznawało przemocy. Ciało jest Twoim najwierniejszym kompanem. Tylko ono zostanie z Tobą aż do śmierci. I tylko od Ciebie zależy, jaką jakość będzie miało życie, którego za pomocą swojego ciała doświadczasz.

    ciało emocje seksualność

    Magda Adamowska, Ciało jest do kochania

    Twoje ciało, podobnie jak Twoja osobowość i cała Ty – jest unikatem. Nie ma we wszechświecie drugiej takiej postaci. Jesteś jedyna w swoim rodzaju. Buduj więc swoją formę i sylwetkę w oparciu o swoje wyjątkowe, niepowtarzalne cechy i potrzeby, a nie pod dyktando wzorców narzucanych przez ludzi, którzy zarabiają dzięki podsycaniu w Tobie poczucia niższości. Kobiecy magnetyzm owszem manifestuje się poprzez ciało, ale jest kwestią niewymownie złożoną. Uroda, waga i wygląd ciała nie są sednem kobiecej atrakcyjności. Jest mnóstwo przepięknych wizualnie kobiet, które jednak emanują nieprzyjemną, a wręcz okropną energią. Czujesz tę energię i wszystko Ci opada. 😉 Z drugiej strony są kobiety, które – mimo urodowych “niedoskonałości” – mają absolutnie magiczną aurę. Obecność takich kobiet jest świetlista, ciepła i wibruje czułą życzliwością. Bycie blisko takich kobiet jest przyjemnością samą w sobie.
    Dlatego zamiast się porównywać do gazetowo-facebookowo-medialnych postaci – pracuj nad sobą, by obudzić swój niepowtarzalny kobiecy magnetyzm.

    Ciało emocje seksualność

    Magda Adamowska, Ciało jest do kochania

    I pamiętaj – fit “ideały” bardzo starannie selekcjonują treści, które udostępniają. Na zdjęciach i nagraniach widzisz tylko wybrane kawałeczki z życia ich ciał. Rzadko która pokaże publicznie swoje zdjęcie z pryszczem na tyłku czy wzdętym brzuchem. Pamiętaj też, że nie ma takiego zdjęcia, które oddawałoby pełny obraz człowieka. NIE ma! Jedno zdjęcie jest obrazem uchwyconym tylko z jednej perspektywy. A jak pokazują poniższe ujęcia – perspektyw są nieograniczone ilości. Spójrz chociażby na zdjęcia moich nóg. Na każdym z nich wyglądają inaczej. I żadna z fotografii nie oddaje całości i złożoności ich wyglądu. Dlatego kiedy patrzysz na zdjęcia modelek, trenerek fitness i innych “ideałów” miej świadomość, że zazwyczaj pokazują one tylko te najbardziej korzystne ujęcia swoich ciał. W rzeczywistości ich ciała – podobnie jak ciała wszystkich ludzi – są żywymi istotami i mają swoje “niedoskonałości”.

    ciało emocje seksualność

    Magda Adamowska Ciało jest do kochania

    Piszę to wszystko i “ujawniam” mało atrakcyjne ujęcia swojego ciała, z różnych okresów mojego życia, żeby Ci pokazać, że ciało ludzkie – wbrew temu co nam sączą do podświadomości przekazy rodzinne, społeczne i medialne – to nie przedmiot! Ciało jest podmiotem! Ono jest po to, byś doznawała/ doznawał cudu życia. Dzięki niemu możesz odkrywać, testować, smakować poznawać i cieszyć się nieprzebranym bogactwem świata. Dostałaś/ dostałeś je, żeby realizować plan swojego serca, a nie po to, żeby spełniać oczekiwania innych ludzi względem Ciebie. Wiem, że teraz myślisz, że takiego jakie jest nigdy nie uda Ci się pokochać. Wiem, że nie wierzysz, że kiedykolwiek poczujesz w sobie miłość do niego. Ale wiem też, że 4 lata temu myślałam dokładnie tak samo, a teraz jestem zdrowym szczęśliwym, kochającym siebie i swoje ciało człowiekiem. Ty też możesz!

    Magda Adamowska, Ciało jest do kochania

    Jeśli przy zwrocie “osadziłam je w emocjach” wpadłaś w konsternację, to wyjaśniam:
    Osadzić coś w emocjach znaczy tyle co: poczuć coś tak, że staje się częścią Ciebie, staje się z Tobą zintegrowane, wchodzi w skład Twoich przekonań i niejako staje się elementem Twojej tożsamości. Wiem – brzmi egzotycznie, ale w praktyce jest proste (choć niełatwe!) do wykonania. Trzeba “tylko” czasu, energii, regularności i wiedzy, jak to robić skutecznie. Ja uczyłam się pracować z emocjami z pomocą mojego partnera, a właściwie uczyliśmy się tego nawzajem. Dzięki temu osiągnęliśmy w niecałe trzy lata efekty, na które osobno pracowalibyśmy znacznie dłużej i mozolniej.
    Jestem absolutnie przekonana, że człowiek, aby mógł się rozwijać i wzrastać potrzebuje mieć w swoim otoczeniu osoby, od których będzie mógł czerpać inspirację, wiedzę, doświadczenie i wsparcie. I te osoby muszą – w obszarach, w których chcemy się rozwijać – być “większe” od nas.
    Gdybym sobie nie zorganizowała takiego środowiska, dalej pełzałabym po dnie Schematrix’owego szamba.
    Dlatego – mając świadomość jaaak ważne jest odpowiednie wsparcie – z serca zapraszam Cię na warsztaty CIAŁO JEST DO KOCHANIA i/lub na konsultacje indywidualne. Podzielę się z Tobą moją – zdobywaną kilka lat, czysto praktyczną i wciąż rosnącą – wiedzą. Pomogę Ci znaleźć optymalne dla Ciebie rozwiązania. Z szacunkiem i pełną akceptacją dla Twoich emocji – dam Ci przestrzeń do wyrażenia ich tak, jak będziesz tego potrzebowała.
    Przeczytaj, zastanów się, poczuj czy moja energia z Tobą współgra i czy treści, które tworzę Cię wspierają i podnoszą. Możesz być pewna, że podczas warsztatów i konsultacji dam Ci dokładnie to samo ciepło i życzliwość, jakim emanuję na moich nagraniach, bo mam jedną twarz – tę prawdziwą.

    Wiem, że ten wpis jest jak bomba emocjonalna, dlatego z serca Ci GRATULUJĘ, że dotarłaś do końca! Wierzę, że te treści – choć w obecnej chwili mogą być powalające – w dłuższej perspektywie, pomogą Ci wejść na kolejny poziom samoświadomości.

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Opinie o pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Informacje na temat aktualnie prowadzonych przeze mnie warsztatów będą pod tym linkiem: https://magdaadamowska.pl/kursy-i-warsztaty/

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

    https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

    oraz na fanpage Zdrowa Szczęśliwa Kobieta: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.

    Dodane przez
  • Blog

    CIAŁO JEST DO KOCHANIA CZ.1

    Ciało jest do kochania

    Jestem ciałem stworzonym w chwili, gdy dwa ciała stały się jednym.  Jestem ciałem stworzonym po to, by świat mógł doświadczać czułości.  Ukochując mnie,  ukochujesz najważniejsze Dzieło Boga – Duszę ubraną w Istotę Ludzką.

     

    Dedykuję ten tekst każdemu, komu nie dane było doświadczyć zdrowej, karmiącej czułości. Przytulam Was tak, jak zawsze marzyliście, by przytuliła Was Mama.

    Temat cielesności był mi niezwykle bliski od “zawsze”. Od dziecka bardzo intensywnie czułam swoje ciało. Niestety przez długie lata były to odczucia piekielnie trudne. Jako dziewczynka czułam się uwięziona we własnym ciele. Postrzegałam je jako tłuste, wstrętne, grzeszne i nieustannie domagające się jedzenia. Tętniła w nim – tak niepojęta jak arcytrudna do opanowania – energia niepokoju. Gdy stałam się nastolatką owo buzowanie tylko się nasiliło. Do odczuć wcześniej opisanych dołączyło uświadomione podniecenie seksualne. Odzywało się codziennie i z nasileniem tak potężnym, że można by nim zasilać akumulatory. Ukojenia tego nieznośnego napięcia szukałam w kompulsywnej, histerycznej wręcz masturbacji. Zdarzało mi się wywoływać orgazm nawet 15 razy pod rząd.

    Mając 13 lat zaczęłam się radykalnie odchudzać. Żywiłam się przeważnie twarożkiem, jabłkami i paluszkami. Środki przeczyszczające pomagały mi utrzymać lekkość brzucha. Romansowałam z anoreksją kilkanaście miesięcy. Najniższa waga do jakiej dobiłam to 44 kilogramy.
    Wtedy myślałam, że jedyną motywacją jak mną kierowała jest utrzymanie szczupłej sylwetki. I faktycznie – na poziomie mojej ówczesnej świadomości tak było. Chciałam się podobać, a szczupłe ciało było dla mnie głównym wyznacznikiem kobiecej atrakcyjności. Dopiero wiele lat później dowiedziałam się, że anoreksja – podobnie jak inne zaburzenia odżywiania, zaburzenia osobowości czy uzależnienia – ma podłoże emocjonalne. W książce John’a Bradshaw’a, amerykańskiego psychologa, autora bestsellerowych książek (m. in. Powrót do swego wewnętrznego domu, Toksyczny wstyd, Zrozumieć rodzinę), przeczytałam: “Anoreksja jest skrajnym przykładem podstawowego mechanizmu toksycznego wstydu – odrzucenia własnego człowieczeństwa. Anorektyczki wyrzekają się sfery emocjonalnej poprzez odmowę jedzenia, (…) stawiają jakby znak równości między pokarmem a emocjami. (…) Wiara, że można żyć bez jedzenia świadczy o całkowitym odrzuceniu swoich ludzkich ograniczeń, jest próbą bycia nadczłowiekiem.”

    Zapisuję ten cytat i przychodzi do mnie gorzkawo-drapiący wniosek. O tak! Długie lata próbowałam być nadczłowiekiem. Odcinałam się od swoich emocji na wiele innych niż głodówki sposobów. Wszystkie realizowałam przy pomocy mojego ciała. Najpierw faszerowałam je kilogramami żarcia. A kiedy mój żołądek wypełniał się po brzegi “wyrzygalności”, tak że z trudem łapałam oddech, rozpoczynałam proces uwalniania się od pożartego jedzenia. W mojej książce SCHEMATRIX W klatce ‘normalności’ opisałam to tak: “Wisiałam nad kiblem obśliniona, załzawiona, z resztkami rzygów na policzkach. Rozpaczliwie grzebałam palcami w gardle, by wydobyć z siebie, to co przed chwilą było moim ukojeniem.” I tak niemal codziennie, przez 17 lat.

    Inną – równie upadlającą jak objawy bulimiczne – torturą, jaką poddawałam moje ciało było pozwalanie mężczyznom, by traktowali je, jak żywy przedmiot. Tu chciałabym wyjaśnić coś bardzo ważnego – tortura miała głównie charakter emocjonalny. Poczucie upokorzenia wywoływał we mnie fakt, że dopuszczałam do sytuacji, w których moje ciało było traktowane, jak narzędzie do zaspokajania cudzych kaprysów. Jakby było zabawką do użycia, a nie żywą, czującą istotą. Dopuszczałam do tego, bo nie potrafiłam stawiać granic tam, gdzie stawiać je potrzebowałam.

    Poza upokorzeniem kłębiło się we mnie mnóstwo innych emocji i stanów emocjonalnych. Od poczucia winy i potwornego wstydu, przez obrzydzenie do siebie i tych mężczyzn, którym nie umiałam odmówić, po wściekłość i gniew wyrastające z bezsilności. Te i wiele innych odczuć kumulowało się w moim ciele (piszę o tym w drugiej części wpisu, tu link do niego: https://magdaadamowska.pl/cialo-jest-do-kochania-cz-2-emocje-a-cialo/

    Był w tych wszystkich niszczących mnie zachowaniach jeden kluczowy łącznik – oblepiająca, miażdżąco-zniewalająca, wżerająca się w najgłębsze zakamarki duszy nienawiść do własnego ciała. Owa nienawiść była skomplikowanym, wielowarstwowym, długotrwałym stanem emocjonalnym, a nawet postawą wobec samej siebie. Doświadczałam jej wielorako. Z jednej strony czułam do mojego ciała – momentami wręcz porażającą – pogardę. Były momenty, kiedy patrzyłam na swoje uda czy brzuch i wzbierał we mnie wstręt. Ten ohydny cellulit, te paskudne fałdy, to okropne poczucie napompowania!!! Oooo! Jak ja wtedy nie chciałam żyć w tym cielsku!!! Jak ja nie chciałam być tym cielskiem!!! Czułam się jak monstrum. Z drugiej strony, kiedy miałam głodny, pusty brzuch lubiłam moje ciało. Lubiłam, a nawet uwielbiałam doznania, jakich mi dostarczało. Uwielbiałam seks z mężczyznami, którzy mi się podobali i do których mnie ciągnęło to elektryczno-magnetyczne “coś”. Uwielbiałam ubierać się w leciutkie, zwiewne fatałaszki i kołysać biodrami przechadzając się na szpilkach. Uwielbiałam całą feerię doznań zaklętych w męskim dotyku – od pocałunków w szyję, przez seks oralny, po ekstatyczną, dziką kopulację. Ale świadomość, że odczuwałam to wszystko napawała mnie wspomnianymi wcześniej: poczuciem winy, wstydu i obrzydzenia do siebie.

    Do powyższych odczuć dochodziły inne, jak ambiwalentny stosunek do czynności jedzenia, która była dla mnie na zmianę rozkoszą smakowania i katorgą wymiotowania. Dręczyłam moje ciało także przy pomocy piekielnie niewygodnym ubrań, w które wbijałam się “żeby ładnie wyglądać”.
    Bywało, gdy w napadach furii brutalnie szczypałam się po brzuchu, biłam po twarzy i udach albo szarpałam za włosy. A kiedy atak wściekłości mijał, rozładowywałam resztę napięcia kilkoma orgazmami.

    Tak – moje ciało to absolutnie niesamowita istota. Nikt nie wycierpiał przeze mnie tak dużo i nikomu nie dałam takiej ilości ekstazy, jak jemu.

    Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo jestem szurniętą ekshibicjonistką onanizującą się historią własnego życia? A może chcę zrobić karierę na skandalu? Hmm… znam znacznie bardziej przyjemne i skuteczne sposoby na osiągnięcie satysfakcji – zarówno fizycznej, emocjonalnej jak i finansowej – niż przyznawanie się do swoich życiowych dołów, bagien i zakrętów.
    Dzielę się tym wszystkim z Tobą/ z Wami, bo jestem – najgłębiej jak to możliwe – przekonana, że bez odkrycia “ciemnej” części prawdy o sobie, NIE miałabym szans wyzdrowieć i zmienić swojego życia. Powtórzę – bez przyznania się do tego, że ma się problem, nie da się problemu rozwiązać. Dzielę się tym, bo wiem i czuję, jak bardzo świadomość, że nie jest się jedyną osobą, która doświadcza tych wszystkich emocjonalnych zawiłości, może być uwalniająca. Bo pamiętam jaaaak bardzo mi pomogły świadectwa ludzi, którzy rozpoczęli swoje procesy odzyskiwania siebie przede mną. Dzielę się, bo tylko dzieląc się nimi, mogę pomnożyć najcenniejsze skarby, jakie podarowało mi życie. Akceptację. Zrozumienie. Wiedzę. Czułość. Życzliwość. I umiejętność kochania siebie, która na nich wyrosła.
    Chcę Ci/ Wam tym i każdym innym moim tekstem, książką i całą działalnością pokazać, że da się wyjść nawet z najgłębszego bagna. Proces zmiany na lepsze jest trudny, bolesny i długotrwały, ale WARTY absolutnie każdego wysiłku. Przede wszystkim dlatego, że efekty pracy z emocjami są nieodwracalne. Im więcej rozbrajasz schematów eMOCjonalnych, tym bardziej wzrasta Twoja MOC. Życie, nie staje się łatwiejsze, lecz Ty – będąc w coraz bliższym kontakcie ze sobą – stajesz się MOCniejsza/MOCniejszy. “Nagle” dostrzegasz rozwiązania, które wcześniej schowane były za parawanem Twoich lęków, wstydów i bezradności. I przede wszystkim zaczynasz rozumieć siebie.

    Cały mój proces uzdrawiania traum z dzieciństwa, odzyskiwania siebie oraz budowania miłości do siebie i mojego ciała był (i zawsze już będzie) w swej istocie pogłębianiem zrozumienia dla tego kim naprawdę jestem. Zrozumienia własnych potrzeb, pragnień, ograniczeń i możliwości. W tym niezwykłym procesie, dane mi było dotrzeć do szalenie ważnych świadomości i wniosków. W drugiej części wpisu CIAŁO JEST DO KOCHANIA, przedstawię te z nich, które pomogły mi zbudować i nieustannie pomagają wzmacniać moją miłość do własnego ciała.

    Chcę żebyś miała/miał świadomość, że są to wnioski ogólne i przedstawiam je w bardzo dużym skrócie i uproszczeniu.

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Opinie o pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Informacje na temat aktualnie prowadzonych przeze mnie warsztatów będą pod tym linkiem: https://magdaadamowska.pl/kursy-i-warsztaty/

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

    https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

    oraz na fanpage Zdrowa Szczęśliwa Kobieta: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.

  • Blog

    DROGA DO DOMU MEGO SERCA

    Dla tych co czują się inni od reszty społeczeństwa

    “Zamierzam wytyczyć sobie drogę zupełnie odmienną niż ktokolwiek inny – wszyscy inni. (…) Zawsze czułam się inna – wiedziałam, że jestem w ‘niewłaściwej skorupce’. I wiedziałam, że moje życie to będzie wyboista droga.”

    /Księżna Diana/

    Jestem Dziwolągiem. Mam serce miękkie jak ugnieciona w dłoniach plastelina i wolę ze stali nierdzewnej. Mam duszę utkaną z cząsteczek czułości, nadgryzioną kłami pogardy. Mam miłość aniołów, którą wyszydzają niekochani.

    Jestem Dziwolągiem. Artystą, co wykleja naczynie rzeczywistości kafelkami emocji. Duszą wcieloną i ciałem, w którym duch wyrywa się do światła. Mam skórę cienką jak bibułka ale twardą niczym kamień. Płaczę, gdy szczęście przelewa się we mnie i śmieję się, by oswoić bezsilność.

    Jestem Dziwolągiem. Na oceanie hipokryzji, pośród tankowców iluzji wiosłuję uparcie na tratwie mojej prawdy. Życie raz mnie puszyście przytula, innym razem wrzuca w kolczaste zarośla. Karmi nektarem zrozumienia i funduje odtruwające głodówki.

    Jestem Dziwolągiem. Moja Droga to podróż szaleńca. Odmieńca, co skrzydłami wyobraźni rozgania mgłę codzienności. Wariata, który idąc pod prąd, szuka źródeł swojej MOCy.

    Jeśli dotyka Cię moja historia, wiedz, że to nie przypadek. I choć nie wiem dlaczego jestem, jaka jestem, storzyła mnie Siła większa i mądrzejsza od wszystkiego co znamy. Siła, która wie lepiej i rozumie głębiej. Siła, która była na wieczność przed nami i będzie na nieskończoność po nas. Ona wie dlaczego i po co. Ona zna meandry naszych istnień. Oddaję się jej nieskończonej mądrości. Niech mnie prowadzi tam, gdzie życie rozkwita obfitością dobra i piękna. By każdy dzień był święty. By święto było codziennością.

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Opinie o pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Informacje na temat aktualnie prowadzonych przeze mnie warsztatów będą pod tym linkiem: https://magdaadamowska.pl/kursy-i-warsztaty/

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

    https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

    oraz na fanpage Zdrowa Szczęśliwa Kobieta: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.

  • Blog

    DZIKOŚĆ (MOJEJ) DUSZY

    Dzikość duszy wpis blogowy

    Odkąd pamięta czuła się wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju i zupełnie INNA niż cała reszta świata.

    Uwielbiała spędzać czas sama ze sobą.

    Wśród przyrody czuła się jak w domu.

    Przestrzeń. WOLNOŚĆ. Wiatr we włosach. I ten nieuchwytny zapach słońca i powietrza na skórze.

    Uwielbiała lato. Czas sianokosów i obfitość sezonowych owoców. Do dziś pamięta obłędny smak przypalonych w ognisku ziemniaków i grzybów przypiekanych na blaszanej patelni.

    Pływanie w dzikich, rzecznych zatoczkach było dla niej rozkoszą. Czuła wtedy, że ona, jej ciało i wszystko wokół stanowią jedność. W tej magicznej chwili nie potrzebowała absolutnie nic więcej do pełni szczęścia.

    Kochała zwierzaki. Miała poczucie, że rozumieją, o czym do nich mówi.

    Ludzie w jej życiu stanowili… publiczność. Potrzebowała tylko, żeby byli. Żeby patrzyli, słuchali i cieszyli się jej twórczością i chwilową obecnością. Potrzebowała ich tylko na jakiś czas. Żeby się podzielić kawałeczkiem swojego magicznego świata. Ale nie chciała go nikomu oddawać, bo to był TYLKO JEJ ŚWIAT.

    Uważała, że ludzie powinni to rozumieć i akceptować, że ona jest TYLKO SWOJA. Że przychodzi i odchodzi kiedy chce.

    Uważała, że jej magia jest zbyt cenna i zbyt unikatowa, by mógł jej dotknąć byle kto.

    Ludzie nigdy jej nie rozumieli tak, jak potrzebowała być rozumiana. Zawsze chcieli więcej niż ona chciała dać. Chcieli być bliżej i “ważniej” niż mogła im na to pozwolić.

    Kilka razy próbowała wpuścić kogoś W-ażnego bliżej swojego magicznego świata, niż pozwalały na to dekrety jej duszy, ale zawsze kończyło się to źle dla niej i dla tego kogoś.

    Widzisz są na świecie Dusze, dla których WOLNOŚĆ jest jedynym i niezastąpionym DOMEM.

    Są Dusze, które by móc powiedzieć “tak”, najpierw muszą postawić kategoryczne “nie”.

    Są Dusze, których najważniejszą rolą jej bycie magicznymi i magnetycznymi.

    Ich przeznaczeniem jest doświadczanie cudu życia. Zachłannie i niepowstrzymanie. Całą powierzchnią swojego istnienia.

    Kiedy spotkasz taką Duszę – nie próbuj jej zawłaszczać ani zatrzymywać przy sobie. Nie ma takiego zaklęcia, które uczyni ją nie-sobą.

    Nie zakładaj jej kagańca zobowiązań i deklaracji.

    Nie próbuj wyregulować jej wielokątnej tożsamości.

    Nie próbuj szukać dla niej definicji.

    Ta Dusza jest jak wiatr – w zamknięciu umiera.

    Nie pochwycisz jej, bo schwytana roztapia się w nicość.

    Jeśli dane Ci będzie dotknąć jej magii – chłoń każdą nanosekundę jej obecności.

    Niech jej niepowtarzalna energia Cię nakarmi i wzMOCni.

    Podziękuj za piękno i dobro, którym Cię ubogaciła.

    Zachowaj w sercu nektar jej życzliwości.

    A potem pozwól jej odejść tam, gdzie WOLNOŚĆ, tam gdzie jej jedyny DOM.

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Opinie o pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Informacje na temat aktualnie prowadzonych przeze mnie warsztatów będą pod tym linkiem: https://magdaadamowska.pl/kursy-i-warsztaty/

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

    https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

    oraz na fanpage Zdrowa Szczęśliwa Kobieta: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.

  • Blog

    NAJWAŻNIEJSZA DECYZJA W ŻYCIU czyli KIEDY MUSISZ WYBIERAĆ MIĘDZY SOBĄ A RESZTĄ ŚWIATA

    Postaw siebie na pierwszym miejscu

    “Zamykam drzwi mojego domu nie dlatego, że nienawidzę tego, co jest na zewnątrz, ale dlatego, że kocham to, co jest w środku.” /Zasłyszane/

    Rok 2017 był dla mnie rokiem wychodzenia z bezpiecznej przystani do świata innych ludzi. Obnażyłam się w stopniu, który sporo osób uznało za ekshibicjonistyczny. I o ile ani przez sekundę nie żałowałam tego kroku, o tyle niektóre jego konsekwencje wciąż są dla mnie duuuużym wyzwaniem.

    Kiedy wiele miesięcy temu słuchałam nagrań o zdrowym stawianiu granic i dbałości o własne potrzeby, kiwałam głową na znak poparcia dla takowej postawy. Ooo jak ja się z nią zgadzałam! Jak ja uważałam tak samo! Więcej! Z jakim zapałem wygłaszałam niemal identyczne “postulaty” o tym, jak to warto stawiać na siebie i o siebie walczyć. Zapisuję te zdania i czuję znajomy skurcz. To mrowiejący wstyd i skwierczące zażenowanie. Nie. Nie toksyczne. Te zdrowe. Te które są strażnikami pokory i dystansu do siebie. Skąd one u mnie? Hmm… Znowu zrobię emocjonalny striptiz. No cóż, taka moja natura – uwielbiam swoją nagość. Zarówno cielesną jak i duchową.

    Niedawno zdarzyła mi się sytuacja, po której uzmysłowiłam sobie, że nie potrafię wspomnianych wyżej granic stawiać tak stanowczo, jak bym chciała. I że często – w zetknięciu z oczekiwaniami ludzi lub moimi fantazjami na ich temat – odpuszczałam własne dobro na rzecz komfortu innych. Zwłaszcza tych, którzy są dla mnie mili i/ lub których lubię. Tym tekstem postanawiam się rozprawić z moim schematem ratowania świata kosztem siebie. Bo w tym świecie, realnych zmian na lepsze dokonują tylko jednostki, które umieją dać miłość i wsparcie przede wszystkim sobie. Jednostki, które zanim zaczną ratować świat… ratują same siebie.

    No to jedziesz Adamowska! Kto ma zrozumieć, ten zrozumie. Komu z Tobą nie po drodze – niech będzie zdrowy i szczęśliwy w swojej podróży.

    Człowieku, który to przeczytasz! Może poznałeś mnie wiele lat temu, a może migam Ci tylko w postach na Facebooku. Może zamieniliśmy ze sobą kilka wirtualnych zdań, a może przegadaliśmy wiele godzin. Może patrzyłeś na mnie z zachwytem, a może obudziłam Twoje demony. Może wsparło Cię to co robię, a może wkurwił mój sposób bycia. Może mnie czujesz pod skórą, a może na dźwięk mojego głosu skóra Ci cierpnie. Może zechcesz zrozumieć moją historię, a może odwrócisz od niej oczy z obrzydzeniem. Cokolwiek zrobisz, jakkolwiek się wobec mnie zachowasz, gdziekolwiek poprowadzi Cię Twoja prawda – JA WYBIERAM SIEBIE.

    Wybieram być dla siebie najważniejsza. Wybieram stać za sobą murem. Wybieram chronić dom mego serca i pielęgnować świątynię mojej duszy. Wybieram spokój i uśmiech dziecka, co we mnie prosi o przytulenie. WYBIERAM najpierw i na zawsze kochać SIEBIE.

    Niech moja prawda mówi głośno i wyraźnie z jednoczesnym poszanowaniem Twojej niepodległości. Niech się niesie w świat lekko i życzliwie. A gdy będzie osiadała na glebie Twoich przekonań, niech zaowocuje dobrem, które Cię nakarmi. Pamiętaj proszę, że nasze prawdy mogą się różnić pięknie i budująco. I że człowiek człowiekowi może być przestrzenią akceptacji.

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Opinie o pracy ze mną: https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Informacje na temat aktualnie prowadzonych przeze mnie warsztatów będą pod tym linkiem: https://magdaadamowska.pl/kursy-i-warsztaty/

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Zapraszam Cię również do przeczytania innych moich tekstów:

    https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    https://magdaadamowska.pl/zdrowa-szczesliwa-kobieta-2/

    oraz na fanpage Zdrowa Szczęśliwa Kobieta: https://www.facebook.com/Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    A także na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Wypracuj Zdrową Szczęśliwą siebie, bo jesteś swoją życiową inwestycją.

    Dodane przez