Tagi

jak polubić swoje ciało? jak schudnąć

  • Blog

    DZIŚ SĄ MOJE 34-TE URODZINY. OSTATNIE i PIERWSZE.

    Magda Adamowska Schematrix

    “Nigdy nie zamkniesz swojego serca. To z jego otwartości płynie Twoja wrażliwość i Twoja Siła. Wchodząc w swoje najmroczniejsze rejony, otwierasz je na działanie Światła i od tego momentu następuje wymiana. Otwierając się na działanie Mocy w Tobie, wspierasz tę Moc i pozwalasz jej wyrażać się coraz to pełniej. Poczułam, jak czysta energia-misja, którą ucieleśniasz i wprowadzasz w życie wypełnia Twoje ciało i wypływa z niego, by nieodwracalnie zmieniać ludzkie życia. Dając sobie, dajesz światu.

    Obraz ze zdjęcia oraz tekst w cytacie są intuicyjnym portretem mojej duszy wykonanym przez Sylwię Kuleszę, której z całego mojego Adamowskiego serca DZIĘKUJĘ za ten – bezapelacyjnie najpiękniejszy – prezent, jaki w życiu dostałam.

    Dziś – 23 lipca 2018 roku kończę 34 lata. Od kilku dni osiada we mnie niezachwiana pewność – to są moje ostatnie urodziny w starym i pierwsze w NOWYM życiu. Taki dzień-portal między przeszłością, którą zostawiam za sobą , a przyszłością, na którą OTWIERAM serce i umysł. Urodziny absolutnie magiczne jak moja cyfra urodzenie czyli 7 ((34- 3+4= 7).
    I jak to ja – zrobiłam sobie takie giga podsumowanie swojej dotychczasowej egzystencji. A że 7 symbolizuje pełnię, całość oraz związek czasu i przestrzeni porównałam siebie z teraz do siebie sprzed 7 lat. Oto jakie wnioski mi się objawiły. Owocnej lektury!

    Magda, 27 lat. Chodząca elegancja. Nie wychodzi z domu bez makijażu i szpilek. Dla otoczenia czarująca, uczynna, przedsiębiorcza kobieta. Zdaje się,  że ze wszystkim radzi sobie koncertowo. Problem do rozwiązania? Magda jest bardziej czuła od poduchy! Pieniądze do pożyczenia? Magda wyczaruje. Piesek do przygarnięcia? Schronisko pod wezwaniem Matki Boskiej litościwej czynne 24/7. Aż trudno sobie wyobrazić, żeby Magdy nie lubić. To przecież taki wspaniały człowiek. A jednak – jest osoba, która Magdy nie znosi. Nie cierpi jej tak mocno, jak tylko można sobie wyobrazić. Kiedy na nią patrzy – czuje wstręt. Kiedy o niej myśli – w ciele wibruje jej pogarda.
    Widzisz, to co Magda pokazuje na zewnątrz, nijak się ma do tego, kim jest naprawdę. Magda, którą widzi świat to chodząca iluzja. Człowiek-awatar. Człowiek-eksponat. Człowiek-baner z napisem “emocjonalna impotencja – podchodzisz na własną (nie)odpowiedzialność”. Magda nigdy się nie przyzna, że pod maską uroczej, zaradnej, pachnącej feromonami pomiesznymi z perfumą od Chanel kobiety… kuli się malutka dziewczynka. Porażająco smutna, zdruzgotana, złamana w pół jak trzcina dziewczynka, która nigdy nie doświadczyła nawet muśnięcia akceptacji i miłości. Magda nigdy się nie przyzna, że nienawidzi tej dziewczynki. Nie cierpi jej jak najgorszego wroga. A tymczasem ta dziewczynka żyje w jej umyśle. Ta dziewczynka jest… jej ciałem.

    Magda 34 lata. Chodzący rozgardiasz. Jej ulubiona sukienka ma ponad 5 lat. Dawno wyblakła od prania i prześwituje tak, że widać pod nią nagie ciało. Magda czuje się w niej wolna i swobodna tak bardzo, że nie oddałaby jej za żadną kreację od paryskiego projektanta. Magda lubi ludzi. Jest im życzliwa i daje na wstępie spory kredyt zaufania. Ale kiedy czuje, że ktoś chce wziąć od niej więcej niż ona chce dać – stawia wyraźne granice. Bierze pełną odpowiedzialność za swoje życie. Pomaga innym w nauce tej – tak pięknej, jak trudnej – sztuki. Uczy się coraz bardziej i bardziej kochać i stawiać siebie na pierwszym miejscu. Są ludzie, którzy Magdy nie znoszą i ostro ją krytykują. Są i tacy, którzy nie umieją określić, jakie emocje Magda w nich budzi. Do wszystkich tych osób Magda podchodzi tak samo – bierze od nich to, co ją karmi, a resztę wypuszcza w emocjonalny niebyt. Już od dawna rozumie, że to ona jest siłą sprawczą swojego życia. I to ona decyduje z kim, kiedy, jak i gdzie będzie doświadczać cudu swojego życia.
    To co Magda pokazuje na zewnątrz jest idealnym odbiciem jej najprawdziwszej natury. Magda to człowiek-emocja. Człowiek-wiatr. Człowiek-niekompromis. Magda słucha tylko swojego serca. Zawsze się przyznaje do tego kim naprawdę jest, bo czuje, że najlepsza ona, to ona najprawdziwsza. Nie nosi maski, bo kocha swoją prawdziwą twarz najbardziej ze wszystkich twarzy na świecie. I przyznaje otwarcie, że od dłuuuugiego czasu systematycznie i konsekwentnie buduje relację z dziewczynką, która żyje w jej umyśle i która jest jej ciałem.

    Pierwsza Magda to ruina człowieka. Druga Magda to człowiek, który wyrósł na ruinach.
    Jaka jest główna różnica między tymi kobietami? Ta druga się nie poddała. Nie odpuściła. Walczyła jak lwica o pokarm dla swoich dzieci. Jak ptak o możliwość latania. Jak P-rzyjaciel o P-rzyjaciela. Ból tysiące razu rozrywał jej serce na strzępy. Wyła jak postrzelone zwierzę. Rozpacz odbierała jej oddech. Ocierała się o granice obłędu, ale zawsze, za każdym razem podnosiła się i próbowała jeszcze raz i jeszcze i tak aż do skutku. Skutku, którym jest jej nienaruszalna, nieodwracalna, niezaprzeczalna miłość do siebie i swojego ciała.

    Pomyślisz może – miała lepszy start ode mnie. Na pewno? Rodzina alkoholicka. Matka i ojciec DDA. Przemoc fizyczna, psychiczna i seksualna. Nadwaga w dzieciństwie. Anoreksja w wieku nastoletnim. 17 lat bulimii i 9 prostytucji.

    Nic nie dostałam za darmo. Każdy efekt jaki osiągnęłam – od zmiany pracy, przez zmianę relacji, po zmiany w wyglądzie i kondycji ciała – wypracowałam SAMO-DZIELNIE. Wypracowałam pogłębiając moją samoświadomość i wcielając zdobytą wiedzę w życie. Nikt tego nie zrobił za mnie. A zrobiłam to, bo w pewnym momencie wzięłam leniwą, sflaczałą, zapierdziałą dupę w troki i zdecydowałam: chcę być i będę zdrową, szczęśliwą kobietą. Nic i nikt mnie nie powstrzyma. Prędzej się zesram na środku centrum handlowego, niż odpuszczę walkę o siebie.

    Proces, który przeszłam nauczył mnie też pokory i szacunku dla wiedzy i doświadczenia tych ludzi, którzy żyją według zasad, których uczą oraz osiągnęli to, do czego ja sama dążę. Magda 26-letnia myślała, że wie wszystko, że rozumie wszystko i niczego się już nie musi uczyć. Magda 34-letnia wie, że warunkiem szczęśliwego życia jest nieustanne przekraczanie siebie. I że od samego zdobywania wiedzy nic się nie zmieni. Bo wiedza, której nie stosujesz w praktyce jest jak eksponat w muzeum – martwa.

    Jeśli więc teraz jesteś na takim etapie życia, że chcesz dokonać zmiany na lepsze dla siebie – rusz dupę powiadam! Rusz dupę! Sama się nie oderwie od siedzenia. Od samego czytania i słuchania – nawet najmądrzejszych treści świata – nie pokochasz siebie. Kochać to znaczy działać. Działać tak, by Ci było dobrze z samą/ samym sobą. Rusz dupę powiadam! I idź za sercem, tam są wszystkie najważniejsze dla Ciebie odpowiedzi. Twoje serce WIE kim naprawdę jesteś. A Twoim najważniejszym życiowym zadaniem jest to odkryć i konsekwentnie realizować. Dając sobie możliwość bycia najprawdziwszą/najprawdziwszym sobą, dajesz światu najlepsze, co dać możesz – unikalną, jedyną w swoim rodzaju istotę ludzką, której nikt nigdy nie zastąpi ani nie powtórzy.

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’: https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Zapraszam Cię także do przeczytania innych moich tekstów: https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    Zapraszam na fanpage: https://www.facebook.com/Magda-Adamowska-Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    Nie walcz ze sobą. WALCZ O SIEBIE, bo CZŁOWIEK JEST DO KOCHANIA.

  • Blog

    CO WARTO WIEDZIEĆ O NAWYKACH

    ciało jest do kochania

    “JAK DZIAŁA NAWYK?

    Nawyk “składa się” z 3 elementów:
    – bodźca, który nawyk uruchamia,
    – czynności (zachowania), która zadziewa się po uruchomieniu tego konkretnego bodźca i
    – nagrody, jaką uzyskujesz, dzięki temu danemu zachowaniu.

    Wytłumaczę to na przykładzie mojego zajadania. Przez wiele lat każdego dnia zamiast zdrowo uwalniać emocje, zażerałam je. Stres? Rozczarowanie? Złość? Najpierw pozwalałam, by godzinami się kumulowały. Potem, gdy po pracy wracałam do domu od razu musiałam “spuścić” z siebie to koszmarne napięcie wywołane wstrzymywaniem ogromnej ilości energii wytwarzanej przez emocje. Potrzebowałam natychmiastowej ulgi. Wiele lat wcześniej – kiedy pierwszy raz poczułam takie napięcie – upragnioną ulgę przyniosło mi jedzenie. Przyjemność płynąca zarówno z poczucia ulgi w cierpieniu, jak i przyjemność jedzenia była tak wielka, że nie byłam w stanie powstrzymać się przed objadaniem sie, kiedy kolejny raz poczułam podobne napięcie. Jadłam więc, zażerałam ból. Wprowadzałam się w stan ulgi, błogości, spokoju. Sięgałam po jedzenie, by te emocje w sobie złagodzić albo zmienić swój stan emocjonalny na inny. Powtarzałam tę
    czynność wiele razy, więc nawyk stał się nieodłączną częścią mojej codzienności. Odczuwane napięcie było bodźcem do konkretnej czynności (zachowania) w tym wypadku zajadania. Nagrodą zaś ulga, jaką to zajadanie mi przynosiło.
    Aby zmienić nawyk na zdrowy i na(j)lepszy dla Ciebie potrzebujesz w odpowiedzi na konkretny bodziec, zareagować zachowaniem, które doprowadzi Cię do tej konkretnej nagrody. Czyli, aby móc zmienić nawyk, musisz się nauczyć rozpoznawać bodziec, który powoduje, że uruchamia Ci się konkretne zachowanie. Następnie nauczyć się go wyłapywać w momencie, gdy się pojawia. A potem czynność szkodliwą, zastąpić zachowaniem zdrowym i dobrym dla Ciebie. I musi to być czynność, która pozwoli Ci uzyskać tę samą nagrodę, jaką otrzymywałaś/eś dzięki czynności działającej na Ciebie destrukcyjnie.
    Przykład:
    W przypadku mojego zajadania dokonałam zmiany nawyku sięgania po jedzenie na nawyk uwalniania emocji w zdrowy i dobry dla mnie sposób. W sytuacjach, gdy zaczynam odczuwać napięcie (pojawia się bodziec) ja zamiast zajadać, uwalniam emocje, które zablokowane w ciele wywołują w nim napięcie. Niezmiennie nagrodą jest ulga, jakiej doznaję, ale dzieje się to już przy “użyciu” innego, dobrego dla mnie zachowania.

    DLACZEGO TAK ŁATWO SIĘ UZALEŻNIAMY I DLACZEGO TAK TRUDNO WYPRACOWAĆ ZDROWE NAWYKI

    Nie bez powodu napisałam, że każda zmiana to proces. Za każdym razem, gdy wykonujesz daną czynność, między Twoimi komórkami mózgowymi tworzą się tzw. połączenia neuronalne. Nawyk tworzy się bowiem poprzez powtarzanie konkretnej czynności. Im częściej jest ona wykonywana i im większe towarzyszą jej emocje, tym nawyk będzie silniejszy. Aspekt emocjonalny tu jest niesamowicie istotny. To właśnie intensywność emocji towarzyszących danemu zachowaniu sprawia, że uzależniamy się tak łatwo, a nawyków zdrowych uczymy się z takim trudem. Jak dokładnie to działa? Wyjaśnię to na przykładzie jedzenia. Kiedy jesz coś, co Ci smakuje, odczuwasz przyjemność. Im bardziej coś Ci smakuje, tym większą przyjemność odczuwasz. Im większą przyjemność odczuwasz, tym szybciej i mocniej buduje się Twój nawyk. To dlatego niemal dla każdego z nas bardziej kuszący będzie batonik niż brokuł.
    Ponadto cukier jest substancją, która wchłaniając się do krwi, powoduje wzrost poziomu hormonów odpowiedzialnych za dobry nastrój m.in. serotoniny. Uzależniamy się więc nie od substancji, tylko od stanu emocjonalnego, w jaki dana substancja nas wprowadza. Wszystkie używki jak papierosy, alkohol, kawa czy cukierki to substancje, które zmianiają nasz stan emocjonalny w taki sposób, że zaspokajają nam 2 najgłębsze potrzeby: koją ból i dostarczają przyjemności. Stosując substancje, które poprawiają Twój nastrój, doznajesz szybkiej ulgi, a ulga w cierpieniu jest rodzajem przyjemności. Tym większej, im większy był ból.
    Niestety poprawa nastroju po spożyciu konkretnej substancji jest krótkotrwała, ponieważ została wywołana sztucznie. Nie zmieniłeś swojego stanu emocjonalnego w naturalny i zdrowy dla siebie sposób tj. uwalniając trudne i bolesne emocje. Wywołałeś jedynie jego sztuczną zmianę na poziomie chemicznym czyli wprowadzając do organizmu substancje podnoszące poziom hormonów odpowiedzialnych za dobry nastrój.
    Zbudowanie nowych, zdrowych nawyków jest natomiast tym trudniejsze, im bardziej nieprzyjemne są dla Ciebie czynności, z których chcesz uczynić nawyk. Im bardziej nie znosisz danej czynności, tym trudniej będzie Ci utrzymać regularność w jej wykonywaniu. Dyskomfort odczuwany podczas jej wykonywania, będzie Cię skutecznie zniechęcał do ponownych prób. Doświadczyłam tego, kiedy zaczynałam treningi fitnessowe. Jak ja nienawidziłam tych cholernych ćwiczeń!
    Czy możliwe jest to, by ze znienawidzonej czynności uczynić jedną z ulubionych? Oczywiście. Teraz uwielbiam ćwiczenia fitness. Uwielbiam, bo wiem, co i jak zrobić, by sprawiały mi przyjemność.

    WAŻNE KWESTIE W PRACY Z NAWYKAMI

    Regularność
    Jak już wiesz – nawyk powstaje poprzez powtarzanie konkretnej czynności. Im częściej ją powtarzasz i im większą przyjemność odczuwasz podczas jej wykonywania, tym łatwiej będzie Ci zbudować nowy nawyk. Regularność podczas budowania nowego nawyku jest tak istotna, ponieważ moc połączeń między komórkami w Twoim mózgu, zależy właśnie od ilości powtórzeń danej czynności, jakie wykonasz. Połączenia neuronalne są jak nici – im więcej nici ułożysz na sobie, tym grubszy i mocniejszy uzyskasz sznur. W taki sposób uczymy się słów w obcym języku. Powtarzamy je i powtarzamy, aż w końcu trwale zapisują się w naszej pamięci. Co więcej – ślady po tych powtórzeniach, zapisują się nie tylko w Twoim mózgu, ale i w Twoim ciele.
    Przykład:
    Ciało systematycznie trenowane, po pewnym czasie samo dopomina się o ćwiczenia. Kiedy miałam kilkanaście lat gimnastykowałam się co dziennie. Robiłam to regularnie przez około 2 lata. Potem przestałam. Po około 17-18 latach wznowiłam treningi. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy po tak długiej przerwie moje ciało podczas treningu samo układało się w konkretny, wyćwiczony kiedyś sposób. Fakt – było mniej giętkie, ale doskonale pamiętało, jak je układałam i jakie ruchy wykonywałam wiele lat wcześniej. Dlatego tak ważna przy budowaniu nowych, zdrowych, na(j)lepszych dla Ciebie nawyków jest regularność. Ona wzmacnia nawyk.

    Rozwaga
    Używając słowa “rozwaga” mam na myśli umiejętność wyważenia odpowiednich proporcji różnych zachowań. O czym mówię? Jeśli jesteś osobą, która zagłusza emocje za pomocą zapełniaczy typu jedzenie, masz zapewne bardzo dużą tendencję do popadania w skrajności. Od obżarstwa po głodówki. Od euforii po czarną rozpacz. Od jedzenia śmieciowego żarcia po diety warzywno-owocowe. Te skrajności wywołują wielkie wahania nastrojów. Kiedy jesz same paskudzwa typu kebaby czy hamburgery odczuwasz poczucie winy, ociężałość, a w konsekswencji poteżną złość na siebie za to, że ulegasz pokusie. Gdy natomiast żywisz się samymi jarzynami, głód jaki odczuwasz wywołuje rozdrażnienie, spadek energii i frustrację.
    Napięcie, które się pojawia, gdy te wszystkie emocje w Tobie buzują powoduje, że nie umiesz myśleć racjonalnie. A to z kolei uniemożliwia Ci utrzymanie regularności w powtarzaniu zdrowych nawyków. W reakcji na rozczarowanie sobą i swoim brakiem dyscypliny – zaczynasz zajadać. Masz poczucie winy, więc się głodzisz. Głód wywołuje wściekłość. I koło się zamyka. Co z tym zrobić? Od razu podejść do tego – nomen omen – rozważnie. Rozważnie czyli bez popadania w skrajności. Zanim rozpoczniesz proces zmiany przygotuj się po pierwsze na to, że będziesz doznawać najróżniejszych emocji. Raz będzie Ci szło gładko i będziesz odczuwać przyjemność ucząc się nowych zachowań. Zaś innym razem już na samą myśl o zjedzeniu zdrowego posiłku czy o treningu wpadniesz we wściekłość. Po drugie zaakceptuj fakt, że nie masz żadnego wpływu na to, jakie emocje do Ciebie przyjdą, a tylko na sposób, w jaki sobie z ich pojawieniem się poradzisz. Im szybciej pogodzisz się z tymi prawidłowościami, tym łatwiej Ci będzie radzić sobie z rozczarowaniem i złością, gdy okaże się, że efekty jakich oczekujesz, nie przychodzą tak szybko i łatwo, jak byś chciała/chciał.
    Akceptacja tego, czego nie możesz lub nie umiesz zmienić, jest kluczowa dla Twojej zmiany na(j)lepsze. Dlaczego? Bo nie tracisz energii i czasu na – z góry przegraną – walkę. Od wielu miesięcy zadziwia mnie fakt, że im bardziej akceptuję rzeczy, których nie mogę zmienić, tym szczęśliwsza jestem. Kiedyś walczyłam ze sobą. Teraz walczę o siebie. Na czym polega różnica? Kiedy walczysz ze sobą, tak naprawdę walczysz z tym, kim jesteś. Z własną, niepowtarzalną naturą. Zdradzasz tego kogoś, kim jesteś w najgłębszej warstwie swojego istnienia.
    Kiedy walczysz o siebie pozwalasz temu, co w Tobie najprawdziwsze wyrazić się w pełni. Kiedy walczyłam z bulimią, czułam się bardzo sfrustrowana i nieszczęśliwa. Gdy zaczęłam się wsłuchiwać w to, co ta choroba chce mi pokazać, zrozumiałam, że ona uratowała mi życie. Co za brewerie Ci tu opowiadam? Oszalałam? Jak choroba może uratować życie? A no może. Kiedy zrozumiesz dlaczego się pojawiła i co masz dzięki niej zrozumieć. Ja dzięki bulimii uświadomiłam sobie, gdzie nie byłam sobą. Gdzie siebie emocjonalnie gwałciłam. Gdzie nie umiałam bronić granic swojej automonii i godności. W im większym kłamstwie o sobie samej/samym żyjesz, tym głośniej i intensywniej Twoja prawdziwa natura dopomina się o swoje prawa. Nigdy nie zazna szczęścia ktoś, kto nie umie/boi się być sobą. Czym dla mnie jest prawdziwe szczęście? Jestem głęboko przekonana, że szczęście to taki stan, kiedy człowiek czuje w sobie równowagę.

    Równowagę czyli poczucie, że w jego życiu wszystko jest tak, jak ma być, jak chce, żeby było. Że wszystkie ważne elementy jego życia równo się w nim ważą. Że kocha siebie, dzięki czemu umie kochać innych ludzi. Dba o siebie, a to sprawia, że chce i ma przestrzeń emocjonalną, by zadbać też o innych. Że czuje w sobie szczęście, więc promieniuje nim dookoła. Tak, równowaga to fantastyczny stan. Najcudowniejsza jest ta odczuwana na wszytkich poziomach świadomości równocześnie. Tam gdzie emocje, myśli i ciało współgrając, tworzą w Tobie pełnię.
    Kiedy masz w sobie taką równowagę, zdrowe nawyki przychodzą same. Bo kochasz siebie tak mocno, że robisz dla siebie tylko te rzeczy, które Ci służą i Cię budują.”

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’: https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Zapraszam Cię także do przeczytania innych moich tekstów: https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    Zapraszam na fanpage: https://www.facebook.com/Magda-Adamowska-Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    Nie walcz ze sobą. WALCZ O SIEBIE, bo CZŁOWIEK JEST DO KOCHANIA  🙂

     

  • Blog

    CIAŁO JEST DO KOCHANIA CZ.1

    Ciało jest do kochania

    Dedykuję ten tekst każdemu, komu nie dane było doświadczyć zdrowej, karmiącej czułości. Przytulam Was tak, jak zawsze marzyliście, by przytuliła Was Mama.

    Temat cielesności był mi niezwykle bliski od “zawsze”. Od dziecka bardzo intensywnie czułam swoje ciało. Niestety przez długie lata były to odczucia piekielnie trudne. Jako dziewczynka czułam się uwięziona we własnym ciele. Postrzegałam je jako tłuste, wstrętne, grzeszne i nieustannie domagające się jedzenia. Tętniła w nim – tak niepojęta jak arcytrudna do opanowania – energia niepokoju. Gdy stałam się nastolatką owo buzowanie tylko się nasiliło. Do odczuć wcześniej opisanych dołączyło uświadomione podniecenie seksualne. Odzywało się codziennie i z nasileniem tak potężnym, że można by nim zasilać akumulatory. Ukojenia tego nieznośnego napięcia szukałam w komplusywnej, histerycznej wręcz masturbacji. Zdarzało mi się wywoływać orgazm nawet 15 razy pod rząd.

    Mając 13 lat zaczęłam się radykalnie odchudzać. Żywiłam się przeważnie twarożkiem, jabłkami i paluszkami. Środki przeczyszczające pomagały mi utrzymać lekkość brzucha. Romansowałam z anoreksją kilkanaście miesięcy. Najniższa waga do jakiej dobiłam to 44 kilogramy.
    Wtedy myślałam, że jedyną motywacją jak mną kierowała jest utrzymanie szczupłej sylwetki. I faktycznie – na poziomie mojej ówczesnej świadomości tak było. Chciałam się podobać, a szczupłe ciało było dla mnie głównym wyznacznikiem kobiecej atrakcyjności. Dopiero wiele lat później dowiedziałam się, że anoreksja – podobnie jak inne zaburzenia odżywiania, zaburzenia osobowości czy uzależnienia – ma podłoże emocjonalne. W książce John’a Bradshaw’a, amerykańskiego psychologa, autora bestsellerowych książek (m. in. Powrót do swego wewnętrznego domu, Toksyczny wstyd, Zrozumieć rodzinę), przeczytałam: “Anoreksja jest skrajnym przykładem podstawowego mechanizmu toksycznego wstydu – odrzucenia własnego człowieczeństwa. Anorektyczki wyrzekają się sfery emocjonalnej poprzez odmowę jedzenia, (…) stawiają jakby znak równości między pokarmem a emocjami. (…) Wiara, że można żyć bez jedzenia świadczy o całkowitym odrzuceniu swoich ludzkich ograniczeń, jest próbą bycia nadczłowiekiem.”

    Zapisuję ten cytat i przychodzi do mnie gorzkawo-drapiący wniosek. O tak! Długie lata próbowałam być nadczłowiekiem. Odcinałam się od swoich emocji na wiele innych niż głodówki sposobów. Wszystkie realizowałam przy pomocy mojego ciała. Najpierw faszerowałam je kilogramami żarcia. A kiedy mój żołądek wypełniał się po brzegi “wyrzygalności”, tak że z trudem łapałam oddech, rozpoczynałam proces uwalniania się od pożartego jedzenia. W mojej książce SCHEMATRIX W klatce ‘normalności’ opisałam to tak: “Wisiałam nad kiblem obśliniona, załzawiona, z resztkami rzygów na policzkach. Rozpaczliwie grzebałam palcami w gardle, by wydobyć z siebie, to co przed chwilą było moim ukojeniem.” I tak niemal codziennie, przez 17 lat.
    Inną – równie upadlającą jak objawy bulimiczne – torturą, jaką poddawałam moje ciało było pozwalanie mężczyznom, by traktowali je jak żywy przedmiot. Tu chciałabym wyjaśnić coś bardzo ważnego – tortura miała głównie charakter emocjonalny. Większość (większość, nie wszystkie!) wyżej czynności, w sensie fizycznym nie była dla mnie niczym nieprzyjemnym, bo seks sam w sobie uwielbiam. Poczucie upokorzenia wywoływał we mnie fakt, że dopuszczałam do sytuacji, w których moje ciało było traktowane, jak narzędzie do zaspokajania cudzych kaprysów. Jakby było zabawką do użycia, a nie żywą, czującą istotą. Dopuszczałam do tego, bo nie potrafiłam stawiać granic tam, gdzie stawiać je potrzebowałam.
    Poza upokorzeniem kłębiło się we mnie mnóstwo innych emocji i stanów emocjonalnych. Od poczucia winy i potwornego wstydu, przez obrzydzenie do siebie i tych mężczyzn, którym nie umiałam odmówić, po wściekłość i gniew wyrastające z bezsilności. Te i wiele innych odczuć kumulowało się w moim ciele (wrócę do tego w drugiej części wpisu).

    Był w tych wszystkich niszczących mnie zachowaniach jeden kluczowy łącznik – oblepiająca, miażdżąco-zniewalająca, wżerająca się w najgłębsze zakamarki duszy nienawiść do własnego ciała.
    Owa nienawiść była skomplikowanym, wielowarstwowym, długotrwałym stanem emocjonalnym, a nawet postawą wobec samej siebie. Doświadczałam jej wielorako.

    Z jednej strony czułam do mojego ciała – momentami wręcz porażającą – pogardę. Były momenty, kiedy patrzyłam na swoje uda czy brzuch i wzbierał we mnie wstręt. Ten ohydny cellulit, te paskudne fałdy, to okropne poczucie napompowania!!! Oooo! Jak ja wtedy nie chciałam żyć w tym cielsku!!! Jak ja nie chciałam być tym cielskiem!!! Czułam się jak monstrum.

    Z drugiej strony, kiedy miałam głodny, pusty brzuch lubiłam moje ciało. Lubiłam, a nawet uwielbiałam doznania, jakich mi dostarczało. Uwielbiałam seks z mężczyznami, którzy mi się podobali i do których mnie ciągnęło to elektryczno-magnetyczne “coś”. Uwielbiałam ubierać się w leciutkie, zwiewne fatałaszki i kołysać biodrami przechadzając się na szpilkach. Uwielbiałam całą feerię doznań zaklętych w męskim dotyku – od pocałunków w szyję, przez seks oralny, po ekstatyczną, dziką kopulację. Ale świadomość, że odczuwałam to wszystko napawała mnie wspomnianymi wcześniej: poczuciem winy, wstydu i obrzydzenia do siebie.

    Do powyższych odczuć dochodziły inne, jak ambiwalentny stosunek do czynności jedzenia, która była dla mnie na zmianę rozkoszą smakowania i katorgą wymiotowania. Dręczyłam moje ciało także przy pomocy piekielnie niewygodnym ubrań, w które wbijałam się “żeby ładnie wyglądać”.
    Bywało, gdy w napadach furii brutalnie szczypałam się po brzuchu, biłam po twarzy i udach albo szarpałam za włosy. A kiedy atak wściekłości mijał, rozładowywałam resztę napięcia kilkoma orgazmami.

    Tak – moje ciało to absolutnie niesamowita istota. Nikt nie wycierpiał przeze mnie tak dużo i nikomu nie dałam takiej ilości ekstazy, jak jemu.

    Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo jestem szurniętą ekshibicjonistką onanizującą się historią własnego życia? A może chcę zrobić karierę na skandalu? Hmm… znam znacznie bardziej przyjemne i skuteczne sposoby na osiągnięcie satysfakcji – zarówno fizycznej, emocjonalnej jak i finansowej – niż przyznawanie się do swoich życiowych dołów, bagien i zakrętów.
    Dzielę się tym wszystkim z Tobą/ z Wami, bo jestem – najgłębiej jak to możliwe – przekonana, że bez odkrycia “ciemnej” części prawdy o sobie, NIE miałabym szans wyzdrowieć i zmienić swojego życia. Powtórzę – bez przyznania się do tego, że ma się problem, nie da się problemu rozwiązać. Dzielę się tym, bo wiem i czuję, jak bardzo świadomość, że nie jest się jedyną osobą, która doświadcza tych wszystkich emocjonalnych zawiłości, może być uwalniająca. Bo pamiętam jaaaak bardzo mi pomogły świadectwa ludzi, którzy rozpoczęli swoje procesy odzyskiwania siebie przede mną. Dzielę się, bo tylko dzieląc się nimi, mogę pomnożyć najcenniejsze skarby, jakie podarowało mi życie. Akceptację. Zrozumienie. Wiedzę. Czułość. Życzliwość. I umiejętność kochania siebie, która na nich wyrosła.
    Chcę Ci/ Wam tym i każdym innym moim tekstem, książką i całą działalnością pokazać, że da się wyjść nawet z najgłębszego bagna. Proces zmiany na lepsze jest trudny, bolesny i długotrwały, ale WARTY absolutnie każdego wysiłku. Przede wszystkim dlatego, że efekty pracy z emocjami są nieodwracalne. Im więcej rozbrajasz schematów eMOCjonalnych, tym bardziej wzrasta Twoja MOC. Życie, nie staje się łatwiejsze, lecz Ty – będąc w coraz bliższym kontakcie ze sobą – stajesz się MOCniejsza/MOCniejszy. “Nagle” dostrzegasz rozwiązania, które wcześniej schowane były za parawanem Twoich lęków, wstydów i bezradności. I przede wszystkim zaczynasz rozumieć siebie.

    Cały mój proces uzdrawiania traum z dzieciństwa, odzyskiwania siebie oraz budowania miłości do siebie i mojego ciała był (i zawsze już będzie) w swej istocie pogłębianiem zrozumienia dla tego kim naprawdę jestem. Zrozumienia własnych potrzeb, pragnień, ograniczeń i możliwości. W tym niezwykłym procesie, dane mi było dotrzeć do szalenie ważnych świadomości i wniosków. W drugiej części wpisu CIAŁO JEST DO KOCHANIA, przedstawię te z nich, które pomogły mi zbudować i nieustannie pomagają wzmacniać moją miłość do własnego ciała.

    Chcę żebyś miała/miał świadomość, że są to wnioski ogólne i przedstawiam je w bardzo dużym skrócie i uproszczeniu.

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’: https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić: https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Zapraszam Cię także do przeczytania innych moich tekstów: https://magdaadamowska.pl/category/blog/

    Drugą część wpisu CIAŁO JEST DO KOCHANIA zamieszczę już niebawem. Zapraszam na fanpage: https://www.facebook.com/Magda-Adamowska-Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    Nie walcz ze sobą. WALCZ O SIEBIE, bo CZŁOWIEK JEST DO KOCHANIA. 🙂