Zdrowa Szczęśliwa Kobieta

Mam w życiu takie przedziwne szczęście, że to, co sprawia mi największy ból, staje się moją największą siłą. Swój najgorszy wstyd uwolniłam wypowiadając głośno to, czego się najbardziej wstydziłam. A mój najmocniejszy głód zaspokoiłam, kiedy przyznałam się przed samą sobą, że go odczuwam.

Jeśli masz ochotę dowiedzieć się więcej o mnie, moim procesie odzyskiwania siebie oraz o wnioskach, jakie w jego trakcie wyciągnęłam, zapraszam Cię do lektury poniższego tekstu. Jest to tekst niejako dopełniający moją książkę SCHEMATRIX W klatce ‘normalności’.

JAK SIĘ RODZIŁA I PO CO JEST ZDROWA SZCZĘŚLIWA KOBIETA czyli
13-TA KSIĘGA SCHEMATRIXA 😉

Przez niemal całe swoje życie nienawidziłam mojego ciała. Odkąd pamiętam czułam się w nim uwięziona. Jakby ktoś mnie w nim zamknął. Jakby było jakimś cholernym więzieniem dla mojej duszy. Od najmłodszych lat życia określano mnie – odmienianym przez wszystkie przypadki – słowem gruba. I taką właśnie tożsamość przyjęło moje ciało. Przez lata było definiowane jako wstrętne, paskudne, grzeszne, ze zwisającym sadłem i ohydnym brzuszyskiem, a przez to zasługujące na karę. I dokładnie taka jego definicja została wyryta w mojej podświadomości.
Nie pamiętam dokładnie momentu, kiedy zaczęłam odczuwać, że moje ciało i ja to jedna istota. Pamiętam natomiast doskonale, że totalnie nie umiałam się z nim pogodzić. Zawsze było dla mnie obcym, wrogim tworem. Jako dziewczynka byłam zmuszana przez matkę do noszenia zbyt ciasnych, obciskających mnie ubrań. M.in. w taki sposób byłam przez nią karana za to, że – jak zwykła mówić – żarłam jak krowa. To dodatkowo potęgowało moją pogardę i nienawiść do “cielska”, w którym przyszło mi żyć, i z którego żadnym sposobem nie umiałam się wyswobodzić. Cielska wyszydzanego zarówno przez dorosłych z rodziny, jak i moich rówieśników.

Miałam niespełna 13 lat, kiedy zaczęłam się głodzić. Wtedy sądziłam, że moją jedyną motywacją było zrzucenie nadmiaru kilogramów. Ale nawet kiedy moja waga spadła do niepokojących 44 kilo, ja nadal czułam się gruba. Z drugiej strony mój rozwijający się organizm, wyczerpany wielomiesięczną jedzeniową ascezą, zaczął domagać się pożywienia. Pewnego dnia pojawiła się w moim życiu bulimia. Była równie okrutna, co wierna. Bezwstydna i zawstydzająca jednocześnie. Szczera jak ból. Bezkompromisowa jak głód. Głód miłości. Bo tym właśnie jest bulimia. Tysiące godzin nauki i ocean wypłakanych łez kosztowało mnie dotarcie do świadomości, którą dr Gershen Kaufman przedstawia w taki sposób: “Kiedy odczuwamy wewnętrzną pustkę, pragniemy fuzji z drugim człowiekiem, rozpaczliwie chcemy, by ktoś nas przytulił, tęsknimy za tym, by ktoś nas chciał i podziwiał, ale nie możemy tych pragnień zaspokoić, ponieważ kazano nam się ich wstydzić i dlatego stały się tabu – zaczynamy jeść.”. Jak nienasycona musiałam być ja, że przez 17 lat, niemal codziennie, pożerałam kilogramy pokarmu naraz?

Ogrom mojego łaknienia można było liczyć nie tylko w tonach jedzenia, jakie pochłonęłam, ale również w tysiącach stosunków seksualnych odbytych przeze mnie z setkami mężczyzn. Mężczyzn, tak różnych jak asortyment hipermarketów. Mężczyzn, z którymi interakcje konsumowałam identycznie jak jedzenie. Napychałam się ich energiami do granic wytrzymałości. Wchłaniałam wszystkie emocje, jakie emitowali. A kiedy już nie byłam w stanie udźwignąć ich nadmiaru – dosłownie i w przenośni – wyrzygiwałam go. W mojej duszy wciąż była otchłań. Ocean nienasycenia. Wyrwa nie do zapełnienia. Nieustający, pulsujący głód. Pożerałam więc wszystko, co pożreć umiałam: od rzodkiewek po męskie serca. Przez wiele lat żyłam w mroku i bezsilności.

W grudniu 2012 roku w moim życiu nastąpił przełom. Przełom, którego potęgę jestem w stanie dostrzec i pojąć dopiero teraz, z perspektywy 49 miesięcy i oceanu doświadczeń, jakie w tym czasie ukształtowały mnie do postaci, jaką aktualnie jestem. Na czym ten przełom polegał? Na rozpoczęciu procesu zrywania toksycznej, wyniszczającej mnie więzi z kobietą, która mnie urodziła. Kiedy się dokonywał, kompletnie nie miałam pojęcia po pierwsze, że przełomem jest, po drugie, jak gigantyczne zmiany za sobą pociągnie. To, jak później potoczyło się moje życie zadziwia mnie nieustannie. Bezapelacyjnie największą, najcudowniejszą konsekwencją mojego oddzielenia się od biologicznej matki jest fakt, że im bardziej oddalałam się od niej, tym bliżej byłam siebie. I mniej było w moim życiu jej, tym większa stawała się przestrzeń mojej prawdy.

Odkąd pamiętam czułam się niewolnikiem mojej matki. Jej niezrozumiałych i toksycznych dla mnie postaw, przekonań i zachowań. Gdy byłam dzieckiem, wpędzała mnie w poczucie winy za każdym razem, gdy chciałam robić coś dla siebie. Karała mnie odrzuceniem, zarówno emocjonalnym, jak i fizycznym, za każdą próbę nawiązania relacji z moim ojcem. Wmawiała mi, że dobre – w domyśle: godne miłości – dziecko nie może kochać „złego” ojca. I że powinno być lojalne wobec „dobrej” matki. Na ile mogła, odcinała mnie od mojej babki, bo ta okazywała mi więcej serdeczności niż jej. Ograniczała mi też czas na zabawę i kontakty z rówieśnikami do minimum, zmuszając do pełnienia obowiązków darmowej gosposi i opiekunki mojego młodszego rodzeństwa. Kiedy stałam się atrakcyjną nastolatką i uwaga jej znajomych mężczyzn przeniosła się z niej na mnie, zaczęła mnie zwalczać w najbardziej podły sposób – deprecjonując wszelkie przejawy mojej kobiecości.

Po skończeniu liceum chciałam uciec od tej paranoi jak najdalej i wyjechać do innego kraju. Jednak jako maturzystce zabrakło mi zasobów – przede wszystkim emocjonalnych – do tego, by zacząć żyć po swojemu. „Po swojemu” – w tym krótkim wyrażeniu zawiera się mój wieloletni dramat.
Ponieważ byłam zupełnie nieświadoma mechanizmów, które mną kierowały, moje „po swojemu” zawsze oznaczało „wbrew matce”. Mnóstwo podejmowanych przeze mnie działań naznaczonych było walką z nią o moją nie-podległość, czyli wolność.
Ta walka przybierała coraz bardziej tragikomiczne formy. Rządziły mną skrajności. Rozpaczliwie i desperacko łamałam wszystkie normy, które ona uznawała za słuszne. Często podejmowałam działania drastycznie godzące w jej – nazwijmy to – zasady. Im bardziej coś w jej mniemaniu było złe, tym mocniej mnie do tego ciągnęło. Zakrapiane imprezy, uwodzenie, kompulsywne zakupy, anoreksja, bulimia – wszystko to, by jej pokazać: “Będę łamać wszystkie Twoje popierdolone zakazy i chuja mi zrobisz.” Choć byłam już pełnoletnia i formalnie miałam możliwość podejmowania autonomicznych decyzji, moim zachowaniem sterował wyryty w podświadomości program. Ultrasilne przekonanie, że muszę do upadłego walczyć z matką, bo inaczej ona mnie wchłonie i znowu ukradnie mi moje życie.

Aż w końcu dotarło do mnie, że ta walka była – podobnie jak bulimia – tylko symptomem. Jednym ze sposobów poradzenia sobie z moim najbardziej dojmującym głodem. Długo myślałam, że walczę z matką, a tak naprawdę walczyłam… przeciwko sobie. Byłam marionetką w teatrze swoich niezaspokojonych potrzeb. Potrzeb, które intensywnie i niepowstrzymanie pchały mnie ku granicom mojego człowieczeństwa.
Niebawem “objawiła mi się” jeszcze bardziej porażająca świadomość. Dotarło do mnie, że walczyłam z matką, bo jedynie w taki sposób mogłam sobie poradzić z brakiem jej miłości. Walczyłam tak uparcie i zawzięcie, jak desperacko i zachłannie pragnęłam mieć poczucie, że jestem kochana. Chwila, gdy poczułam, jak straszliwie mi tej miłości brakowało, była jednym z najstraszniejszych doświadczeń w moim życiu. Powoli osiadała we mnie powalająco smutna, głucho tętniąca świadomość, że moja matka nigdy mnie nie kochała, a właściwie, że nigdy nie czułam się przez nią kochana. Nigdy. Nie ma w moim doświadczeniu ani jednego momentu, kiedy czułabym się przy niej akceptowana, bezpieczna i zaopiekowana. Ani jednego. W chwili, gdy sobie to uzmysłowiłam, ogarnęło mnie uczucie – krystalicznie wręcz surowej – egzystencjalnej pustki. Totalnej, nieprzebranej otchłani rozpaczy. I samotności tak dojmującej, że dosłownie czułam na sobie jej lodowatą obecność. Ci, co czytali Harry’ego Potter’a zrozumieją, gdy powiem, że to było jak pocałunek Dementora.

Domyślam się, że dla wielu osób to, co mówię o mojej matce oraz jak postrzegam ją i moją relację z nią, może być – skrajnie wręcz – szokujące. Cóż, dorastaliśmy i funkcjonujemy w kulturze, gdzie postać matki była i nadal jest gloryfikowana oraz ubierana w laurki w sposób graniczący z absurdem. W kulturze, gdzie mit o nieskalanej miłości macierzyńskiej jest równie silny jak mit o przekarmianiu dzieci z troski czy mit o odpowiedzialności mężczyzny za zadowolenie kobiety. Długo i boleśnie godziłam się ze świadomością, że jestem jedną z tych kobiet-Wiedźm, które pojawiają się na świecie, by obalać te chore, destrukcyjne stereotypy. Paradoksalnie, zgoda na bycie najprawdziwszą sobą przyszła do mnie wówczas, gdy pokochałam siebie taką, jakiej najmocniej nienawidziła mnie matka. Gdy dałam samej sobie miłość, której ona mi dać nie potrafiła.

Proces uczenia się tej miłość był tak niezwykły jak wyczerpujący. Magiczny i przyziemny jednocześnie. Czasami odurzał intensywnością doznań. Innym razem przygniatał niemocą i poczuciem beznadziei. Bywało, że czułam się wszechmocna, a po chwili zdzierałam kolana na polach rozpaczy. Ciężko zliczyć momenty, gdy otarłam się o emocjonalną agonię. Podobnie jak nie umiem określić, ile razy życie mnie przytulało jak swój najcenniejszy skarb.
Zapytana, czy było warto, bez sekundy zawahania, bez cienia wątpliwości, bez mrugnięcia okiem odpowiem: WARTO. Było warto tak bardzo i tak mocno, jak tylko można to sobie wyobrazić. To, jak obecnie odczuwam siebie i moje życie, warte było każdej z morza łez i każdego doznanego bólu. “Poczucia szczęścia i wdzięczności, jakie teraz w sobie noszę nie oddałabym absolutnie za nic w świecie.” Kocham moje życie. I kocham siebie. Miłością coraz mocniejszą i coraz bardziej szlachetną.
I z tej oto przestrzeni – czułej, serdecznej, życzliwej zgody na siebie – wypływa moja wdzięczność, o której pisałam na początku. Wdzięczność oparta o najgłębsze, niezmącone poczucie, że jestem ukochanym dzieckiem. Ukochanym dzieckiem, ale nie mojej biologicznej matki, tylko wszechświata. Poczucia, że bije we mnie źródło mocy tak potężnej i niepojętej, że nie jest jej w stanie naruszyć żadna nienawiść. Nawet ze strony kobiety, która sprowadziła mnie na ten świat.

Choć startowałam z bardzo głębokiego dna, wypracowałam w sobie niezachwiane przekonanie, że jestem tak ważną, jak nieodłączną częścią niezwykłej całości. Że każdy aspekt mojego życia jest absolutnie nieprzypadkowy. Dostałam w darze arsenał doświadczeń, talentów i świadomości – tak zasobny jak niepowtarzalny. Dostałam ciało, które każdego dnia pozwala mi doświadczać cudu życia. Ciało, które jest fascynującą, unikatową mapą moich przeżyć. Żywym, namacalnym dowodem mojego istnienia i mojej historii. Świetnym narzędziem, dzięki któremu mogę dzielić się ze światem ciepłem, zrozumieniem i życzliwością. Dobrami rozkwitającymi we mnie coraz śmielej i intensywniej. Wiem i czuję, że jestem ważna i potrzebna dokładnie taka, jaka jestem. I taka, jaka jestem zasługuję na wszystko, co dla mnie najlepsze. I jakkolwiek górnolotnie by to zabrzmiało – wiara w to, że zasługuję na miłość “tylko” dlatego, że istnieję, wielokrotnie podnosiła mnie z najczarniejszego dna. Dna bezsilności, pustki i samotności. Dna, które – w swojej najgłębszej warstwie – zawsze wyścielone było głodem miłości.

I właśnie dlatego, że dane mi było poznać zarówno palący mrozem mrok, jak i otulające czułością światło – ROZUMIEM. Rozumiem jak straszliwie cierpią niekochane i poddawane przemocy dzieci. Rozumiem jak boleśnie kłuje samotność. Rozumiem jak piecze toksyczny wstyd. I jak pali żal. Rozumiem jak obezwładniająca jest tęsknota za bliskością. I jak poraża poczucie, że bliskość, której tak rozpaczliwie pragniesz, prędzej czy później okazuje się źródłem cierpienia. Rozumiem jak to jest nienawidzić siebie i gardzić własnym ciałem. Jak to jest upadlać się i docierać do granic własnej poczytalności. Jak to jest stać na krawędzi życia i śmierci z przekonaniem, że jesteś pomyłką losu. Rozumiem to tak mocno, jak tylko można sobie wyobrazić. Rozumiem, bo dotknęłam tych obszarów świadomości niezliczone ilości razy. Ale wiem też jak jest po tej drugiej – jasnej stronie. Wiem jak odurzająco cudowne może być życie. Jak błogo jest wtulać się w przestrzeń muzyki swojego serca. Jak obfitująca w objawienia może być oswojona samotność. Jak nieprzebrane są w człowieku pokłady miłości. Pokłady, które – gdy odkoduje się do nich dostęp – stają się niewyczerpanym źródłem mocy. Wiem także jak bezpieczne i serdeczne mogą być ramiona drugiego człowieka, gdy dajesz sobie i jemu przyzwolenie na doświadczanie miłości. Jakie cuda można wykreować energią akceptacji i zgody na siebie. Jestem też absolutnie przekonana, że życie prowadziło mnie tą krętą, wyboistą i arcyciekawą ścieżką, bym teraz mogła się podzielić jej skarbami z Tobą i ze światem. To jest mój kolejny etap wtajemniczenia. Niemożność podzielenia się moją wiedzą byłaby dla mnie równoznaczna ze śmiercią za życia. Jak powolne wykrwawianie się. Jak emocjonalna atrofia.

Dlatego stworzyłam i – od kwietnia 2016 roku – rozwijam projekt Zdrowa Szczęśliwa Kobieta, żeby dzielić się dobrami, jakie otrzymałam. Żeby pokazywać tym, którzy zechcą zobaczyć jak pokochać siebie. Jak dotrzeć do najbardziej uwalniającego poczucia, do jakiego może dotrzeć człowiek. Do świadomości, że nikt Ci nie da miłości, która będzie “lekiem na Twój ból”. Nikt, poza Tobą samym. Tylko Ty możesz pokochać siebie na zawsze, na pewno, na dobre i złe. Tylko Ty możesz sobie dać gwarancję nieodrzucenia i dozgonnej wierności. Tylko w sobie znajdziesz pełnię zrozumienia i akceptacji. I poczucie, że cały świat może być przeciwko Tobie, a Ty i tak siebie nie opuścisz. I będziesz dla siebie wsparciem, poczuciem bezpieczeństwa i niewyczerpanym źródłem miłości. I tylko Ty możesz zbudować/ odbudować siebie. Odkryć to, Kim jesteś w najgłębszej warstwie duszy i pozwolić temu Komuś po prostu BYĆ.

I w tej świadomości zawiera się całe sedno mojej działalności. Jeśli mnie zapytasz, czym się zajmuję, odpowiem, że tym, co mi przeznaczone – budzeniem do życia w zgodzie z sobą. Do życia poza klatką ‘normalności’. Do życia, w którym nie potrzebujesz się odurzać się hedonistycznymi praktykami. Zapychać konsumpcją wszelkiej maści. Odgradzać się od uczuć kotarą racjonalizmu. Gdzie przestajesz być zaborczym głodomorem, gorączkowo szukającym substytutów miłości rodziców, a zaczynasz być i żyć pełnią. Pełnią siebie i swoich możliwości. Pełnią, w której Twoje ciało, umysł, emocje i dusza tworzą przepiękne, unikatowe, niepowtarzalne zjawisko zwane Istotą Ludzką.

Jako twórca tej konkretnej przestrzeni będę zaszczycona mogąc się stać częścią podróży w głąb Twojego serca. 🙂 Czerp z tej strony i z mojej działalności ile tylko chcesz i możesz. Niech Ci wyjdzie na Zdrowie i Szczęście. 🙂 🙂 🙂

Magda Adamowska 🙂 vel Zdrowa Szczęśliwa Kobieta