Tagi

kobieta

  • Blog

    CIAŁO JEST DO KOCHANIA CZ.1

    Ciało jest do kochania

    Dedykuję ten tekst każdemu, komu nie dane było doświadczyć zdrowej, karmiącej czułości. Przytulam Was tak, jak zawsze marzyliście, by przytuliła Was Mama.

    Temat cielesności był mi niezwykle bliski od “zawsze”. Od dziecka bardzo intensywnie czułam swoje ciało. Niestety przez długie lata były to odczucia piekielnie trudne. Jako dziewczynka czułam się uwięziona we własnym ciele. Postrzegałam je jako tłuste, wstrętne, grzeszne i nieustannie domagające się jedzenia. Tętniła w nim – tak niepojęta jak arcytrudna do opanowania – energia niepokoju. Gdy stałam się nastolatką owo buzowanie tylko się nasiliło. Do odczuć wcześniej opisanych dołączyło uświadomione podniecenie seksualne. Odzywało się codziennie i z nasileniem tak potężnym, że można by nim zasilać akumulatory. Ukojenia tego nieznośnego napięcia szukałam w komplusywnej, histerycznej wręcz masturbacji. Zdarzało mi się wywoływać orgazm nawet 15 razy pod rząd.

    Mając 13 lat zaczęłam się radykalnie odchudzać. Żywiłam się przeważnie twarożkiem, jabłkami i paluszkami. Środki przeczyszczające pomagały mi utrzymać lekkość brzucha. Romansowałam z anoreksją kilkanaście miesięcy. Najniższa waga do jakiej dobiłam to 44 kilogramy.
    Wtedy myślałam, że jedyną motywacją jak mną kierowała jest utrzymanie szczupłej sylwetki. I faktycznie – na poziomie mojej ówczesnej świadomości tak było. Chciałam się podobać, a szczupłe ciało było dla mnie głównym wyznacznikiem kobiecej atrakcyjności. Dopiero wiele lat później dowiedziałam się, że anoreksja – podobnie jak inne zaburzenia odżywiania, zaburzenia osobowości czy uzależnienia – ma podłoże emocjonalne. W książce John’a Bradshaw’a, amerykańskiego psychologa, autora bestsellerowych książek (m. in. Powrót do swego wewnętrznego domu, Toksyczny wstyd, Zrozumieć rodzinę), przeczytałam: “Anoreksja jest skrajnym przykładem podstawowego mechanizmu toksycznego wstydu – odrzucenia własnego człowieczeństwa. Anorektyczki wyrzekają się sfery emocjonalnej poprzez odmowę jedzenia, (…) stawiają jakby znak równości między pokarmem a emocjami. (…) Wiara, że można żyć bez jedzenia świadczy o całkowitym odrzuceniu swoich ludzkich ograniczeń, jest próbą bycia nadczłowiekiem.”

    Zapisuję ten cytat i przychodzi do mnie gorzkawo-drapiący wniosek. O tak! Długie lata próbowałam być nadczłowiekiem. Odcinałam się od swoich emocji na wiele innych niż głodówki sposobów. Wszystkie realizowałam przy pomocy mojego ciała. Najpierw faszerowałam je kilogramami żarcia. A kiedy mój żołądek wypełniał się po brzegi “wyrzygalności”, tak że z trudem łapałam oddech, rozpoczynałam proces uwalniania się od pożartego jedzenia. W mojej książce SCHEMATRIX W klatce ‘normalności’ opisałam to tak: “Wisiałam nad kiblem obśliniona, załzawiona, z resztkami rzygów na policzkach. Rozpaczliwie grzebałam palcami w gardle, by wydobyć z siebie, to co przed chwilą było moim ukojeniem.” I tak niemal codziennie, przez 17 lat.
    Inną – równie upadlającą jak objawy bulimiczne – torturą, jaką poddawałam moje ciało było pozwalanie mężczyznom, by traktowali je jak żywy przedmiot. Tu chciałabym wyjaśnić coś bardzo ważnego – tortura miała głównie charakter emocjonalny. Większość (większość, nie wszystkie!) wyżej czynności, w sensie fizycznym nie była dla mnie niczym nieprzyjemnym, bo seks sam w sobie uwielbiam. Poczucie upokorzenia wywoływał we mnie fakt, że dopuszczałam do sytuacji, w których moje ciało było traktowane, jak narzędzie do zaspokajania cudzych kaprysów. Jakby było zabawką do użycia, a nie żywą, czującą istotą. Dopuszczałam do tego, bo nie potrafiłam stawiać granic tam, gdzie stawiać je potrzebowałam.
    Poza upokorzeniem kłębiło się we mnie mnóstwo innych emocji i stanów emocjonalnych. Od poczucia winy i potwornego wstydu, przez obrzydzenie do siebie i tych mężczyzn, którym nie umiałam odmówić, po wściekłość i gniew wyrastające z bezsilności. Te i wiele innych odczuć kumulowało się w moim ciele (wrócę do tego w drugiej części wpisu).

    Był w tych wszystkich niszczących mnie zachowaniach jeden kluczowy łącznik – oblepiająca, miażdżąco-zniewalająca, wżerająca się w najgłębsze zakamarki duszy nienawiść do własnego ciała.
    Owa nienawiść była skomplikowanym, wielowarstwowym, długotrwałym stanem emocjonalnym, a nawet postawą wobec samej siebie. Doświadczałam jej wielorako.

    Z jednej strony czułam do mojego ciała – momentami wręcz porażającą – pogardę. Były momenty, kiedy patrzyłam na swoje uda czy brzuch i wzbierał we mnie wstręt. Ten ohydny cellulit, te paskudne fałdy, to okropne poczucie napompowania!!! Oooo! Jak ja wtedy nie chciałam żyć w tym cielsku!!! Jak ja nie chciałam być tym cielskiem!!! Czułam się jak monstrum.

    Z drugiej strony, kiedy miałam głodny, pusty brzuch lubiłam moje ciało. Lubiłam, a nawet uwielbiałam doznania, jakich mi dostarczało. Uwielbiałam seks z mężczyznami, którzy mi się podobali i do których mnie ciągnęło to elektryczno-magnetyczne “coś”. Uwielbiałam ubierać się w leciutkie, zwiewne fatałaszki i kołysać biodrami przechadzając się na szpilkach. Uwielbiałam całą feerię doznań zaklętych w męskim dotyku – od pocałunków w szyję, przez seks oralny, po ekstatyczną, dziką kopulację. Ale świadomość, że odczuwałam to wszystko napawała mnie wspomnianymi wcześniej: poczuciem winy, wstydu i obrzydzenia do siebie.

    Do powyższych odczuć dochodziły inne, jak ambiwalentny stosunek do czynności jedzenia, która była dla mnie na zmianę rozkoszą smakowania i katorgą wymiotowania. Dręczyłam moje ciało także przy pomocy piekielnie niewygodnym ubrań, w które wbijałam się “żeby ładnie wyglądać”.
    Bywało, gdy w napadach furii brutalnie szczypałam się po brzuchu, biłam po twarzy i udach albo szarpałam za włosy. A kiedy atak wściekłości mijał, rozładowywałam resztę napięcia kilkoma orgazmami.

    Tak – moje ciało to absolutnie niesamowita istota. Nikt nie wycierpiał przeze mnie tak dużo i nikomu nie dałam takiej ilości ekstazy, jak jemu.

    Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo jestem szurniętą ekshibicjonistką onanizującą się historią własnego życia? A może chcę zrobić karierę na skandalu? Hmm… znam znacznie bardziej przyjemne i skuteczne sposoby na osiągnięcie satysfakcji – zarówno fizycznej, emocjonalnej jak i finansowej – niż przyznawanie się do swoich życiowych dołów, bagien i zakrętów.
    Dzielę się tym wszystkim z Tobą/ z Wami, bo jestem – najgłębiej jak to możliwe – przekonana, że bez odkrycia “ciemnej” części prawdy o sobie, NIE miałabym szans wyzdrowieć i zmienić swojego życia. Powtórzę – bez przyznania się do tego, że ma się problem, nie da się problemu rozwiązać. Dzielę się tym, bo wiem i czuję, jak bardzo świadomość, że nie jest się jedyną osobą, która doświadcza tych wszystkich emocjonalnych zawiłości, może być uwalniająca. Bo pamiętam jaaaak bardzo mi pomogły świadectwa ludzi, którzy rozpoczęli swoje procesy odzyskiwania siebie przede mną. Dzielę się, bo tylko dzieląc się nimi, mogę pomnożyć najcenniejsze skarby, jakie podarowało mi życie. Akceptację. Zrozumienie. Wiedzę. Czułość. Życzliwość. I umiejętność kochania siebie, która na nich wyrosła.
    Chcę Ci/ Wam tym i każdym innym moim tekstem, książką i całą działalnością pokazać, że da się wyjść nawet z najgłębszego bagna. Proces zmiany na lepsze jest trudny, bolesny i długotrwały, ale WARTY absolutnie każdego wysiłku. Przede wszystkim dlatego, że efekty pracy z emocjami są nieodwracalne. Im więcej rozbrajasz schematów eMOCjonalnych, tym bardziej wzrasta Twoja MOC. Życie, nie staje się łatwiejsze, lecz Ty – będąc w coraz bliższym kontakcie ze sobą – stajesz się MOCniejsza/MOCniejszy. “Nagle” dostrzegasz rozwiązania, które wcześniej schowane były za parawanem Twoich lęków, wstydów i bezradności. I przede wszystkim zaczynasz rozumieć siebie.

    Cały mój proces uzdrawiania traum z dzieciństwa, odzyskiwania siebie oraz budowania miłości do siebie i mojego ciała był (i zawsze już będzie) w swej istocie pogłębianiem zrozumienia dla tego kim naprawdę jestem. Zrozumienia własnych potrzeb, pragnień, ograniczeń i możliwości. W tym niezwykłym procesie, dane mi było dotrzeć do szalenie ważnych świadomości i wniosków. W drugiej części wpisu CIAŁO JEST DO KOCHANIA, przedstawię te z nich, które pomogły mi zbudować i nieustannie pomagają wzmacniać moją miłość do własnego ciała.

    Chcę żebyś miała/miał świadomość, że są to wnioski ogólne i przedstawiam je w bardzo dużym skrócie i uproszczeniu.

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić:
    https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Opinie o pracy ze mną:
    https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Zapraszam Cię także do przeczytania innych moich tekstów: https://magdaadamowska.pl/category/blog/
    Na fanpage: https://www.facebook.com/Magda-Adamowska-Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    Jeśli jesteś kobietą i chcesz rozwijać swoją wiedzę na temat pracy z własnym ciałem, emocjami i seksualnością, zapraszam Cię do zamkniętej grupy: “Zdrowa Szczęśliwa Kobieta – w zgodzie z ciałem i emocjami”, którą mam wielką przyjemność prowadzić.
    Więcej o grupie: https://www.facebook.com/1699584453646147/photos/p.2211992115738709/2211992115738709/?type=1&theater
    Link do grupy: https://www.facebook.com/groups/191679131768783/

    Oraz na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Nie walcz ze sobą. WALCZ O SIEBIE, bo CZŁOWIEK JEST DO KOCHANIA.

  • Blog

    SEKSUALNA NIEBEZPIECZNA czyli JAK ROZWALIŁAM KOLEJNY PASKUDNY SCHEMAT

    “To czego się najbardziej boimy to wskazówka o tym gdzie leży największy skarb naszej duszy. Lęki są strażnikami broniącymi wejścia do jaskini ze skarbem.”
    /Cytat z blog’a Moonsetstory – Astrologia pełni/

    Niedawno zrobiłam nagranie o tym, że nie da się dokonać zmiany na lepsze, jeśli człowiek nie przyzna się przed samym sobą, że ma problem i na czym konkretnie ten problem polega. Tym wpisem chcę Wam pokazać, jak niesamowicie skutecznie działa ta metoda w moim życiu. I jakie “czary” się dzieją, gdy człowiek daje sobie pozwolenie na wsłuchanie się w swoją prawdę. Schemat, który tu opiszę był cholernie złożony i trawił mnie przez wiele lat. Rozbrojenie go zajęło mi kilka miesięcy.

    Odkąd rozesłałam książki do osób, które wsparły zbiórkę na jej wydanie… spora część mnie zaczęła się zapadać w mrok. Wykonałam zadanie – doprowadziłam do ucieleśnienia mojego “dziecka”. Kilkunastomiesięczna batalia – o zapewnienie sobie warunków do tego, by mogło powstać, by przybrało konkretną formę oraz by trafiło do czekających na nie odbiorców – wyczerpała mnie w stopniu zatrważającym. Na wiele tygodni opadłam z sił. Straciłam też ogromną część mojej MOCy, kobiecej mocy. Długo docierałam do świadomości, gdzie swoje źródło miało to osłabienie.

    Kiedy zaczynałam pisać książkę kibicowało mi sporo znajomych kobiet. Zachęcały mnie i motywowały do pracy nad treściami, które pierwotnie miały dotyczyć tylko zaburzeń odżywiania. I wszystko było pięknie do… lipca 2017 roku, kiedy to bezczelna Adamowska otworzyła puszkę Pandory. Puszkę z najbardziej palącym kobiecym wstydem – wstydem bycia człowiekiem płci żeńskiej. Wstydem posiadania ciała podlegającego – niezmiennym i nieubłaganym – prawom natury. Ciała, które odczuwa czysto zwierzęce popędy i którego każda komórka przechowuje pamięć przeszłych doświadczeń. Ciała, które od pierwszych chwil swojego istnienia – uczy się jak ma być traktowane. Ciała tak często zniewalanego pułapkami umysłu.

    W swojej naiwności wierzyłam, że kobiety (zwłaszcza te, które pierwotnie mi kibicowały) będą mnie wspierać w propagowaniu wiedzy o tym, jak te pułapki rozbrajać. Że będą się chciały nauczyć miłości i akceptacji do swojej kobiecej cielesności. Że będą czerpać z mojej wiedzy garściami. Rzeczywistość okazała się mniej różowa niż moje nadzieje. Wraz z doświadczeniami kolejnych miesięcy, przytłaczająco i boleśnie krzepło we mnie przekonanie, że dla pewnej – niestety licznej – grupy kobiet, moja wiedza i ekstremalna szczerość są po prostu… nie do zniesienia. I że dla tych kobiet zawsze będę… trędowata. Niczym chodzący wrzód, albo jak baner z napisem: “Nie patrz tam, bo nie daj Boże zobaczysz swoje błędy! Nie słuchaj, bo jeszcze się okaże, że to Cię dotyczy! Nie dotykaj, bo to obudzi BÓL. A ból może Cię powalić. I będziesz musiała się wysilić, żeby wstać.”

    Jeszcze jakiś czas temu myślałam, że to tylko moje filtry. Że patrzę na opisane wyżej kobiety przez pryzmat mojej trudnej relacji z matką. Ostatnie miesiące pokazały mi dobitnie, że ich dezaprobata łamana na wrogość wobec mnie, nie jest jedynie moim wyobrażeniem, lecz faktem.
    Wiesz co niemal zawsze okazywało się w moich interakcjach z kobietami punktem zapalnym? Moja – szeroko pojęta – seksualność. To jaki mam sposób ekspresji swojej płciowości. Jaką energię emituję. Jak się poruszam, jak wyglądam, jak mówię. I – co znamienne – jak reagują na mnie mężczyźni. Gdy dochodzi do tego wiedza o tym, że pracowałam jako prostytutka – niektóre kobiety nawet nie próbują ukryć swojej odrazy do mnie. W pewnej dziennikarce moja postać wzbudziła tak potężne emocje, że podczas rozmowy ze mną omal nie zwymiotowała. (Może kiedyś o tym opowiem). Niedawno podczas mojego wystąpienia, gdy powiedziałam, że wykonywałam najstarszy zawód świata, po sali przebiegł skrytojadowity szmer. Chwilę później usłyszałam szept młodej kobiety: “Chyba dziwka”. Zakłuło, przyznaję. I skurczyłam się dość mocno pod naporem energii zawstydzenia i pogardy, jaką emitowali odbiorcy. Kobiety bardzo skrupulatnie unikały – nawet wzrokowego – kontaktu ze mną. Gdyby nie obecność jednej bliskiej mi osoby, chyba bym się tam popłakała z bezsilności, upokorzenia i rozgoryczenia. A tak wytrzymałam do końca spotkania. Potem chyba z pół godziny ryczałam w hotelowej toalecie.

    Ale nie byłabym sobą, gdybym i na tym bólu nie urosła. A urosłam, bo pozwoliłam sobie go poczuć całą sobą. Efekt? PRZEŁOM. Tak uwalniający, jak niespodziewany. Dwa dni po wspomnianym zdarzeniu – ubrana w jedną z ulubionych sukienek i ukochane niebieskie szpilki – wyszłam na spotkanie z przyjacielem. Wyczekiwałam tego spotkania z ogromną radością, bo uwielbiam nasze nasiadówki o smaku whisky z truskawkami. Wychodziłam z domu w doskonałym nastroju. Szłam wolno, delektując się cudowną pogodą. Moje ciało (zwłaszcza jego środkowa część 😉 kołysało się miarowo i spokojnie. Mimo dziesięciocentymentrowych obcasów, bardzo wyraźniej czułam łączność z podłożem. Nic nie zapowiadało tego, co stało się chwilę poźniej. Nagle poczułam na sobie wzrok siedzących na ławce kobiet. Był surowy, zimny i kolczasty. Powietrze zawibrowało od ukąśliwych uśmieszków. Miały tę samą częstotliwość, co pomruki we wspomnianej wcześniej sali. I wtedy – delikatnie niczym szelest skrzydeł Aniołów – spłynęła na mnie MOC. Moc mojej przebudzonej Kobiecości. Moc, której przez długie miesiące za nic w świecie, nie potrafiłam (re)aktywować.
    Spojrzałam na każdą z tych kobiet. Prosto w oczy. Z całą śmiałością i dumą, jakie się zawierają w słowie samoakceptacja. Stałam prosta jak trzon łuku. Przenikając je wzrokiem ostrym niczym grot strzały. Stałam osadzona jak drzewo. Niewzruszona, a nawet wyniosła. Żadna – nawet przez kilka sekund – nie utrzymała mojego spojrzenia. To było jedno z najpiękniejszych zwycięstw, jakie odniosłam. Poczułam, że absolutnie, bezapelacyjnie pokonałam ten Strach. Strach przed agresją kobiet. Agresją tuczoną zawiścią i podlewaną kompleksami. Agresją, która wyrasta na glebie samotnej, smutnej bezradności. Agresją, tak dojmująco tożsamą z tą, którą tętniła postać mojej matki. Pierwszy raz w życiu poczułam, że ją pokonałam. Totalnie. Jej władza nade mną rozpłynęła się jak poranna mgła rozmywa się w słońcu. Po moim ciele rozlał się ciepły, jasny, miękki SPOKÓJ. Jeśli to nie był CUD to nie wiem, co nim jest.

    Wraz z tym spokojem przyszła pewność – jestem już gotowa. Gotowa na kolejny etap mojej drogi. Gotowa na to, by wyznaczać granice swojej autonomii jeszcze wyraźniej i by pilnować ich z całą stanowczością i walecznością, jakie dane mi było wypracować. Oraz by uczyć kobiety, które zechcą po tę naukę sięgnąć, jak to robić. Jak walczyć o swoją Prawdę. Jak wypracować w sobie zgodę na bycie człowiekiem płci żeńskiej. Jak pokochać swoje kobiece ciało. Jak słuchać, by słyszeć własne serce. Tak – jestem najgłębiej jak to możliwe – przekonana, że zgoda na siebie to najważniejszy klucz do szczęścia. A ja chcę być szczęśliwa. Nawet jeśli mój sposób bycia będzie wzbudzać skrajnie trudne emocje. Nawet jeśli – dla jakiejś grupy kobiet – zawsze będę tylko byłą dziwką. Nawet jeśli będą patrzyły na mnie z – równie silną jak ta, którą “częstowała” mnie matka – pogardą.

    Cóż… Życie to sztuka wyboru. Ja wybieram siebie. Siebie, która tańczy na ulicach, przytula nieznajomych i mówi wprost o skutkach przemocy. Siebie, która równie mocno jak brokuły i szparagi lubi lody i wino. Siebie, która bywa domowym trollem w starych dresiorach i ultra seksowną kocicą, której taniec hipnotyzuje. Wybieram siebie zmienną, nieprzewidywalną, spontaniczną i przedziwną. Tę, w ramionach której można się schować i tę, której wrzask rozdziera powietrze. Tę, która płacze i śmieje się tak głośno i długo jak potrzebuje. Tę, która oprócz fizycznych cycków, ma emocjonalne jaja vel odwagę, by żyć po swojemu i dla siebie. I tę, która – choć oczami wyobraźni widzi zdegustowane miny moralistek – będzie śmiało i konsekwentnie iść własną drogą. Tak mi dopomóż moje serce i Dobre Dusze, których coraz więcej wokół mnie.

    PS Ten tekst jest dla mnie absolutnie PRZEŁOMOWY, bo zamyka stare i otwiera NOWE przestrzenie mojej świadomości.

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić:
    https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Opinie o pracy ze mną:
    https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Zapraszam Cię także do przeczytania innych moich tekstów: https://magdaadamowska.pl/category/blog/
    Na fanpage: https://www.facebook.com/Magda-Adamowska-Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    Jeśli jesteś kobietą i chcesz rozwijać swoją wiedzę na temat pracy z własnym ciałem, emocjami i seksualnością, zapraszam Cię do zamkniętej grupy: “Zdrowa Szczęśliwa Kobieta – w zgodzie z ciałem i emocjami”, którą mam wielką przyjemność prowadzić.
    Więcej o grupie: https://www.facebook.com/1699584453646147/photos/p.2211992115738709/2211992115738709/?type=1&theater
    Link do grupy: https://www.facebook.com/groups/191679131768783/

    Oraz na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Nie walcz ze sobą. WALCZ O SIEBIE, bo CZŁOWIEK JEST DO KOCHANIA.

    Dodane przez
  • Blog

    KOBIETA KOBIECIE AKCEPTACJĄ

    kobieta akceptacja

    Urodziłam się jako człowiek płci żeńskiej. Powiedziałabym nawet – ultrażeńskiej.

    Kiedy patrzę na swoje zdjęcia z okresu, gdy miałam mniej więcej 2 latka, widzę małe – rozbrajające swym urokiem – Cudo. To była niesamowita dziewczynka. Odkąd pamiętam cechowała ją nadaktywność. Działanie było wpisane w jej naturę. Wszystko ją ciekawiło. Chłonęła życie całą sobą. Była rezolutna. Przebojowa. Twórcza. Zdecydowana. Czarująca. Nieustępliwa w zdobywaniu. I nieprzeciętnie wrażliwa.

    Niemal wszystko – czego potrzebowała, by stać się dojrzałą, szczęśliwą jednostką płci żeńskiej– miała w sobie. Zabrakło jej jednak – kluczowego dla prawidłowego rozwoju kobiecości – elementu… miłości dorosłej kobiety.

    Ta – rozdzierająco bolesna i miażdząco smutna – świadomość dojrzewała we mnie wiele, wiele miesięcy. Dziś widzę jaaaak bardzo nie chciałam jej do siebie dopuścić. Jak intensywnie przed nią uciekałam. I jak głęboko tkwiła i mocno broczyła we mnie Matczyna Rana.

    Jonh Bradshaw – terapeuta, autor bestsellerowych publikacji i twórca teorii wewnętrznego dziecka – w swojej fenomenalnej książce “Toksyczny wstyd” pisze:

    “Zdaniem Kaufmana bulimia, bulimia/anoreksja i anoreksja z całą pewnością rozwijają się na podłożu wstydu. Zarówno przejadaniu się jak i przeczyszczaniu towarzyszy toksyczny wstyd. Podobnie jak Tomkins, Kaufman uważa, że obżeranie się jest czynnością zastępczą. Jest substytutem niezaspokojonych, głęboko wstydliwych potrzeb interpersonalnych.”

    Dalej Bradshaw przytacza słowa Kaufmana: “Kiedy odczuwamy wewnętrzną pustkę, pragniemy fuzji z drugim człowiekiem, rozpaczliwie chcemy, by ktoś nas przytulił, tęsknimy za tym, by ktoś nas chciał i podziwiał, ale nie możemy tych pragnień zaspokoić, ponieważ kazano nam się ich wstydzić i dlatego stały się tabu – zaczynamy jeść.”

    Po czym podsumowuje: “Ale jedzenie nigdy nie uśmierzy tęsknoty, a im bardziej się tej tęsknoty wstydzimy, tym więcej jemy, by zagłuszyć wstyd. (…) Zamiast wstydzić się siebie, wstydzimy się tego, że za dużo jemy. Działa tu ten sam mechanizm, co w otyłości.”

    Co kobiece zaburzenia odżywiania i ich konsekwencje (nadwaga, zła kondycja fizyczna oraz towarzyszące im dolegliwości) mają wspólnego z brakiem zdrowej – podkreślam zdrowej, a nie stereotypowo postrzeganej – miłości ze strony matki? Według mnie – są ze sobą nierozerwalnie połączone.

    Wiesz, że słowo alimenty (przyznawane najczęściej matce “na” dzieci) pochodzi od łacińskiego “alimentare”? A alimentare znaczy jeść, karmić.

    Jakkolwiek patetycznie by to zabrzmiało – matka jest dla dziecka bezwzględnym gwarantem przetrwania. Pokarm – zarówno ten fizyczny, jak i emocjonalny – którego dziecku dostarczy matka, kształtuje je i wyposaża na późniejsze życie. Każdy niedosyt, jakiego dozna, dziecko będzie próbowało uzupełnić. Tym łapczywiej, im większego deficytu doświadczyło.

    W moim najgłębszym przekonaniu kobiece zaburzenia odżywiania (ze wszystkimi objawami) są ściśle połączone z brakiem akceptacji, a nawet pogardą do własnej cielesności. Ale wbrew powszechnej opinii – nie chodzi tu jedynie o wygląd i gabaryty ciała. Kobieta, której życie koncentruje się głównie na czynnościach pozwiązanych z jedzeniem lub niejedzeniem, jest istotą nadwyraz NIEakceptującą samej siebie. Często wręcz gardzącą tym, jakim jest człowiekiem płci żeńskiej.

    A kiedy kobieta uczy się stosunku do własnego ciała?

    Nie. Nie w okresie pokwitania. Nie szkoła ani rówieśnicy kształtują jej sposób postrzegania swojej cielesności. Nie dzieje się to też, kiedy z ukłuciem zazdrości obserwuje – fikające w skąpych kostiumach – trenerki fitness.

    Kobieta uczy się jak ma być traktowane jej ciało… już w łonie matki. Jak pokazują – coraz liczniejsze badania – na rozwój płodu kolosalny wpływ ma styl życia matki. Każdy szczegół tego życia – od dźwięków, które słyszy, przez dotyk, jakiego doświadcza, po jedzenie, które spożywa – formuje istotę ludzką, znajdującą się w jej wnętrzu. Dziecko to ciało z ciała matki. Dziewczynka to ciało z ciała kobiety.

    Kobiecości – jako zjawiska – dziewczynka może się nauczyć tylko i wyłącznie od kobiety. Energia męska może ten proces wspierać lub zakłócać. Ale nigdy mężczyzna nie będzie miał – dla rozwoju kobiecości – tak kluczowego znaczenia, jak kobieta.

    Piszę to, bo dane mi było doświadczyć tej niesamowitej świadomości. Piszę to dziś, bo dziś dotarło do mnie na poziomie emocjonalnym… po co tu jestem. Po co jestem ja – ta konkretna Kobieta.

    Ja kobieta jestem tu po to, żeby wspierać inne kobiety. By im dawać czułą życzliwość w drodze do odkrywania – unikalnych dla każdej z nich – odcieni kobiecości. Jestem tu, by ucieleśniać intencję: kobieta kobiecie akceptacją. By własnym przykładem pokazywać, że “(…) nie musimy ze sobą rywalizować. Nie musimy się poniżać i wyszydzać. Nie musimy się porównywać do modelek i trenerek fitness. One mają swoje drogi życia, swoje niepowtarzalne misje. Ja mam swoją. I Ty masz swoją. Najważniejszym życiowym zadaniem każdej z nas jest odkryć tę najwłaściwszą dla siebie i nią podążać.”

    Kobiety Kochane! W ciągu ostatnich kilku miesięcy, ponad setka z Was pozwoliła mi dotknąć swoich najintymniejszych historii. Podzieliłyście się ze mną tym, co macie najcenniejszego – esencją Waszych serc. Czytałam Wasze wiadomości, czasami widziałam Wasze oczy i czułam Wasze energie całym ciałem.

    Kobiety Kochane! Chcę Wam – zarówno moją książką, jak i całą działalnością, o szczegółach której już niedługo opowiem – powiedzieć:

    Słyszę. Widzę. ROZUMIEM. I jestem. Razem możemy odbudować to, czego nie dostałyśmy jako dziewczynki i nastolatki.

    Jeśli masz ochotę przeczytać o moim całym procesie ukochiwania siebie zapraszam Cię do lektury mojej książki SCHEMATRIX W Klatce ‘normalności’:  https://magdaadamowska.pl/produkt/schematrix/

    Jeżeli czujesz, że chciałabyś/ chciałbyś popracować ze mną indywidualnie w tym linku znajdziesz informację o tym, w jaki sposób możemy to zrobić:
    https://magdaadamowska.pl/konsultacje-mentoring/

    Opinie o pracy ze mną:
    https://magdaadamowska.pl/opinie-o-pracy-ze-mna/

    Zapraszam Cię także do przeczytania innych moich tekstów: https://magdaadamowska.pl/category/blog/
    Na fanpage: https://www.facebook.com/Magda-Adamowska-Zdrowa-Szcz%C4%99%C5%9Bliwa-Kobieta-1699584453646147/

    Jeśli jesteś kobietą i chcesz rozwijać swoją wiedzę na temat pracy z własnym ciałem, emocjami i seksualnością, zapraszam Cię do zamkniętej grupy: “Zdrowa Szczęśliwa Kobieta – w zgodzie z ciałem i emocjami”, którą mam wielką przyjemność prowadzić.
    Więcej o grupie: https://www.facebook.com/1699584453646147/photos/p.2211992115738709/2211992115738709/?type=1&theater
    Link do grupy: https://www.facebook.com/groups/191679131768783/

    Oraz na mój kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCJwA2H1LP0wheEuaJNNZ4IQ/videos

    Nie walcz ze sobą. WALCZ O SIEBIE, bo CZŁOWIEK JEST DO KOCHANIA.